Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the category “Pisma i chleby”

Miraculia Lubelskie czyli cudowne Lublina opisanie z osobliwościami jego wszelkiemi poczynione (4)

Dziś kolejny odcinek niezwykłego przewodnika po Mieście z Cudów Wszelakich Słynącym, spisanego przez wielebnego ojca Fundamenta, opata klasztoru Braci Strapionych pod wezwaniem Obwodnicy Zawsze w Budowie Będącej. Przed Wami kolejna Panna Fontanna, Królowa Tych Lat…

W jaki sposób się to stało,
Jeśli Bogu tak się zdało,
Możemy wam opowiedzieć,
Skoro chcecie o tym wiedzieć.

p-19

4. Sadzawa na Litewskim. Tej oto fontanny początki giną w pomrokach, z dziejami nic wspólnego nie mających. Skąd się wzięła i dokąd zmierzała Sadzawa? Dlaczego postanowiła w Lublinie przycupnąć? Różne są na ten temat ludzi przypuszczenia. Niektórzy powiadają, że wiele, wiele lat temu przybył do Lublina lirnik stary, z długą siwą brodą i ślepy zupełnie. Za miskę strawy i dach nad głową do przenocowania ofiarowany, wieszczbą szczerą odwdzięczyć się postanowił. Zgromadzili się więc mieszczanie na głównym miasta placu i lirnik przemówił: Biada, biada temu nieszczęsnemu grodowi. Za lat wiele i niewiele przybędzie do miasta tegoż człek okrutny, od robaka podłego imię noszący, i podobnie jak ów robak podła i nikczemna gadzina. Oszustwem i zdradą, panem tego miasta zostanie: i nie będzie przed nim ni ratunku, ni schronienia: bo ani człek żaden, pies z nogą kulawą lub wszystkimi kończyny władający, dom ani pałac, drzewo ani ździebełko, przeszkody dlań stanowić nie będą. Wszystko obróci w pył i w niwecz, w błoto i bagno, gazem smrodliwym napełnione. I miasto to – do tamtej pory niezbyt udałe – ostatecznie stanie ruiną, a pośród zgliszcz złowrogim wyciem ulice napełniać będą trolejbusy bez kabli jeżdżące i nawiedzeni rowerzyści skrzypiący łańcuchami nienasmarowanemi. Strach blady padł na zgromadzonych i łzy ronić rzęsiste poczęli. Tak dużo tych łez było, że powstały słone potoki, ulicami miasta toczące swe wody. By uniknąć klęski powodzi, pospiesznie na głównym placu miasta zgromadzono chłopstwo pospolite i polecono onemu dół dla zgromadzenia przybranych wód ludzkiej rozpaczy wykopać. W ten właśnie sposób Sadzawa swe życie rozpocząć miała.

Inni powiadają z kolei, że nie tak z Sadzawą rzecz się miała, twierdząc jakoby powstanie jej nie było z przyczyn nadprzyrodzonych. Jeśli zaś nie z nadzprzyrodzonych, to w zupełnie naturalny sposób owo wody poczęcie nastąpić miało.

Podobnież O’had Nie Z Irlandyi, Sadzawę szkłem i światłem spętać zamiarowuje. Lecz czy onego dokona, nim Miasto to skona?

(Ze śmiechu ma przepona,
bardzo już zmęczona…)

(Ciąg Dalszy Nastąpi: niech nikt nie wątpi!)

W poprzednich odcinkach: 1, 2, 3

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

Miraculia Lubelskie czyli cudowne Lublina opisanie z osobliwościami jego wszelkiemi poczynione (3)

Dziś kolejny odcinek niezwykłego przewodnika po Mieście z Cudów Wszelakich Słynącym, spisanego przez wielebnego ojca Fundamenta, opata klasztoru Braci Strapionych pod wezwaniem Obwodnicy Zawsze w Budowie Będącej. O fontannie wtorej dziś opowieść niezwykła, niezapomniana i w ogóle… nie ważne. Zapomnieliśmy najwyraźniej, co w ogóle….

pruszony

Źródło: Google Street View

3) Pruszonowe Gacie. Oj… niełatwem zadaniem jest opisane curiosum owego, jako że słowem trudno jest oddać bezmiar i ogrom owej osobliwości. Wszak dylemat to odwieczny: jak opisać nieopisywalne? Jak dać słowo temu co słowem wyrazić się nie da. Wielu mędrcom sztuka ta przysparzała niestrawności i żołądka bólu. Mimo i naszej nie najlepszej w tem względzie kondycyi, temu zadaniu sprostać się postaramy. A z owymi Spodniami było tak: pewnego wiosennego (letniego, jesiennego lub też zimowego dnia) Pruszko Prezydent pomarkotniał czemuś. – Ech! – westchnął – Ech, że ech! I nic już nigdy więcej nie powiedział – na tą przypadłość cierpią podobnież Ludzie Niemali, czyli ci wszyscy, co o swej wspaniałości i gieniuszu są przekonani (nawet bardziej niż święcie). Pruszko (w swym mniemaniu) zrobił wiele dla Koziego Grodu tak wiele, że…  wszyscy Lublina mieszkańcy wspominać winni jego imię z nabożną czcią i na kolana upadając. Rzecz w tem, że nikt nie wie jakie to były zasługi i czyny wielkie. Nie zginie zatem pamięć o czynach jego! Nie zginie zatem pamięć o czynach jego? Nie zginie zatem pamięć o… o czym nie zginie pamięć, przypomnijcie proszę! No przecie, wszyscy będziemy pamiętać o… o Bogowie! o czem też mieliśmy pisać ninie? Jak że to?! Zali wżdy?! Może to być?! Snadnie może, skoro jest…

(Ciąg Dalszy Nastąpi: niech nikt nie wątpi!)

W poprzednich odcinkach: 1, 2

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

Miraculia Lubelskie czyli cudowne Lublina opisanie z osobliwościami jego wszelkiemi poczynione (2)

Dla Joli: za miesiąc cierpliwości…

♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥ (Psst… jest ich 14 :))

Dziś kolejny odcinek niezwykłego przewodnika po Mieście z Cudów Wszelakich Słynącym, spisanego przez wielebnego ojca Fundamenta, opata klasztoru Braci Strapionych pod wezwaniem Obwodnicy Zawsze w Budowie Będącej. O pierwszej z fontann dziś opowieść…

1

1) Wieża na Wolności Placu posadowiona: rzekomo ma być wyobrażeniem prawdziwej Wieży w tem miejscu ongi stojącej, przed laty przez samej Historyi wyroki zdruzgotanej. Fontannie towarzyszy obrys chodnikiem sporządzony, wskazywać miejsce prawdziwej Wieży mający. W istocie jednak z ową pierwotną Wieżą kształt ten nic wspólnego nie ma: cóż zatem znaczyć może? Kanalii Miejskich zapytać musisz wędrowcze, a ponieważ to Miejskie Kanalie są przecie, tedy odpowiedzi od nich sensownej w żaden sposób nie możesz otrzymać. Lecz gdybyś otrzymał, bo pismem takowym uwiadomienie, wiedz że odpowiedź to żadna, a znak jedynie niechybny że ucieczki uskutecznianie winieneś rozpocząć. Historia Wieży fontannowej jest z ucieczką Byłego Prezydenta Deptacznego związana, a było to tak: onego czasu był Prezydent Deptaczny zabił pryncypialną ulicę lubelską Przedmieście Ku Krakowowi Ongi Wiodące, łamiąc kręgosłup swemu miastu na do widzenia. Mieszkańcy grodu widząc tak wielkie Prezydenta Deptacznego bezeceństwa, z poduszki na krześle go zrzucili (bo nikczemnego był wzrostu) i w dół kloaczny wrzucić go zapragnęli. Zmylił jednak Prezydent Deptaczny pogonie i przechodząc Przechodnią ulicą, na Wolności Placu, na popas stanął. Przechodnią przechodził owego dnia adwokacina jakiś mierny, na którego Prezydent Deptaczny zasadzkę uczyniwszy napadł i przemocą zeń togę zdarł. I jak powiadają, po dziś dzień ukrywa się Prezydent Deptaczny w szacie miernego adwokaciny, napadając na niespodziewających się zuchwałości takiej, Klijentów nieostrożnych. W miejscu natomiast popasu Prezydenta Deptacznego zapłakała ziemia po raz pierwszy, znieść człeka niegodziwego na swym grzbiecie nie mogąc: źródełko natenczas wybiło tam, o czym Miejskie Kanalie uwiadomione, wnet wieżą z bronzu jakoby odlaną (niektórzy powiadają, że nie brąz to, a gołębie odchody; inni, że rdza – bo wszystkie kanalijne wytwory, od samiuśkiego początku, rdzą rudą pokryte być mają) źródełko zatkali i niewolnym w fontannie go uczynili. O tem, jak bardzo Wieża udaną jest, sam Wędrowcze przekonać się możesz, na Wolności Plac przybywszy: uwiadomionem jednako być musisz, że w okolicy zdarzają się ludzie wielce nieprzyjemni: twierdzą oni mianowicie, że jeść chcą! Lecz nie to jest osobliwem, iako iż jeść chcą, bo głód cierpią i (co oburzającem wielce zda się) na jedzenie ni grosza nie mają! Nikt nie wie zaprawdę, dlaczego żywota swego zakończyć nie chcą i miejskie powietrze wciąż psują…

(Ciąg Dalszy Nastąpi: niech nikt nie wątpi!)

Części: 1, 3

Ilustracja ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

Miraculia Lubelskie czyli cudowne Lublina opisanie z osobliwościami jego wszelkiemi poczynione (1)

Rozpoczynamy publikację niezwykłego przewodnika po Mieście z Cudów Wszelakich Słynącym, spisanego przez wielebnego ojca Fundamenta, opata klasztoru Braci Strapionych pod wezwaniem Obwodnicy Zawsze w Budowie Będącej. Kolejne odcinki tej niezwykłej opowieści o treści, co się w głowie nie mieści, Gabinet co tydzień zamieści. Chyba, że nie… A dziś wstęp do rozdziału o fontannach.

IMG_1839sep

W Lublinie byli prezydenci posiadają upamiętniające ich fontanny – w żadnym innym mieście tego niema. Fontanny te zwyczajowo nazywane są Fontannami Uciekających Byłych Prezydentów. Nazwano je tak nie bez powodu: Miejskie Przedsiębiorstwo Wniosków i Kanalij postanowiło w ten sposób upamiętnić miejsca, w których uciekający przed mieszkańcami Byli Prezydenci zatrzymali się na popas. Ziemia, po której stąpali Byli Prezydenci, była tak tymi aktami niewątpliwej profanacji poruszona, że po prostu z bezsiły, nic zrobić nie mogąc, płakać poczęła rzewnemi łzami. A wiadomo powszechnie, że tam gdzie ziemia płacze, tam od razu bije źródełko. Tak też było i w tym przypadku. MPWiK jednakowoż, działając z poruczenia i za wiedzą Chociaż Obecnego, Ale W Przyszłości Niewątpliwie Byłego Prezydenta, postanowiła nie dopuścić do jakichkolwiek, nieautoryzowanych przez Tego Miasta Urząd, przejawów manifestacji, nawet jeśli manifestacji tej dokonywać miałyby siły samej Przyrody, w efekcie maskując cudowne źródełka szkaradnej postaci fontannami. Fontanny wspomniane są następujące:

(Ciąg Dalszy Nastąpi: niech nikt nie wątpi!)

Część: 2, 3

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

Nieco Dziennik [2]: Ecce homo!

12.IV

Ostatnimi czasy bywa, że ukochany notesik bardzo cierpi. Bo zapomniany i nie zawsze czynią się w nim aktualne notatki. Tak było w tamten właśnie czwartek. W piątek było jeszcze gorzej, bo tego dnia dodatkowo zapomnieniu uległ również kalendarz, będący dla zapisów notesikowych miejscem alternatywnym i rezerwowym. Jakby tego było mało, w przenośnym laptopiku (również służącym zapisywaniu), zapomniało się naładować baterie, i też wypadł z gry, zanim w ogóle zdołałem go uruchomić. Tragedia niczym w „Pieśni o spustoszeniu Podola”.

Kolejne dni również nie sprzyjały notesikowi, a jeden z najważniejszych rozdziałów nie został zapisany atramentem na papierze (przyjemna liczba…)

Okazuje się jednak, że i głowa – jeśli nie pusta – służyć może notatek sporządzaniu i z głowy owej czerpać można. Nie żeby zaraz wszystkim ujawnić zawartość owego czerepu rubasznego, ale od czasu do czasu mogę się z Wami małym co nieco podzielić.

Niedziela Miłosierdzia Bożego. Kościół św. Ducha przy Krakowskim Przedmieściu w Lublinie. Godzina: kilka minut po 9 rano. Kościół odwiedzam z Jolą, akurat był otwarty, więc czemuż by nie wejść? Dobrze, że niedziela, bo w dzień powszedni nie do każdego kościoła tak się wejść da, a wtedy pozostaje – co najwyżej – wizyta w przedsionku. Takie czasy, że i do Pana Boga trudno się zwykłemu śmiertelnikowi dostać… przynajmniej na tym ziemskim łez padole. W tym miejscu pojawia się niezwiązana z tematem głównym dygresja, wszak polski należy do grupy dygresyjnych wielce języków. A zatem dygresja o słuchawkach: fajne są te nowe słuchawki, oj fajne. Niby nie z górnej półki, a jednak naprawdę izolują biedną pisarską głowę od dźwięków otoczenia, a czynią to zupełnie przyzwoicie. Nie wiem wprawdzie, czy na Kozienalia w sąsiedztwie wystarczą – dźwięk, i owszem, niwelują, ale na wibracje i drgania gruntu raczej nie pomogą, ale jedno jest pewne: jako pomoc przy pisaniu, zdają się sprawdzać znakomicie (nie chcecie wiedzieć, co się tu czasem wokół dzieje…). Ot, i koniec dygresji.

Weszliśmy więc do św. Ducha – kościół tonął w ciszy, oświetlony jedynie promieniami kwietniowego słońca. W pustych ławkach siedziały dwie – trzy może – osoby, zatopione w swojej osobistej rozmowie ze Stwórcą. Zajęliśmy miejsca w ostatniej ławce po prawej stronie, by również przyklęknąć na chwilę… Wtedy do kościoła weszły dwie starsze panie. Jedna usiadła w ławce przed nami, druga poszła do przodu kościoła i…

– To jest moje miejsce – stanowczy i zagniewany głos chorowitej staruszki odbijał się echem w pustym kościele. Wszyscy jak jeden mąż spojrzeliśmy w kierunku, z którego dała słyszeć się niezwykła, nawet jak na niektóre nasze kościoły, modlitwa.

– To jest moje miejsce – nie przestawała powtarzać swej mantry starsza pani, której jakaś kobieta najwyraźniej zajęła miejsce w ławce. Zaskoczona ofiara próbowała się bronić, przytaczając argumenty natury historycznej: – Ale przecież miejsca nie są podpisane… W ten sposób – zapewne nieświadomie – nawiązała do tradycji: w dawnych wiekach ławki fundatorów i dobrodziejów kościoła oznaczane były tabliczkami z ich nazwiskami: co zrozumiałe, w ławce takiej nie mogła zasiadać osoba postronna. Sporna ławka nie miała tabliczki z nazwiskiem fundatora, a starsza pani w żaden sposób nie wyglądała na fundatorkę lub też dobrodziejkę. Raczej sama potrzebowała pomocy.

"Koncert puttów"  Wenceslas Hollar (Wikipedia)

„Koncert puttów” – Wenceslas Hollar (Źródło: Wikipedia)

I wtedy, na ułamek sekundy, czas zatrzymał się w miejscu – tylko anioły i święci, skryci w ołtarzowych figurach, znieruchomieli jeszcze bardziej (niż na co dzień). Gabryel nerwowo gładził pokryte piórami skrzydła. Małe aniołki putto gotowe były w każdej chwili dać drapaka do pobliskiego kościoła ojców karmelitów (ojcowie kapucyni, z natury bardziej surowi, przeganiali putto miotłami używanymi do zamiatania klasztornych wirydarzy, dlatego też aniołki wolały schronienie u karmelitów bosych, którzy nie byli w stanie putto dogonić: żwir, którym wysypane były klasztorne podwórce, boleśnie kaleczył ich bose stopy, aniołki natomiast bezwstydnie wykorzystywały przewagę swoich małych, tłustych skrzydełek).

Oczami wyobraźni widziałem już starszą panią przechodzącą od słów do czynów – oto staruszka wyjmuje ze swej torebki różaniec i zaciska go na szyi Bogu ducha winnej kobiety. Albo odrywa deskę z pobliskiego klęcznika i szerokim zamachem… albo mocnym kopnięciem z półobrotu… albo podnosi ławkę niczym dźwignię… . Mam podobno bardzo bogatą wyobraźnię – tym niemniej postanowiłem przemilczeć pomysły w rodzaju domniemania lugera ukrytego w torebce starszej pani tudzież inne incredible imponderabilia.

I wtedy wydarzyło się coś, na co nikt z nas obecnych w kościele nie miał już wpływu: czas ruszył z miejsca. Kobieta okupująca bezprawnie kościelną ławkę zrobiła to, z czego najlepiej znani są Francuzi – skapitulowała. Bez żadnych warunków wstępnych, bez negocjacji i chociażby odrobiny – dla samej zasady – oporu. Zachowała się niczym sam Petain w roku 1940 – wywiesiła wielką, białą flagę. Klasyczna bezwarunkowa kapitulacja. Niestety, szczegóły wydarzeń owej pamiętnej niedzieli czas zatarł i niepamięć… nie jestem zatem w stanie opowiedzieć Wam, czy „pokonana” agresorka, wstając z zajmowanego miejsca, rzuciła bezwzględnej femme sans coeur wzgardliwe spojrzenie pełne nienawiści; czy wręcz przeciwnie, spojrzała z litością na swą nemezis. Jedno jest pewne: herzlose Frau triumfalnie zajęła Sudety i umościła się w ciepłej wciąż jeszcze ławce.

Pokonana – lecz nie przegrana (moralnie) – kobieta przemierzyła… dość wzniosłości! – zasiadła w ławce po drugiej stronie kościoła. Przez krótką chwilę szukała wzrokiem zrozumienia u bliźnich uczestniczących w owej niespotykanej manifestacji chrześcijańskiego miłosierdzia, nie znalazłszy go jednak zatopiła się, być może nawet w modlitwie.

Oczy Joli… ach… (Jarek!) no tak… zatem – oczy Joli i innych zgromadzonych w kościele św. Ducha owieczek widziały w napadniętej przez krewką staruszkę jedynie bezbronną ofiarę agresji ławkowej, moje zaś oczęta rozpoznały w niej rysy owej – z pewnej, niewesołej naszego miasta ulicy – sąsiadki, zamieszkałej pod drugim numerem i nie pierwszej młodości literą alfabetu. Otóż, jak wiecie zapewne, piękny nasz świat jest wielką Stwórcy świątynią, a zatem i ulice są w naturalny sposób kościołem naszym codziennym. W naszej nic z radością, prócz nazwy, nie mającej wspólnego nawie, rzeczona femme fatale co raz to przegania innych z zajmowanych ławek… A zatem trafiła kosa na miłosierdzie? Nie ludzka to rzecz… choć niechybnie ciekawa i frapująca…

Wstaliśmy z Jolą z klęczek i, kierując się ku wyjściu, opuściliśmy naszą ławkę. Starsza pani, zajmująca do tej pory miejsce przed nami, z wyraźną ulgą przesiadła się na nasze miejsce.


Tu znajdziesz pozostałe wydania Nieco Dziennika: [1]
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

Nieco Dziennik [1]: Człowieki i Pelikany

7.IV

Dlaczego nie pisać „pół do” zamiast „wpół do”. No właśnie, dlaczego? Tak właśnie zanotowałem – słuszna uwaga, jak sądzę („jak sądzę”, nie jak się „wydaje” – świecie widzisz?!). Drugi wniosek zanotowany pod tą datą: „Wykorzystywać człowieków jako postaci (oprócz J.)”. To się chyba nazywa umiejętnością obserwacji…

8.IV

Śniło mi się, że znów jeździłem na „Pelikanie” – oczywiście nie na ptaku, ale na rowerze. Rowerku – rzec by można. Swego czasu był to bowiem popularny składak, produkowany przez „Predom”, a poruszał się ów rower dzięki kołom o rozmiarze 16 cali. Stąd właśnie rowerek. Z myślą o zaczynających naukę jazdy, przewidziano możliwość doczepienia dwóch dodatkowych kółek, dzięki czemu „Pelikan” stawał się typowym czterokołowcem dla dzieci. Mój „Pelikan” był w kolorze niebieskim i miał taką fajną, metalową osłonę na łańcuch, na której nakleiłem napis „Suzuki”. Świetna maszyna! W późniejszych czasach przeszła pod opiekę młodszej siostry. „Pelikana” pożegnałem w roku 1983, przesiadając się (co w owych czasach było efektem ubocznym Pierwszej Komunii Świętej) na doroślejszego, czerwonego „Uniwersala” („Uniwersal” to znany szerszej publiczności Wigry 3 – być może mianem „Uniwersal” ochrzczono eksportową wersję „Wigry”) i od tego czasu już na nim nie jeździłem. Aż do teraz! To znaczy do tego snu.

Więksi na większych!

Pelikan po prawej.

Logika snu, jak zwykle zadziwiająca, dała o sobie znać i tym razem. Na takim małym rowerku pędziłem ulicą Zamojską (nie wiem czy chodnikiem, być może tak – kiedyś się tak właśnie jeździło), pędziłem nim, nie będąc już kilkuletnim dzieckiem, lecz – obecną tu przed Wami – aktualnie dorosłą postacią tamtego dziecka (swoją drogą ciekawe pytanie: na ile my sami sprzed lat dwudziestu, na przykład, jesteśmy tą samą osobą, co my teraźniejsi? Jak zakończyłoby się takie spotkanie dwóch swoich wcieleń… Może warto pokusić się o próbę przedstawienia takiego spotkania?) I miałem, we śnie tym, świadomość bycia dorosłym i tego, że rower nie jest zbyt duży, a wręcz przeciwnie: mały, zwrotny i chyba – nie pamiętam tak dokładnie swych myśli ze snu – dosyć wywrotny. Ale pędziłem nieźle…

W śnie pojawił się również drugi rower – gigantyczny wehikuł o kołach większych niż wysokość bramy od kamienicy: tak to zapamietałem. Olbrzymi ów rower (koła były kryte – szprych nie było widać) pchało kilku (może kilkunastu) mężczyzn, ze sporym – jak sądzę – wysiłkiem.

Myślicie, że to już wszystko? We śnie wystąpił również kolega z pracy, aktualnie mój dyrektor…

Ktoś sięgnie po sennik?


Tu znajdziesz pozostałe wydania Nieco Dziennika: [2]
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

16 XI 2014 – WAŻNY DZIEŃ – 16 XI 2014!!!

Dziś okaże się

czy będziesz miał

ś w i e ż e

GREJPFRUTY

do jedzenia

Czerwone,

ja już byłem.

Kupiłem!

A Ty?


Gabinet ostrzega, że wychodzenie dziś z domu w jakimkolwiek innym celu, uskutecznia się jedynie na wyłączną odpowiedzialność publiczności wychodzącej.

i-hate-facebook1




„Gabinet Osobliwości” z 16.XI.2014 r.

AAA. Młody, zdolny, umiejący pisać…

…podejmie pracę: najlepiej przy pisaniu – kreatywnie, z wyobraźnią i niebanalnie. Uwaga: składam zdania nawet wielokrotnie złożone, uszykowane zgodnie z żądanym szykiem (ostatni szyk mody!) Poprawna składnia, niemająca nic do zarzucenia gramatyka, ortografia zadziwiająco poprawna. Interpunkcja… ach, ta interpunkcja! Według opinij czytających: przyjemnie się czyta! Nie zwlekaj, przekonaj się sam(a)! Wiadomość w Redakcji.

„Gabinet Osobliwości” z dnia 13 XI 2014 r.

i-hate-facebook1

Tryby śpiewają w ze szkła hali?

Screenshot_2014-10-23-14-24-41

Zabawna rzecz: od kilku dni testuję androidową aplikację o nazwie Base Music Sensor. Otóż owa aplikacja siedzi sobie w pamięci telefonu i nasłuchuje. Jeśli usłyszy muzykę, próbuje ją rozpoznać. A kiedy już rozpozna utwór i wykonawcę, wyniki prezentuje w formie listy. Z tej to listy dowiedzieć się można co i kiedy  słyszało się danego dnia: jaka muzyka płynęła z radia w odwiedzonym sklepie, czego słuchał kierowca autobusu miejskiego, itd., itp. Generalnie otrzymujemy obraz swojej codziennej ścieżki dźwiękowej. Niektórych utworów Sensor czasem nie rozpoznaje: nie ma ich w swojej bazie… Zatem do prezentowanych wyników nie da się podchodzić zupełnie bezkrytycznie… Trudno zaprzeczyć, że w wielu przypadkach, niczym Francuzi w 1940, Sensor kapituluje. Ale zdarza się ma czasem usłyszeć muzykę… nie wiem do końca jaką… duszy? sfer niebieskich? Z pewnością jednak nie tą, która rozbrzmiewa w danym miejscu rzeczywiście.

I teraz puenta: dziś w pracy, o godzinie 10 minut 22, Base Music Sensor poinformował mnie, ze słyszy piosenkę niejakiego (niejakiej?) Pono, zatytułowaną po prostu: Wszystko bez sensu…

W pomieszczeniu nie było w tym czasie ani jednej nuty…

Czary, czarna magia czy… śpiew klimatyzacji?i-hate-facebook1

Napisali o nas (znowu i nie po raz ostatni być może, albo i tak)

Należy też przemyśleć sens uwag natury ogólnej, czy publicystycznej, które brzmiąc ładnie i interesująco nie wnoszą nic (…)

I jeszcze jedn cytat:

Istotnym mankamentem (…) jest nadmierna ilość cytatów (…)

Nieprawdaż?

Och!

Nadesłał: Anonim

 

Post Navigation