Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Beksińskiego pamięci żałobny rapsod

To straszne. To straszne, że dopiero tak tragiczna w swej wymowie informacja zmusiła mnie do napisania tych kilku słów. Cóż można rzec, chyba tylko to, że podobnie jak w wielu innych przypadkach słowa są jedynie pustką, nicością; nie mogą, nie są w stanie wyrazić wszystkiego co się czuje. Nie wiem, jakie były powody, tego że Tomasz Beksiński odebrał sobie życie… Boże!, jak sztucznie i pusto składają mi się w zdania wyrazy, jakby odrętwiałym i nienawykłym do słów takiego składania umysłu przekazem prowadzone. Czy wobec tajemnicy życia i śmierci jakiekolwiek słowa są adekwatne? Czy to, że chcę poznać te powody, o których wspominam powyżej, wynika z chęci wczucia się, współczucia dla „Nosferatu”, czy też może z czystej, chorej ciekawości, która przygarnia ludzi ku tragedii, niczym muchy do światła. Nie wiem, przynajmniej na razie, kiedy – opanowany silnym wzruszeniem piszę – piszę to, co właśnie czytasz (kimkolwiek jesteś: Ty, który to czytasz…). Tym niemniej, muszę przyznać, że pół godziny poświęciłem na szukanie w Internecie testamentu – pożegnania: Fin de siecle, podpisanego: Tomasz Beksiński (1958 – 1999), który ukazał się w grudniowym „Tylko Rocku”. Niestety, nie było mi dane odczytać słów tego przesłania, bo jak na złość dwa serwery, na których tekst był publikowany, nie działały. No cóż, może w przyszłości… Jednak zakończenie felietonu, które – gdzieś z tej cyfrowej przestrzeni – udało się mi wyłowić, pozwolę sobie zacytować:

Spójrzmy więc wstecz i wspomnijmy to, dla czego warto było żyć. Kruk Edgara Allana Poe. Zamek Karmazynowego Króla. 17 minuta Ech Pink Floyd. James Bond. Nights In White Satin The Moody Blues. Adagio Albinioniego. Kobieta Wąż (The Reptile) w kwietniu 1970 roku – seans w sanockim kinie San, kiedy po raz pierwszy i ostatni bałem się na horrorze. Atom Heart Mother. Andante z Tria Es-dur Schuberta. Tom and Jerry. Coca-cola i ketchup. Rzygający grubas w Sensie życia wg Monthy Pythona. Czas apokalipsy. Drugi koncert Marillion w Gdańsku, gdy Fish śpiewał Lawendy „tylko” dla mnie i Anki. Clint Eastwood i scena z rondlem w westernie Joe Kidd. O fortuna – pierwsza pieśń z Carmina Burana Carla Orffa. Twin Peaks. Wizyta w Domu Kobiety Węża (Oakley Court pod Londynem). Wzruszenie, gdy przyszło mi zapowiedzieć koncert Petera Hammilla w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy 14.10.1995. Miłość w czasach zarazy Marqueza. Lost Highway. Noc i poranek 31 maja 1998…

Wszystkie te chwile przepadną w czasie, jak łzy w deszczu. Pora umierać.

To wszystko, co wiem. I wiem, że to za mało, by zrozumieć dlaczego istota ludzka, decyduje wyrzec się największego daru od Boga, daru życia. Stanowczo za mało. Ale jednocześnie, wystarczająco wiele… – ukochanie podobnej muzyki, czasem mrocznej, czasem nastrojowej (zawsze pięknej!), podobne zamiłowanie do horrorów (nie zawsze najwyższych lotów), sympatia dla gościa lubiącego martini (wstrząśnięte, nie mieszane), upodobanie absudalnych pomysłów by Monty Python – można by wiele jeszcze wymieniać – …w każdym bądź razie wystarczająco wiele, by stwierdzić, że z tym tomaszowym odejściem, odeszła też część mnie samego. Jak zawsze, gdy umiera Ktoś, Kto był częścią naszego życia…

Co tu dużo pisać: nie byłem może nigdy fanatycznym sympatykiem Tomasza Beksińskiego, ale zawsze z wielkim zainteresowaniem czytałem Jego felietony w Tylko Rocku, z radosnym okrzykiem obwieszczałem zdziwionej rodzinie: „A tego Bonda, to tłumaczył Beksiński, z podobnym zacięciem wsłuchiwałem się w smętne tony Pink Floyd… Audycji w Trójce nie słuchałem, ale mam czego żałować: raz bowiem, mimo późnej, nocnej pory pożeglowałem, niesiony melodiami nieznanych mi wcześniej wykonawców. Szkoda, że tylko raz…

No i takich właśnie, zwyczajnych i codziennych, spotkań z Tomaszem Beksińskim brakować mi będzie najbardziej. Spotkań z tłumaczem, felietonistą, recenzentem, dziennikarzem…, człowiekiem przemierzającym – podobnie, jak i my – czas i przestrzeń. Człowiekiem po prostu myślącym… Nie ciągnę dalej tej wyliczanki, bo ławo przekroczyć cienką linię, oddzielającą prawdziwe wzruszenie od śmieszności i pustej egzaltacji. Wiem tylko tyle, że słowa: Tekst polski – Tomasz Beksiński nie padną, gdy na ekranach zagości nowy Bond.

Never more, never more, never…

Lublin 2000

Post Scriptum: Trafnie przewidziałem w przeszłości, że w przyszłości ostatni tekst Tomka Beksińskiego bez trudu da się odnaleźć w Sieci. Na przykład na tej stronie – zresztą znajdziecie tutaj nie tylko ten tekst, ale i wiele, wiele innych…

Trójkowych audycji również udało mi się posłuchać – jeszcze bardziej żałuję, że ich kolekcja jest już zamknięta. Te zaś, które udało się ocalić od zapomnienia, można zaleźć pod tym adresem.

No i pozostał jeszcze niezrównany Edgar Allan Poe, nie wspomniany w tekście. Beksiński go uwielbiał, ja również nie taję swej słabości do niego… Chociaż tak naprawdę się pojawił w powyższym tekście: ostatni wers (w tłumaczeniu: nigdy więcej…), to cytat z Kruka, poematu autorstwa Poego.

A koniec wieku był dopiero rok później…

Lublin 2014

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: