Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the category “Czytam, czy tu?”

?

Może Osobliwość przyszła już wiele lat temu, tylko my się nie przyznajemy, że zostaliśmy z tyłu.

Peter Watts, Ślepowidzenie

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Terry Pratchett o sytuacji zwykłego człowieka w Polsce

Nie miał nic, ale to już było coś, a teraz mu to odebrano.

Terry Pratchett, Czarodzicielstwo, s. 222.

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Do wierzących w Niewiarę!

Wysoka Izbo!

Wniosek nasz idzie w tym kierunku, aby krzyż, które znajduje się poza Sejmem, został obecnie wniesiony do Sejmu! Dlaczego się to stało, tego już uzasadniać nie będę, bo b. sejm jest poza nami i wstępujemy w nowy okres pracy. Z Bogiem naród polski rozpoczyna każdą uroczystość i każdą ważniejszą pracę, wówczas to świątynie są pełne i ludność, zanosi błagania swe, żeby praca jej była owocną. Także i w tym Sejmie przed otwarciem i przy innych uroczystościach tego sejmu udawaliśmy się gremjalnie do katedry i innych kościołów, również w tym samym celu – aby uprosić łaski Bożej do pracy. Umieszczamy krzyż w szkołach, lokalach sądowych, na krzyż przysięga chrześcijanin, przysięgali królowie, przysięgał prezydent, przysięgają urzędnicy.

Krzyż więc bezwarunkowo powinien znajdować się w sali, gdzie się przecież uchwala najważniejsze sprawy dla całego kraju i narodu. Zatem nikt nie może zaprzeczyć, aby wniosek ten, który tu stawiamy, nie był słuszny. Już od X wieku począwszy krzyż przyświeca Polsce i dzięki obronie krzyża, Polska zasłużyła sobie na miano przedmurza chrześcijaństwa. Więc także w cudownie zmartwychwstałej Polsce krzyż tem większą powinien odgrywać rolę i przyświecać powinien naszej pracy.

Na wiecach, które odbywały się urządzane przez którąkolwiek partję spotkano się z oburzeniem u ludności, iż podobno nie ma krzyża w sejmie, tylko w korytarzu. Zapytuję Wysoką Izbę, jaką można było dać odpowiedź. Mówiono prawdę. Krzyża nie było i odpowiedzi nie było. Jeżeli przyświecał temu ludowi krzyż w niewoli, to niechże przyświeca także w odrodzonej Ojczyźnie, to znamię krzyża niech będzie mu pomocą także w tej pracy politycznej. Niech więc widok krzyża dodaje siły i mocy obrońcom prawdy i sprawiedliwości – niech zawstydza i onieśmiela wrogów.

Proszę o uchwalenie tego wniosku.

Wystąpienie posła Kazimierza Brownsforda z roku 1919, na podstawie Przewodnika Katolickiego, nr 51, 1928 r.

i-hate-facebook1

Pamiętamy…

Złociste było popołudnie. Rdzawe, jesienną półmgłą przygaszone słońce zasuwało szybę blasków w gęstwę drzew bez ruchu. Stały w glorji wierzchołki cyprysów, piły tęsknotę zachodu cmentarne lipy. Nerwowe liście osiki, białopiennych brzóz, tknięte czerwoną powodzią, drżały tajemnym szmerem, w łaskę przebogate. I cichy był cmentarz, wieczornych przeczuć pełen. Osnute przędzą babiego lata krzyże prężyły linje ramion, śmierci drogowskazy. Marmurowe grobowce, smukłe stele we wieńce przybrane, falą wstęg powiewne rzucały w dal cieniste kontury, a gdy padł obraz i dłużył się czarnym zasięgiem, schylały się nad nim zdumione, w żałości nad sobą i dolą. Oblane ogniem krwi urny, pozgonne łzawnice nurzały w chwale życia uśpione popioły — zawartość wnętrz; oddawały się późnym pocałunkom słońca grobowe dziewice, chłodne, bez skazy, przed żarem bezpieczne, co rodzić nie miały — w jesiennej pieszczocie…
Bezsilny wietrzyk, co wkradł się stamtąd przez bramę, igrał w żałobnych szarfach, że fruwały czarne: smutna zabawka cmentarnych godzin…
Gdzieś na gałązce jaśminu przekwitłej od dawna, zmartwiałej, ptaszek świergotał piosenkę — mały, biedny ptaszek. Wtem zamilkł spłoszony; od furty posuwał się pogrzeb i nucąc znikał tam w górze, gdzie topól tak wiele. Salve Regina

Stefan Grabiński, Kruk.

i-hate-facebook1

Martwię się, bo nie ja to napisałem. Kurcze…

Podejrzewam, że moje wieczne zmartwienia mają wspólne podłoże z moim pisaniem. Podstawową cechą autora jest bowiem empatia. Jest to umiejętność oglądu danej sytuacji z punktu widzenia innej istoty oraz wczucia się w jej emocje. Jest to również zasadnicza cecha osób zamartwiających się. Taka osoba nie widzi różnicy między tym, co przytrafia się jej samej, a tym, co przytrafia się innym. Nie rozróżnia też tego, co jest, od tego, co mogłoby być.

(…)

Tak więc martwię się.

Na chwilę obecną martwię się, o czym powinna być moja kolejna książka i czy znajdę dla niej wydawcę. Przyznać muszę, że powodzenie książki nie będzie miało jednak większego znaczenia. Nie zmniejszy bowiem mojego poczucia niepokoju. Nawet jeśli kolejna książka okaże się sukcesem, nadal będę żył wyobrażeniami i popadał w niedolę, gotowy na porażki, gdyby książka się nie sprzedała. Podobnie jak nie potrzebuję sukcesu, by wyobrazić sobie euforię, gdyby powieść okazała się bestsellerem, tak samo nie jest mi potrzebna druzgocąca klęska, by zadomowić się w mentalnym królestwie pisarskiego niespełnienia i niedocenienia. Nie chodzi o to, że historie, które już opowiedziałem i które mam zamiar opowiedzieć, mają jakieś ogromne znaczenie. To zaledwie kilka spośród nieskończonego zbioru historii czekających na swego opowiadacza – niektóre zaistnieją w wyobraźni i ktoś się nimi podzieli, inne ktoś naprawdę przeżyje, o innych ktoś będzie marzył, a następnie zostaną zapomniane.

Więc po co ja się martwię?

Ale tak to już jest z osobami wiecznie się martwiącymi. Ja martwię się nawet tym, że się martwię. Istnieje ogromna ilość namacalnych dowodów, że martwienie się ma negatywny wpływ na stan zdrowia i na trawienie.

I to naprawdę spędza mi sen z powiek. Chciałbym trochę od tych zmartwień odpocząć i starszy ja mógłby mi w tym pomóc, gdyby tylko zechciał mi powiedzieć, w jakim kierunku zmierza moja kariera pisarska i jak się miewa mama. Chcę go o to zapytać, ale martwię się, że pytania te mogłyby mieć problematyczne albo wręcz katastrofalne konsekwencje dla wszechświata.

Evan Mandery, Q. Ponadczasowa historia miłosna.

i-hate-facebook1

Napisali o nas (znowu i nie po raz ostatni być może, albo i tak)

Należy też przemyśleć sens uwag natury ogólnej, czy publicystycznej, które brzmiąc ładnie i interesująco nie wnoszą nic (…)

I jeszcze jedn cytat:

Istotnym mankamentem (…) jest nadmierna ilość cytatów (…)

Nieprawdaż?

Och!

Nadesłał: Anonim

 

Ulica Wesoła wizytówką Lublina

2013-10-20_07-57-20_HDR

Na tym planie, wykonanym w stylu barokowych prospektów, okolica Ulicy Krokodylej świeciła pustą bielą, jaką na kartach geograficznych zwykło się oznaczać okolice podbiegunowe, krainy niezbadane i niepewnej egzystencji. Tylko linie kilku ulic wrysowane tam były czarnymi kreskami i opatrzone nazwami w prostym, nieozdobnym piśmie, w odróżnieniu od szlachetnej antykwy innych napisów. Widocznie kartograf wzbraniał się uznać przynależność tej dzielnicy do zespołu miasta i zastrzeżenie swe wyraził w tym odrębnym i postponującym wykonaniu.

20130316_105721

Aby zrozumieć tę rezerwę, musimy już teraz zwrócić uwagę na dwuznaczny i wątpliwy charakter tej dzielnicy, tak bardzo odbiegający od zasadniczego tonu całego miasta.

20130316_105750

Był to dystrykt przemysłowo-handlowy z podkreślonym jaskrawo charakterem trzeźwej użytkowości. Duch czasu, mechanizm ekonomiki, nie oszczędził i naszego miasta i zapuścił korzenie na skrawku jego peryferii, gdzie rozwinął się w pasożytniczą dzielnicę.

20130315_200825-1

Kiedy w starym mieście panował wciąż jeszcze nocny, pokątny handel, pełen solennej ceremonialności, w tej nowej dzielnicy rozwinęły się od razu nowoczesne, trzeźwe formy komercjalizmu. Pseudoamerykanizm, zaszczepiony na starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił tu bujną, lecz pustą i bezbarwną wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności. Widziało się tam tanie, marnie budowane kamienice o karykaturalnych fasadach, oblepione monstrualnymi sztukateriami z popękanego gipsu. Stare, krzywe domki podmiejskie otrzymały szybko sklecone portale, które dopiero bliższe przyjrzenie demaskowało jako nędzne imitacje wielkomiejskich urządzeń. Wadliwe, mętne i brudne szyby, łamiące w falistych refleksach ciemne odbicie ulicy, nie heblowane drzewo portali, szara atmosfera jałowych tych wnętrzy, osiadających pajęczyną i kłakami kurzu na wysokich półkach i wzdłuż odartych i kruszących się ścian, wyciskały tu, na sklepach, piętno dzikiego Klondike’u. Tak ciągnęły się jeden za drugim, magazyny krawców, konfekcje, składy porcelany, drogerie, zakłady fryzjerskie. Szare ich, wielkie szyby wystawowe nosiły ukośnie lub w półkolu biegnące napisy ze złoconych plastycznych liter: CONFISERIE, MANUCURE, KING OF ENGLAND.

20130113_101628

Rdzenni mieszkańcy miasta trzymali się z dala od tej okolicy, zamieszkiwanej przez szumowiny, przez gmin, przez kreatury bez charakteru, bez gęstości, przez istną lichotę moralną, tę tandetną odmianę człowieka, która rodzi się w takich efemerycznych środowiskach. Ale w dniach upadku, w godzinach niskiej pokusy zdarzało się, że ten lub ów z mieszkańców miasta zabłąkiwał się na wpół przypadkiem w tę wątpliwą dzielnicę. Najlepsi nie byli czasem wolni od pokusy dobrowolnej degradacji, zniwelowania granic i hierarchii, pławienia się w tym płytkim błocie wspólnoty, łatwej intymności, brudnego zmieszania. Dzielnica ta była eldoradem takich dezerterów moralnych, takich zbiegów spod sztandaru godności własnej. Wszystko zdawało się tam podejrzane i dwuznaczne, wszystko zapraszało sekretnym mrugnięciem, cynicznie artykułowanym gestem, wyraźnie przymrużonym perskim okiem – do nieczystych nadziei, wszystko wyzwalało z pęt niską naturę.

20130315_115055

Mało kto, nie uprzedzony, spostrzegał dziwną osobliwość tej dzielnicy: brak barw, jak gdyby w tym tandetnym, w pośpiechu wyrosłym mieście nie można było sobie pozwolić na luksus kolorów. Wszystko tam było szare jak na jednobarwnych fotografiach, jak w ilustrowanych prospektach. Podobieństwo to wychodziło poza zwykłą metaforę, gdyż chwilami, wędrując po tej części miasta, miało się w istocie wrażenie, że wertuje się w jakimś prospekcie, w nudnych rubrykach komercjalnych ogłoszeń, wśród których zagnieździły się pasożytniczo podejrzane anonse, drażliwe notatki, wątpliwe ilustracje; i wędrówki te były równie jałowe i bez rezultatu jak ekscytacje fantazji, pędzonej przez szpalty i kolumny pornograficznych druków.

20130315_115112

(…)

Ulica Krokodyli była koncesją naszego miasta na rzecz nowoczesności i zepsucia wielkomiejskiego. Widocznie nie stać nas było na nic innego jak na papierową imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych, zeszłorocznych gazet.

Bruno Schulz, Ulica Krokodyli.

i-hate-facebook1

Obrazy bez obrazy

Stworzono w aplikacji Bitstrips.

Stworzono w aplikacji Bitstrips.

i-hate-facebook1

Smacznego!

Rzeźnia w Berlinie. Na północnym wschodzie miasta między Eldenaerstrasse, poprzez Thaerstrasse i Landsberger Allee aż do Cotheniusstrasse, wzdłuż zewnętrznego pierścienia kolei nadziemnej, ciągną się zabudowania, hale i stajnie Rzeźni Miejskiej oraz pomieszczenia dla bydła.

Rzeźnia zajmuje powierzchnię 47,38 ha, co równa się 187,50 morgom; bez zabudowań za Landsberger Allee kosztowało to 27 083 492 marek, z czego na pomieszczenia dla bydła przypada 7 672 844 marek, a na rzeźnię 19 410 648 marek.

Pomieszczenie dla bydła, rzeźnia i hurt mięsny tworzą nierozdzielną jednostkę gospodarczą. Organem zarządzającym jest komisja do spraw bydła i uboju, składająca się z dwóch członków magistratu, jednego członka zarządu dzielnicowego, 11 radnych miejskich i 3 delegatów obywateli miasta. Przedsiębiorstwo zatrudnia 258 urzędników, a wśród nich weterynarzy, kontrolerów bydła, ludzi stemplujących mięso, pomocników weterynaryjnych, pomocników kontrolerów mięsa, funkcjonariuszy stałych i robotników. Regulamin z 4 października 1900, zarządzenia ogólne, regulamin spędu bydła i dostaw paszy. Taryfa opłat: opłaty targowe, składowe, opłaty za ubój, opłaty za usuwanie kubłów z hali targowej nierogacizny.

Wzdłuż Eldenaerstrasse ciągną się brudnoszare mury, najeżone drutem kolczastym. Drzewa za nimi są nagie, jest zima, drzewa przekazały swe soki korzeniom, czekają na wiosnę. Wozy rzeźnicze jadą wartkim galopem, żółte i czerwone koła, rącze konie. Za wozem biegnie jakiś chudy koń, z chodnika ktoś krzyczy głośno: – Emil! – targują się o szkapę, 50 marek i kolejka dla nas ośmiu, koń kręci się, drży, ogryza jakieś drzewo, woźnica ciągnie go w tył, 50 marek i kolejka, Otto, jak nie: odjazd. Człowiek na chodniku klepie konia: zrobione.

Żółte budynki zarządu, obelisk ku czci poległych na wojnie. Na prawo i na lewo długie hale ze szklanymi dachami, to stajnie: poczekalnie. Na zewnętrznej ścianie czarne tablice „Własność Zrzeszenia Zawodowego Wielkich Rzeźni Miasta Berlina, Związek Zarejestrowany. Na tej tablicy wolno umieszczać ogłoszenia tylko za specjalnym zezwoleniem, Zarząd”.

W ścianach długich hal są drzwi, czarne otwory dla zwierząt, na nich liczby: 26, 27, 28. Hala bydła rogatego, hala nierogacizny, rzeźnie: kaźń zwierząt, rozhuśtane topory, nie wyjdziesz stąd żywy. Graniczą z tym wszystkim spokojne ulice: Strassmannstrasse, Liebigstrasse, Proskauer, parki, w których spacerują ludzie. Mieszkają przytulnie, a kiedy ktoś zachoruje i zaboli go gardło, przychodzi czym prędzej lekarz.

Ale po drugiej stronie ciągnie się 15 kilometrów torów kolejki. Zjeżdża bydło z prowincji, przedstawiciele gatunków: barana, świni, wołu, z Prus Wschodnich, Pomorza, Brandenburgii, Prus Zachodnich.

Na peronie dla bydła wysypuje się to z wagonów: świnie chrząkają, węszą z ryjem przy ziemi, nie wiedzą, dokąd idą, naganiacze z drągami biegną za nimi. W chlewach świnie kładą się, leżą stłoczone, białe i tłuste, chrapią, śpią. Długo je pędzono, potem trzęsły się w wagonie, teraz nic nie wibruje pod nimi, ale flizy są zimne, świnie budzą się, kłębią. Leżą jakby warstwami. Wtem dwie zaczynają ze sobą walczyć, boksy są dość obszerne, świnie zderzają się łbami, chwytają zębami za gardło i uszy, kręcą się w kółko, rzężą, czasem stoją spokojnie i tylko się gryzą. Ze strachu włażą na siebie, jedna na drugą, szarpią się zębami, spadają, szukają się, węszą.

Człowiek w płóciennym kitlu idzie chodnikiem, otwiera boksy, wchodzi z drągiem między świnie, drzwi są otwarte, świnie cisną się do wyjścia i znowu kwiki, chrząkanie, harmider. Na chodniku ciżba, między halami pędzą białe, zabawne stworzenia, grube, śmieszne zadki, wesołe obwarzanki ogonków, na grzbietach zielone czerwone kreski. Tutaj jest jasno, kochane świneczki, tutaj jest ziemia, węszcie sobie i ryjcie, ile jeszcze minut? Nie, słuszność po   waszej stronie, nie wolno pracować z zegarkiem w ręku, trzeba tylko węszyć i ryć. Zarżnę was, po to jesteście, spójrzcie na rzeźnię, na rzeźnię dla świń. Istnieję stare rzeźnie, lecz dla was przeznaczono nowy model. Jest jasny, zbudowany z czerwonej cegły, z zewnętrz można by go wziąć za zakład ślusarski, warsztat, biurowiec lub jakąś salę konstrukcyjną.

Ja pójdę inną drogę, kochane świnki, gdyż jestem człowiekiem, wejdę tymi oto drzwiami i w środku znowu się spotkamy.

Jedno pchnięcie drzwi, otwierają się lekko, kołyszą się. Ojej, para! Co tutaj pary! Włazisz do tej pary jak do łaźni, czyżby świnie brały rosyjsko-rzymską łaźnię? Idziesz gdzieś, nie widzisz dokąd, okulary zaszły ci parę, może jesteś nagi i wypocisz z siebie reumatyzm (sam koniak to za mało!), człapiesz pantoflami. Nie widzisz nic, zbyt gęsta para. Ale słyszysz kwik, rzężenie, człapanie, okrzyki mężczyzn, odgłosy spadających narzędzi, trzask pokryw. Tu muszę być gdzieś świnie, spędzono je z przeciwnej, podłużnej strony budynku. Biała, gęsta para. A oto już świnie, niektóre wiszą już martwe, zarżnięte, niemal dojrzałe do zjedzenia. Ktoś stoi z wężem gumowym i zlewa białe świńskie połcie.

Wiszą na żelaznych stojakach głowę na dół, niektóre świnie są całe, nogi maję przytrzaśnięte u góry drewnianą poprzeczką, martwe zwierzę jest bezradne, nie może biegać. Leży stos odrąbanych nóg. Z mgły dwaj ludzie wynoszą na żelaznej belce rozprute, wypatroszone zwierzę. Podnoszą belkę na pochylnię. I oto już wiele świnek stacza się w dół, patrząc bezmyślnie na flizy. Mijasz salę tonącą we mgle. Kamienne płyty z rowkiem w środku są wilgotne i zakrwawione. Między stojakami szeregi białych wypatroszonych zwierząt. Boksy rzeźnicze muszą być z tyłu, bo coś tam klaszcze, kłapie, kwiczy, wrzeszczy, rzęzi i chrząka. Tu stoją parujące kotły i kadzie, stąd dobywa się para. Ludzie nurzają zabite zwierzęta we wrzątku, wyparzają je, wyciągają piękne i białe, jeden z nich obskrobuje jeszcze skórę nożem, zwierzę staje się jeszcze bielsze, zupełnie gładkie. Łagodne i białe, zadowolone jak po wyczerpującej kąpieli, jak po udanej operacji czy masażu, leżą świnie pokotem na ławkach i deskach, syte, spokojne i nieruchome w nowych białych koszulach. Leżą wszystkie na boku, niektóre pokazują podwójny szereg sutek, ileż piersi ma taka świnia, są chyba okropnie płodne. Ale wszystkie mają czerwony rozporek na gardle, w samym środeczku, i to wygląda bardzo podejrzanie.

Teraz znowu coś klaszcze, z tyłu otwierają się jakieś drzwi, para uchodzi, spędzają nową gromadę świń (wy wbiegacie tamtędy, ja wszedłem przez drzwi rozsuwane), śmieszne różowe zwierzęta, wesołe zadki, wesoło skręcone ogonki, grzbiety z kolorowymi kreskami. Obwąchują nowy boks. Jest zimny jak poprzedni, ale na podłodze jest trochę wilgoci, której nie znają, coś czerwonego i lepkiego. Ocierają się o to ryjem.

Młodzieniec o bladej cerze i zlepionych blond włosach ma w ustach cygaro. Spójrzcie, oto ostatni człowiek, który się wami zajmuje! Nie myślcie o nim źle, on pełni tylko swój urząd. Musi załatwić z wami pewną sprawę, powierzoną mu przez kierownictwo. Ma na sobie tylko buty, spodnie, koszulę i szelki, buty sięgają aż poza kolana. To jego strój urzędowy. Wyjmuje z ust cygaro i kładzie je na półce przy ścianie, bierze z kąta długi topór. To oznaka jego urzędowej godności, jego władzy nad wami, jak blaszany znaczek policji kryminalnej. Zaraz wam ją pokaże. Jest to długi, drewniany drąg, młody człowiek podnosi go na wysokość ramion nad kwiczącymi świnkami, które niefrasobliwie ryją, węszą i chrząkają. Młodzieniec krąży tu i tam, patrząc w dół, szuka czegoś, szuka. Chodzi o wyśledzenie pewnej osoby, zamieszanej w sprawę Iks kontra Ypsylon. Łup! Oto wpadła mu jedna pod nogi, łup! jeszcze jedna. Młody człowiek jest zwinny, pokazał, co umie, topór świsnął, zanurza się w ciżbę i tępą stroną spada na jeden łeb, potem na drugi. W tej samej chwili na dole zaczyna coś drgać i kłębić się, świnia przewraca się na bok: nie wie nic, leży. Nie wie, co robią jej nogi i łeb. To nie świnia wierzga, to robią tylko jej nogi – niejako indywidualnie. A oto już dwaj ludzie z parni zajrzeli do środka: gotowe, dobra. Podnoszą zasuwę boksu rzeźniczego, wyciągają zwierzę: klęczą, wyostrzony o sztabę długi nóż trach! wbija się w szyję, trach, długie, bardzo długie cięcie, zwierzę otwiera się jak worek, nóż zanurza się głęboko, zwierzę drga, wierzga, ciska się, jest nieprzytomne, na razie tylko nieprzytomne (wkrótce zdechnie), kwiczy – żyły na szyi otwarte. Zwierzę jest zupełnie nieprzytomne, wkroczyliśmy, moje dziecko, w dziedzinę metafizyki i teologii, nie chodzisz już po ziemi, wędrujemy w chmurach. Teraz czym prędzej płaską miskę, spływa do niej czarna, gorąca krew, krew pieni się, tworzy pęcherzyki, trzeba nią szybko poruszać.

W ciele krzepnie krew, powinna krzepnąć, zasklepiać rany. Teraz wypłynęła z ciała, a wciąż jeszcze chce krzepnąć. Podobnie jak dziecko woła jeszcze: mamo, mamo, leżąc na stole operacyjnym, gdy nie ma już mowy o mamie i mama nie może przyjść, ale dziecko ma wrażenie, że dusi się pod maseczką z eterem, i póki może krzyczeć, wciąż jeszcze krzyczy: Mamo! – Trach, trach, żyły z prawej, żyły z lewej strony. Trzeba szybko poruszać. Teraz drgawki ustają i leżysz już spokojnie.

Skończyliśmy z filozofią i teologią, zaczyna się fizyka.

Człowiek wstaje z klęczek. Bolą go kolana. Świnię trzeba sparzyć, wypatroszyć, pokroić, wszystko po kolei. Dobrze odżywiony szef z fajeczką w zębach spaceruje po białej od pary sali, od czasu do czasu zajrzy w jakiś otwarty brzuch. Obok chyboczących się drzwi wisi na ścianie plakat: Bal przodujących pracowników rzeźni. Sala Friedrichshain, Orkiestra Kermbacha. Na dworze wiszą ogłoszenia walk bokserskich. Sale „Germanii”, Chausseestarsse 110, ceny biletów wstępu: od 1 marki 50 do 10 marek. 4 walki eliminacyjne.

Spęd na targ bydlęcy: 1399 wołów, 2700 cieląt, 4654 barany, 18 864 świnie. Przebieg targu: na woły (dobry towar) popyt niezły, na resztę: słaby, na cielęta: niezły, na barany: słaby, na świnie: z początku dobry, potem słaby, na tłuste: brak zainteresowania.

Na trasach bydlęcych wicher i deszcz. Bydło ryczy, mężczyźni pędzą wielką, ryczącą, rogatą trzodę. Zwierzęta tworzą zator, przystają, zbaczają z drogi, poganiacze biegają dokoła z kijami. W samym środku trzody jakiś buhaj skacze na krowę, krowa umyka w lewo, to w prawo, buhaj pędzi za nią i wciąż na nowo usiłuje ją pokryć.

Do hali rzeźnej wpędzają dużego białego byka. Tutaj nie ma ani pary, ani boksów, jak dla skłębionej ciżby świń. Wielki, silny byk mija bramę samotnie w otoczeniu poganiaczy. Roztacza się przed nim krwawa hala z wiszącymi połciami, ćwiartkami, porąbanymi kośćmi. Wielki byk ma szerokie czoło. Kijami i pchnięciami gnają go przed rzeźnika. Ażeby lepiej stanął, rzeźnik płaskim toporem podbija lekko tylną nogę byka. Jeden z poganiaczy chwyta go z dołu za gardło. Zwierzę stoi, poddaje się, poddaje się dziwnie łatwo, jak gdyby ujrzawszy to wszystko, godziło się i zezwalało, jak gdyby wiedziało: taki jest jego los i nie ma nań rady. A może gest poganiacza byk uważa za pieszczotę, gdyż wygląda bardzo spokojnie. Z przegiętym na bok łbem i zwróconym ku górze pyskiem kroczy potulnie za ciągnącym go ramieniem poganiacza. Ale za nim stoi rzeźnik z podniesionym młotem. Nie oglądaj się, byku; za tobą, nad tobą jest młot uniesiony dłońmi silnego człowieka i oto: bum, spada. Moc mięśni silnego człowieka wali żelaznym obuchem w kark. I w tej samej chwili (młot nie oderwał się jeszcze od karku) cztery nogi zwierzęcia śmigają w górę, cały ciężki korpus zrywa się jakby do lotu. A potem, jakby nie miało nóg, ciężkie ciało pada głucho na podłogę, na podkurczone sztywno nogi, leży tak przez chwilę i przewala się na bok. Kat obchodzi zwierzę dokoła, nowe ogłuszające zbawienne ciosy sypią się na łeb, na skronie, śpij, nie obudzisz się więcej.

Wtedy drugi rzeźnik, stojący obok, wyjmuje z ust cygaro, siąka nos, wyciąga nóż, długi jak pół szpady, klęka za łbem zwierzęcia: skurcz nóg ustąpił, byk drży, rzuca zadem. Rzeźnik szuka czegoś na podłodze, nie przykłada noża, woła o miskę na krew. Krew, niezbyt jeszcze wzburzona, krąży spokojnie, potężne serce bije miarowo. Wprawdzie stos pacierzowy jest zmiażdżony, lecz krew płynie jeszcze spokojnie w żyłach, płuca oddychają, poruszają się kiszki. Teraz zacznie działać nóż i tryśnie krew, mogę ją sobie wyobrazić: gruby jak ramię ludzkie strumień czarnej, pięknej, radosnej krwi. Lecz cała owa radość opuści wnet ten gmach i wyjdą zeń tańczący, gwarni goście, znikną pogodne pastwiska, ciepła obora, wonny pokarm, wszystko zniknie, zgaśnie, zostanie pusty otwór, ciemność, nowy obraz świata. Oho, zjawił się nagle pan, który zakupił ten gmach, przebije ulice (lepsza koniunktura!) i zwali cały dom. Przynoszą wielką miskę, przysuwają ją bliżej, ogromne zwierzę wyrzuca nogi w górę. Nóż wjeżdża w szyję tuż koło krtani, szuka ostrożnie żył, a taka żyła ma grubą powłokę, dobrze jest chroniona. Wtem żyła się otwiera, potem jeszcze jedna, i oto bucha gorąca, dymiąca czerń, czarnoczerwona krew tryska na nóż, na ramię rzeźnika, bujna, radosna krew, gorąca krew, przychodzą goście, następuje akt przeobrażenia, ze słońca powstała twoja krew, słońce skryło się w twoim ciele i oto wychodzi na powierzchnię. Zwierzę sapie potężnie, dławi się (potworny bodziec!), rzęzi, chrzęści. Tak, belki gmachy trzeszczą. A boki zwierzęcia wzdymają się straszliwie, człowiek przychodzi mu z pomocą. Kiedy kamień ma paść, należy go pchnąć. Człowiek wskakuje na zwierzę, obiema nogami staje na jego ciele, kołysze się, depcze wnętrzności, huśta się, niechaj szybciej spłynie krew, niechaj spłynie cała. A rzężenie się wzmaga, staje się długim, przeciągłym, ostatecznym jękiem, tylne nogi kopią lekko powietrze, jak gdyby się broniły. Życie ucieka wraz z rzężeniem, oddech słabnie. Zad zwierzęcia obraca się ciężko, opada. To ziemia, to siła ciężkości. Człowiek huśta się jeszcze na górze mięsa. Drugi ściąga już skórę z szyi.

 

Alfred Döblin, Berlin Alexanderplatz (Rzeźnia w Berlinie).

 

 

 

 

Wierzę w kościół powszechny czyli „chcę zaprowadzić do nieba ludzi, nie posłuszne szczeniaki”.

(…) Kościół był zawsze zbyt zajęty problemem utrzymania porządku, uniknięcia chaosu, i to nie pozwoliło mu się zorientować, że jego porządek był raczej nieporządkiem. Często się zastanawiam, nie usprawiedliwiając Kościoła, jak to możliwe, że poważne i cnotliwe osoby godziły się i godzą na tyle niesprawiedliwości. Przez trzy stulecia Kościół w Brazylii uważał za normalne, że Murzyni są niewolnikami! Prawda jest taka, że Kościół katolicki należy do mechanizmów władzy. Kościół ma pieniądze, a więc inwestuje swoje pieniądze, grzęźnie po uszy w przedsięwzięciach handlowych i wiąże się z tymi, którzy posiadają dobra. Sądzi, że w ten sposób broni swojego prestiżu, ale jeśli chcemy spełnić rolę, którą sobie przypisaliśmy, nie powinniśmy dłużej myśleć w kategoriach prestiżu. Nie powinniśmy też umywać rąk, jak Poncjusz Piłat, powinniśmy oczyścić się z grzechu zaniedbania i spłacić dług. I odzyskać szacunek młodzieży, jeśli nie jej sympatię, a może miłość. Precz z pieniędzmi, koniec głoszenia religii pod hasłem cierpliwości, posłuszeństwa, ostrożności, cierpienia, jałmużny. Dosyć dobroczynności, kanapek i ciasteczek. Godności ludzi nie broni się, ofiarując im ciastka i kanapki, lecz ucząc ich mówić: należy mi się szynka! To my, księża, jesteśmy winni fatalizmu, z jakim ubodzy godzili się zawsze z tym, że są ubodzy, zacofane narody z tym, że są zacofane. I postępując tak nadal, przyznajemy rację marksistom, według których religie są siłą alienującą i wyalienowaną, czyli opium dla mas!

A niech to, don Helder! Czy Paweł VI wie, że mówi ksiądz również takie rzeczy?

Wie, wie. I tego nie potępia. Tyle tylko, że on nie może mówić tego, co ja. Ma wokół siebie pewne osoby, biedaczysko!

Don Helder, ale czy naprawdę wierzy ksiądz, że obecnie Kościół może spełnić jakąś rolę w poszukiwaniu i wprowadzaniu w życie sprawiedliwości?

Och, nie. Wybijmy sobie z głowy, by po spowodowaniu tylu nieszczęść Kościół mógł sobie pozwolić na przyjęcie tego typu roli. Owszem, mamy obowiązek wypełnić to zadanie, lecz bez chełpienia się. Nie zapominając, że najcięższe winy spoczywają na nas, chrześcijanach. W zeszłym roku w Berlinie uczestniczyłem przez tydzień w okrągłym stole chrześcijan, buddystów, hinduistów, marksistów. Dyskutowaliśmy tam o ważnych problemach świata, analizowaliśmy to, co zrobiliśmy, i doszliśmy do wniosku, że religie mają wielki dług wobec świata, jednak największy dług mają chrześcijanie, a raczej katolicy. Jak można wytłumaczyć, że ta garstka krajów, dzierżąca w rękach osiemdziesiąt procent światowych zasobów, to kraje chrześcijańskie, a często katolickie? Podsumowuję więc: jeśli istnieje jakaś nadzieja, leży ona w wysiłku wszystkich religii połączonych razem. Nie samego Kościoła katolickiego czy samych religii chrześcijańskich. Nie istnieje już ani jedna religia, która miałaby wielkie możliwości. Pokój można osiągnąć jedynie dzięki tym, których papież Jan nazywał ludźmi dobrej woli.

Którzy stanowią pozbawioną władzy mniejszość, don Helder.

Liczą się właśnie mniejszości. To mniejszości zmieniały zawsze świat, buntując się, walcząc, a następnie poruszając masy. Tu jakiś ksiądz, tam jakiś partyzant, tu jakiś biskup, tam jakiś dziennikarz. Nie, żebym próbował pani schlebiać, ale muszę powiedzieć, że jestem jednym z niewielu, którzy lubią dziennikarzy. Kto, jeśli nie dziennikarze, ujawnia niesprawiedliwości i informuje miliony osób? Proszę nie usuwać z wywiadu tej uwagi; fenomen dziennikarzy jest ważny we współczesnym świecie. Dawniej przyjeżdżaliście do Brazylii tylko po to, by mówić o naszych motylach, naszych papugach, naszym karnawale, słowem, o folklorze. Teraz zaś przyjeżdżacie i przedstawiacie problem naszej nędzy, naszych tortur. Zgoda, nie wszyscy; istnieją też ludzie beztroscy, których nie obchodzi, że umieramy z głodu czy wskutek elektrowstrząsów. Zgoda, nie zawsze odnosicie sukces; wasze pragnienie prawdy zatrzymuje się tam, gdzie zaczyna się interes firmy, której służycie. Ale Bóg jest dobry i czasami pozwala, by wasi chlebodawcy okazywali się niezbyt inteligentni. W ten sposób, z Bożym błogosławieństwem, wiadomości zawsze się przedostają i gdy tylko zostaną wydrukowane, rozchodzą się z prędkością rakiety wystrzelonej na Księżyc, a następnie rozlewają się jak rzeka przerywająca wały. Odbiorcy nie są głupi, choć milczą. Mają oczy i uszy, choć nie mają ust. I zawsze przychodzi dzień, w którym wracają myślą do tego, co przeczytali. Czekam tylko na to, by przeczytali tę ostateczną prawdę: nie należy mówić, że bogacze są bogaci, bo ciężej pracowali albo są bardziej inteligentni. Nie należy mówić, że biedni są biedni z powodu głupoty i lenistwa. Gdy brakuje nadziei i dziedziczy się tylko biedę, na nic nie zda się praca czy inteligencja.

Don Helder, gdyby nie był ksiądz księdzem…

Może sobie pani zaoszczędzić pytania; nie potrafię sobie nawet wyobrazić, bym mógł być kimkolwiek innym niż księdzem. Proszę pomyśleć: uważam brak wyobraźni za zbrodnię, a jednak brakuje mi wyobraźni, by ujrzeć siebie jako nieksiędza. Bycie księdzem jest dla mnie nie tylko wyborem, jest sposobem na życie. Jest tym, czym woda dla ryby, niebo dla ptaka. Ja naprawdę wierzę w Chrystusa, Chrystus nie jest dla mnie abstrakcyjnym pojęciem, jest osobistym przyjacielem. Bycie księdzem nigdy mnie nie rozczarowało ani nie było powodem do żalu. Celibat, czystość, brak rodziny, rozumianej tak jak rozumiecie ją wy, ludzie świeccy, to wszystko nigdy nie stanowiło dla mnie ciężaru. Jeśli zabrakło mi pewnych radości, otrzymałem i otrzymuję inne, o wiele bardziej podniosłe. Gdyby pani wiedziała, co czuję, gdy odprawiam mszę, jak bardzo się z tym utożsamiam! Msza naprawdę jest dla mnie Golgotą i Zmartwychwstaniem, jest szaloną radością! Jeden rodzi się, by śpiewać, inny, by pisać, inny, by grać w piłkę, a kto inny rodzi się, by zostać księdzem. Ja urodziłem się po to, by zostać księdzem; zacząłem tak twierdzić w wieku ośmiu lat, i to z pewnością nie dlatego, że rodzice wbili mi to do głowy. Mój ojciec był masonem, a moja matka chodziła do kościoła raz na rok. Pamiętam nawet, że pewnego dnia mój ojciec się wystraszył i rzekł: „Synu, mówisz zawsze, że chcesz zostać księdzem. Ale czy wiesz, co to znaczy? Ksiądz to ktoś, kto nie należy do siebie samego, bo należy do Boga i ludzi, ktoś, kto musi rozdzielać tylko miłość, wiarę i miłosierdzie…”. A ja mu odpowiedziałem: „Wiem. Dlatego właśnie chcę zostać księdzem”.

Ale nie zakonnikiem. Księdza telefon dzwoni zbyt często, a ten murek, ostrzeliwany seriami z karabinu maszynowego, nie nadaje się na klasztor.

Och, myli się pani! Noszę klasztor w swoim wnętrzu. Może jest we mnie niewiele mistycyzmu i w moich bezpośrednich spotkaniach z Chrystusem też jestem impertynencki, jak chciał Chrystus. Zawsze przychodzi jednak chwila, gdy izoluję się niczym mnich. Co noc budzę się o drugiej, wstaję, ubieram się i składam części, które porozsypywałem za dnia: tu ręka, tam noga, głowa nie wiadomo gdzie. W samotności sklejam siebie, rozmyślam, piszę albo się modlę i przygotowuję do mszy. Za dnia jestem człowiekiem umiarkowanym. Niewiele jem, nie lubię pierścieni i drogocennych krzyży; jak pani widzi, cieszę się ogólnie dostępnymi darami: słońcem, wodą, ludźmi, życiem. Piękne jest to życie i często się zastanawiam, dlaczego, aby je podtrzymać, trzeba zabijać inne życie; choćby to było jajko albo pomidor. Tak, wiem, że przeżuwając pomidora, sprawiam, że staje się on don Helderem, i w ten sposób go idealizuję, czynię go nieśmiertelnym. Pozostaje jednak faktem, że niszczę pomidora. Dlaczego? To tajemnica, której nie potrafię zgłębić i którą odsuwam od siebie, mówiąc: trudno, człowiek jest ważniejszy od pomidora.

A kiedy nie myśli ksiądz o pomidorach, czy nie zdarza się księdzu być trochę mniej zakonnikiem i trochę mniej księdzem? Słowem, denerwować się na ludzi, że są mniej warci od pomidora, i marzyć co najmniej o tym, by trochę im przyłożyć?

Gdyby mi się to zdarzało, byłbym księdzem z karabinem na ramieniu. I bardzo szanuję księży z karabinem na ramieniu, nigdy nie mówiłem, by używanie broni przeciwko ciemięzcom było niemoralne czy niechrześcijańskie. Ale to nie mój wybór, nie moja droga, nie mój sposób wprowadzania w życie Ewangelii. Dlatego, gdy się denerwuję i zauważam to po tym, że nie potrafię wydusić słowa, hamuję się i mówię: „Spokojnie, don Helder!”. Tak, rozumiem, nie potrafi pani pogodzić tego, co właśnie pani powiedziałem z tym, co mówiłem wcześniej; z jednej strony klasztor, z drugiej polityka. Ale to, co pani nazywa polityką, dla mnie jest religią. Chrystus nie stał po stronie ciemiężycieli, nie uginał się przed tymi, którzy mówili: jeśli bronisz młodych ludzi porywających ambasadorów, jeśli bronisz młodych ludzi napadających na banki, by kupić broń, popełniasz zbrodnię przeciwko ojczyźnie i państwu. Kościół chce, abym zajmował się wyzwoleniem duszy, lecz jak mogę wyzwolić duszę, jeśli nie wyzwolę ciała, w którym ta dusza się znajduje? Chcę zaprowadzić do nieba ludzi, nie posłuszne szczeniaki. A tym bardziej nie szczeniaki z pustym żołądkiem i zmiażdżonymi genitaliami.

Dziękuję, don Helder. Wydaje mi się, że zostało powiedziane prawie wszystko. Ale co się teraz z księdzem stanie?

Cóż! Nie chowam się, nie bronię i nie trzeba zbyt wiele odwagi, żeby mnie sprzątnąć. Jestem jednak przekonany, że nie mogą mnie zabić, jeśli nie zechce tego Bóg. Jeśli zaś Bóg tak zechce, bo uważa, że tak będzie właściwie, przyjmę to jako łaskę; kto wie, może moja śmierć się na coś przyda. Straciłem prawie wszystkie włosy, tych kilka, które mi zostało, jest białych i nie pozostaje mi wiele lat życia. Ich groźby nie budzą więc we mnie strachu. Słowem, raczej trudno im będzie zmusić mnie za ich pomocą do zamknięcia gęby. Jedynym sędzią, którego uznaję, jest Bóg.

Recife, sierpień 1970

Obszerny fragment wywiadu z Helderem Camarą.

Oriana Fallaci, Wywiad z historią.

i-hate-facebook1

 

Post Navigation