Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the category “TaTany”

Niepojęte. Czyli recenzja. Książki.

Dan Simmons, Drood,Wydawnictwo MAG 2012

Dan Simmons Drood
Wydawnictwo MAG 2012

 

                Dawno już nie czytałem… nie, nie – to nie to, co myślicie – czytałem bowiem jeszcze przed kilkunastu minutami, dzięki czemu stwierdzić mogę (a nawet muszę), że dawno już nie czytałem takiego a r c y d z i e ł a. Oto skończyłem właśnie lekturę powieści, którą nie bez kozery Stephen King nazwał arcydziełem suspensu. King myli się jednak, bowiem Drood Dana Simmonsa nie jest arcydziełem wyłącznie suspensu – ta książka jest po prostu wielka pod każdym względem. Niektórzy recenzenci wprawdzie za wadę Drooda poczytują to, co świadczy o jej wielkości i niepowtarzalności: mianowicie niezwykle bogatą warstwę krytyczno-literacką,  osłabiającą, ich zdaniem, działanie suspensu. Mylą się jednak… jednak zacznijmy od uporządkowania naszej wiedzy o Droodzie. Jest zatem Drood powieścią niemalże biograficzną, opisującą ostatnie lata życia Charlesa Dickensa. Chodzi tu o okres pięciu lat następujących po katastrofie kolejowej w Staplehurst 9 czerwca 1865 roku; katastrofie, z której pisarz wyszedł bez szwanku (przynajmniej cielesnego). Wbrew pozorom nie jest to jedynie kronika tych lat z życia Pana Niezrównanego, jako że książka obfituje również w szczegóły jego wcześniejszej biografii, które poznajemy dzięki narratorowi, znanemu angielskiemu pisarzowi z czasów wiktoriańskich, Wilkiemu Collinsowi. Przyjaciel Dickensa, autor dziś już nieco zapomniany, został zaprezentowany przez Simmonsa jako osoba żyjąca w cieniu Boza – Collins ma kompleks Dickensa, jako że z jednej strony uważa się za lepszego pisarza, z drugiej jednak niczym kania dżdżu czeka jego uznania; akceptacja starszego kolegi jest mu wręcz do życia niezbędną, co nie przeszkadza go nienawidzić. Albo myśleć, że go nienawidzi… Zżyma się straszliwie na wszelkie uwagi Dickensa tyczące się jego utworów, nawet uważa że są zbyteczne, jednak bez dyskusji (ze skrywaną wprawdzie, ale z wdzięcznością) się do nich stosuje. Stąd też mnogość nawiązań do twórczości Dickensa, ocen zastosowanych przezeń rozwiązań fabularnych, charakterystyk dickensowskich bohaterów, dyskusji z jego pomysłami na fabułę… wyrazy uznania dla Dana Simmonsa  – informacje podręcznikowo dla niektórych nudne, podał w sposób nawet dla wielu wykładowców literatury nieosiągalny: czyli po prostu przystępnie i interesująco. Aż chce się sięgnąć po wszystkie te książki! I nie tylko zresztą te: zapomniany niesłusznie Collins zasługuje również na to, by wydobyć go z mgieł niepamięci: Kobieta w bieli i Kamień księżycowy trafiają zatem na moją listę Do przeczytania! A wiecie, że Wilkie stworzył podwaliny angielskiej powieści detektywistycznej?

Drood Dana Simmonsa naprowadził mnie na Tajemnicę Edwina Drooda Charlesa Dickensa, jako że historia i kulisy powstania ostatniej powieści Pana Niezrównanego stały się dla Simmonsa motorem jego własnej opowieści. Dickens Tajemnicy nie skończył; powieść drukowano w odcinkach; nagła śmierć jej autora w dniu 9 czerwca roku 1870, w piątą rocznicę katastrofy kolejowej w Staplehurst, przerwała publikację w momencie, gdy drukiem ukazał się zaledwie szósty z zaplanowanych dwunastu odcinków. Kto zamordował Edwina Drooda? Czy w ogóle go zamordował? Niestety,  odpowiedzi na te pytania zabrał Dickens do grobu… Dan Simmons postanowił zmierzyć się z tajemnicą –  z jakim jednak skutkiem? Znajomość ostatniej, niedokończonej powieści Dickensa, nie jest wprawdzie niezbędną do lektury Drooda, sprawia jednak, że przyjemność czerpana z lektury wzrasta niepomiernie. Czytanie tych dwóch książek równolegle, dwutorowo, było dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Zdradzę Wam pewną wstydliwą tajemnicę: dzięki Simmonsowi przeczytałem swą pierwszą powieść Dickensa. Traf sprawił, że m o j a pierwsza powieść, jest jego ostatnią… Wiedziałem wprawdzie, że nie mogę pominąć Niezrównanego na swej literackiej drodze pisarskich i czytelniczych poszukiwań, ale Dan Simmons przyspieszył realizację mojej decyzji…

Kwestią nierozstrzygniętą pozostaje, czy wydarzenia przedstawione przez Simmonsa są rzeczywistą manifestacją tajemnych kultów, wywodzących się z mroków Egiptu faraonów, czy też opiumową wizją zahipnotyzowanego pisarza: nie sposób dać jednoznacznej odpowiedzi, interpretację pozostawił Simmons Czytelnikowi. Za to jak najbardziej prawdziwe i rzeczywiste są myśli zaprzątające umysł Wilkiego. I prawdziwe są realia wiktoriańskiego Londynu. Pod-Londynu – jeśli takowy istniał(by) – również. Londyn biedoty, żebraków, prostytutek, opiumistów, rzezimieszków, policjantów i expolicjantów, slumsy na powierzchni czy pomieszczone w katakumbach i kanałach – wszystko to odmalował Simmons z przerażającą wręcz dbałością o szczegóły, rzucając w rezultacie naszą wyobraźnię na obszary żywcem wyjęte z koszmarnego snu, a na które nigdy zapewne, czy to we śnie, czy na jawie, zapuścić się byśmy nie chcieli. Z tego też względu nie sposób simmonsowskiej wizji odmówić epickiej wręcz filmowości. Filmowość, rozumiana też jako podatność książki na ekranizację, to również olbrzymie pokłady pełnej niespodziewanych zwrotów akcji. O ile metafizykę i rozważania krytyczno-literackie na kinowy ekran  przenieść nie sposób, o tyle akcja Drooda jest tak skonstruowana, że nie byłoby z tym najmniejszych problemów. Filmowe skojarzenia związane z Droodem przenoszą nas w rejony, w których egzystują takie obrazy jak chociażby Vidocq z Gerardem Depardieu (inspektorzy policji niczym kruki, w czarnych, powiewających płaszczach) czy Todd Rzeźnik z Benem Kingsleyem (wizja Londynu). Ciekawym doświadczeniem byłaby również ekranizacja Drooda stworzona przez BBC – wystarczy przypomnieć dickensowskie produkcje tej stacji.

Wiemy, że Drood to wyśmienita powieść akcji, wspomnieliśmy o malarskości i filmowości opisu, spojrzeliśmy na książkę jako na studium obyczajowe i historyczne epoki wiktoriańskiej oraz podziwialiśmy ją jako esej literacki. Czy to wszystko? Nie – nie jesteśmy bowiem w stanie wyczerpać naszą wyliczanką wielowymiarowości i uniwersalności recenzowanej powieści. Nie można jednak nie wspomnieć o Droodzie jako powieści grozy. Lub horrorze – choć osobiście nie lubię tego określenia. Dan Simmons jest pod tym względem godnym spadkobiercą Mistrza – Edgara Alana Poe. Jak wspomnieliśmy na wstępie – zyskał uznanie Stephena Kinga, prawdziwego autorytetu w dziedzinie, tutaj to określenie mi nie wadzi, horroru. King wprawdzie, jak zwykł powtarzać znajomy recenzent, to nie moja bajka, jednak autorytetem horroru jest z pewnością – o czym świadczą liczby sprzedanych egzemplarzy dzieł jego, jak również niezmierna rzesza wiernych czytelników. Uznanie Kinga o czymś więc w końcu świadczy… Czym jest groza w wykonaniu Simmonsa? Czy wszystkie te koszmarne wydarzenia, postaci rodem z piekła i inne, dziwne i niewyjaśnione, zjawiska dzieją się naprawdę. Bo skoro przytrafiają się tylko Wilkiemu… są więc może  – li tylko – urojeniami zrodzonymi w umyśle pisarza spowitym opiumowym dymem. Na dobrą sprawę można by Drooda nazwać traktatem przy paleniu opium, swoistym memento, ostrzeżeniem przed uleganiem zgubnemu nałogowi.

Jest więc Drood książką wybitną i powinni przeczytać ją nie tylko miłośnicy Dickensa, epoki wiktoriańskiej, dziewiętnastowiecznej literatury i horroru. Ba, jest to książka nie tylko dla czytelników fantastyki i naprawdę szkoda mi tych wszystkich, którzy fantastyki nie czytają programowo (pozdrowienia dla M.), jako że większość d o b r e j literatury światowej tworzą obecnie pisarze zaszufladkowani jako pisarze fantastyczni. Cormaca McCarthy’ego i Salmana Rushdiego byście zapewne nie przeczytali, gdyby dali zaszufladkować się pod etykietą fantastyki… Co więcej, ortodoksyjni fantaści (ci od s-f, rakiet i robotów) odrzucą Drooda ze wstrętem. Nie dajcie się zamknąć w getcie kiepskiej literatury eksperymentalno-trawiennej: spróbujcie czegoś innego! Drood to dobry początek. A Cykl barokowy Neala Stephensona? Majstersztyk!

A czy wspominałem o elementach komizmu, o humorze którym Drood jest na wskroś przeniknięty? Nie? No to wspominam: źródłem komizmu jest, jakże by inaczej, Wilkie Collins, co sprawia że humor to trochę wisielczy. Jego megalomańskie wyobrażenia o sobie, o rzeczywistości w której przyszło mu żyć, o zamierzeniach i planach, które pękają niczym bańka mydlana w zetknięciu z rzeczywistością, są tegoż komizmu przyczyną. Nie należy mylić komizmu z rechotem, beztroskim i nieskażonym inteligencją śmiechem. Komizm służy kreacji głównego bohatera, człowieka w wizji Simmonsa zarozumiałego, antypatycznego, zakompleksionego. I tchórzliwego.

Co mnie jeszcze w Droodzie urzekło i zachwyciło? O pisarstwie pada tu wiele słów cennych i celnych: o pisarskich aspiracjach i inspiracjach, nadziejach i rozczarowaniach, o muzie i natchnieniu. O tym, czym różni się solidne pisarskie rzemiosło od literackiego geniuszu… Wilkie Collins, przez całe swe literackie życie, próbował wyjść z cienia Dickensa, marzył o tym by go pokonać. Ale czy da się rozstrzygnąć pojedynek dwóch wielkich ludzi pióra? Bo według jakich kryteriów wybrać zwycięzcę? Koniec końców, uznanie własnej przegranej staje się zwycięstwem Wilkiego: przyznanie się do porażki zyskuje mu sympatię, niechętnego i wrogiego do tej pory, Czytelnika. A czy uznanie czytelników nie jest dla pisarza najważniejszym miernikiem sukcesu?

Kiedy zachoruje wieśniak, inni zastępują go przy obrabianiu pola. Kiedy zaniemoże żołnierz, zgłasza się do infirmerii, a na pole bitwy wysyła się jego zastępcę. Kiedy choroba zmoże kupca, ktoś inny, na przykład żona zastępuje go za sklepową ladą. Kiedy w chorobę popada królowa, miliony modlą się o jej zdrowie, a w mieszczącym sypialnię skrzydle królewskiego pałacu mówi się niemal szeptem i wytłumia odgłos kroków. Jednakże we wszystkich tych wypadkach – w polu, wojsku i sklepie –praca trwa nieprzerwanie.

                Kiedy zaś choruje pisarz, wszystko zamiera: kiedy umrze, jego „firma” na zawsze kończy działalność. Pod tym względem profesja popularnego pisarza przypomina zawód sławnego aktora, tyle że nawet najsłynniejsi aktorzy mają swoich dublerów. A pisarz nie. Nikt nie może go zastąpić. Jego niepowtarzalny głos jest wszystkim.

Drood jest też (które to jest też w tym tekście?) opowieścią o śmierci. I nie chodzi o to, że śmierć – niejednokrotnie nagła i okrutna – towarzyszy bohaterom przez całą fabułę, że podąża ich śladem. Że lęk przed nią jest motorem ich działania. Ale śmierć to również ostatnia godzina… . Wszak, zgodnie z wiarą katolicką, nie bez powodu ten czas jest dla człowieka ostatnią szansą na odkupienie winy, na skorzystanie z Bożego Miłosierdzia. Stając wobec nieuchronnego mamy szansę na ostatnie, być może, rozgrzeszenie w naszym życiu. Musimy jednak szczerze spojrzeć na nasz dotychczasowy żywot. Uświadomić sobie wszystkie nasze „za’’ i „przeciw”. Nawet jeśli oznacza to przyznanie się do porażki. A może zwłaszcza wtedy… Ostatnia godzina.

Ale nade wszystko… Czytelniku… Dickens zasłużył na śmierć i potępienie, ponieważ – mimo wszystkich swoich braków i niedoskonałości (zarówno ludzkich, jak i pisarskich) – on był literackim geniuszem, a ja nie.

Czy Wilkey Colins zwyciężył? Ostatni rozdział Drooda jest rozdziałem bardzo gorzkim i smutnym, jest szczerym wyznaniem człowieka u progu, no właśnie – wieczności? nicości? – widzącego daremność wysiłku, bezsens całego swego życia. Akceptacja nieuniknionego, czy rezygnacja w obliczu klęski? Ostatecznej klęski… Zwycięstwo, czy porażka? Świadomość przegranej można uznać za zwycięstwo. Ale czy niemożność dostrzeżenia, że żyjemy we śnie, w swoistej hipnozie, z której obudzić się nie możemy? I że z powodu własnej naszej arogancji i pychy, nawet śmierć nie przyniesie nam wyzwolenia?

Zwycięstwo?

To straszne. Nieznośne. Niepojęte.

Niepojęte.

Niepojete…

Krótki przewodnik po słynnym mieście Ambergris, czyli…

… recenzja 3 powieści Jeffa Vandermeera.

„Mam tak samo jak ty, miasto moje a w nim…” śpiewał swego czasu Czesław Niemen. Gdyby jednak te słowa wypowiedział Jeff Vandermeer, zaraz potem musiałby dodać, „a w nim: kałamarnice, Szare Kapelusze oraz podstępne, różnokolorowe grzybki i grzyby”. Stworzone bowiem przez niego  Ambergris to w istocie tytułowy bohater książki „Miasto szaleńców i świętych”.

Vandermeer uchodzi za pisarza, który do perfekcji opanował sztukę kreowania organizmu miejskiego na bohatera literackiego. W pierwszej chwili czytelnik odnosi wrażanie, że „Miasto…” to zbiór opowieści, pisanych w różnym stylu i nie powiązanych ze sobą fabularnie. Jest to przy tym literatura bardzo różnorodna: znajdziemy tutaj rozprawy historyczne[i] i fabularne historie z pogranicza grozy i fantastyki. Jest raport psychiatryczny, słownik terminów związanych z Ambergris i wiele, wiele innych. W niektórych momentach dochodzi do tego, że czytelnik nie wie czy wymyśloną rzeczywistością jest Ambergris czy Nowy York. Z tego na pozór chaotycznego obrazu, w miarę czytania kolejnych historii, wyłania się spójnie i logicznie opowiedziana historia miasta, a wątki znane z danego opowiadania powracają w innym, w zupełnie nowym kontekście. Istotnym elementem całej opowieści są dzieje dramatycznych kontaktów z pierwotnymi mieszkańcami tego terenu, tajemniczymi Szarymi Kapeluszami – żyjącymi w niezwykłej symbiozie z grzybami. Szare Kapelusze wykorzystują grzyby do wszystkiego: w charakterze budulca (potrafią wyhodować grzybowe domy), czy broni (nie mogło też zabraknąć, znanych i u nas  grzybków halucynogennych). Grzyby dzięki zarodnikom potrafią dostać się praktycznie wszędzie – stąd też ich przydatność w inwigilacji czy penetrowaniu miejsc z pozoru niedostępnych. Potrafią też skolonizować człowieka, przemienić go w przerażającą hybrydę i doprowadzić do śmierci. Zgadnijcie, dlaczego po mieście nie powinno się wędrować bez butów… Potrafią też skolonizować człowieka po śmierci – na mnie olbrzymie wrażenie wywarło opowiadanie W pierwszych godzinach po śmierci.

Równie ważną rolę odgrywają słodkowodne kałamarnice z Królem Kałamarnic na czele – Król Kałamarnic. Kałamarnice, dodajmy, posiadające zdolność porozumiewania się seriami błysków przywodzącymi na myśl alfabet Morse`a, są istotami obdarzonymi inteligencją, w co większość mieszkańców i tak nie chce uwierzyć. Dla nich jest to tylko obiekt przynoszących zyski połowów, których zwieńczenie stanowi tradycyjny, coroczny Festiwal Słodkowodnych Kałamarnic, odbywający się na bulwarze Albumuth. Skojarzenia z karnawałem w Wenecji nasuwają się same, (szalone korowody roztańczonych ludzi, skrywających twarze za wymyślnymi maskami).

Miasto rozdarte jest konfliktem – walczą ze sobą stronnictwa Czerwonych i Zielonych (przeciwnicy i zwolennicy burmistrza, słynnego kompozytora Vossa Bendera), który z czasem przerodzi się w wojnę domową między… wydawnictwami! Mamy tu do czynienia z prawdziwie wybuchową mieszanką abstrakcyjnego humoru, elementów historii i popkultury. W odniesieniu do Miasta… doskonale sprawdza się, nieco już wyświechtane stwierdzenie, że Vandermeer prowadzi intelektualną grę, bawiąc się konwencjami, historią i popkulturowymi kalkami. Nie poprzestał jednak na samej li tylko warstwie tekstowej. Zdecydował się również na zabawę formą, w jaką tekst został oprawiony. Stąd liczne grafiki i zdjęcia różnych obiektów (np. noża Szarych Kapeluszy). To również zabawa graficznym rozplanowaniem samego tekstu i czcionką: dokumenty ze szpitala psychiatrycznego zostały napisane czcionką maszynową, a rozprawa o Królu Kałamarnic przywodzi na myśl siedemnastowieczne rozprawy naukowe. A czcionki którymi wydrukowano: „Miasto…” też doczekały się własnych przypisów – taki np. garamond, bo w nim:, „drzemie (…) ślad skórki pomarańczowej zmieszanej z białym pieprzem, zapachem tostu oraz wiórkami czekoladowymi”.

Nie jest przesadą stwierdzenie, że prawdziwy potencjał literacki nie leży obecnie w literaturze głównonurtowej, a w fantastyce, zwłaszcza tej najnowszej. Bowiem łatwiej tu znaleźć powieść według klasycznego, XIX-wiecznego schematu (wstęp, rozwinięcie, zakończenie, pełne zdania, opis), niż wśród tzw. głównego nurtu, gdzie najczęściej spotkać można przedziwne eksperymenty, fizjologiczną dosłowność i nastawienie autora na szokowanie czytelnika. Wszak zachwycać to takie banalne… Pewnie wielu wykrzyknie, że to nieprawda bo Rushdie, bo McCarthy to nie fantastyka. Nie fantastyka? Powiem tylko: szufladki. Jeśli chcecie więc przeczytać książkę mądrą i zabawną, która nie zaleje was bełkotliwymi strumieniami myśli, traktatami przy opróżnianiu pęcherza i  tym podobnych literackich marginaliów,  to właśnie „Miasto szaleńców i świętych” jest książką dla Was.

Możecie też przedłużyć swój pobyt w Ambergris sięgając po Shriek: Posłowie. Tym razem swoją historię opowiada Janice Shriek, siostra zaginionego, znanego z poprzedniej części ekscentrycznego historyka Duncana Shrieka, autora Hoegbottońskiego przewodnika… i niezwykłych, podziwianych powyżej[ii] przypisów. Sama Janice pojawiła się w Mieście… m. in. w opowadaniau Przemiana Martina Lake’a. I chociaż fabularnie jest ta opowieść odrębną, to jednak z poprzednią książką łączy ją wiele wspólnych elementów. Pojawiają się znane już postaci i wydarzenia, a cała powieść jest komentarzem do przywołanego powyżej dzieła. Chwilami od siostry przejmuje narrację sam Duncan prostujący i wyjaśniający pewne jej wątpliwości (czasem można się pogubić, kto tu w końcu jest zaginiony i kto kogo komentuje). Ponownie pojawiają się Szare Kapelusze – z kałamarnicami jest niestety nieco gorzej, są wprawdzie, lecz w mniejszej ilości. Ambergris z wolna pogrąża się w chaosie wojny domowej –  wojny, która nie jest li tylko starciem dwóch konkurujących ze sobą wydawnictw (tym razem walczą ze sobą domy wydawnicze), bo przebiegiem wojny żywotnie są zainteresowani potężni sąsiedzi Ambergris, Szare Kapelusze – wcale nie bezinteresownie – dostarczając jednej ze stron konfliktu grzybowej broni, od znanych ze współczesnego nam pola walki narzędzi zniszczenia różniącej się w zasadzie tylko grzybowym pochodzeniem. W centrum wszystkich tych wydarzeń jest Janice próbująca pisać swój dziennik (bo w takowy przeradza się jej posłowie)… W Shrieku jest Vandermeer bardzo bliski typowego dziennika wojennego i literatury opisującej grozę wojny. Pokazuje ten żywioł bardzo realistycznie i plastycznie, dając do zrozumienia, ile ma do powiedzenia jednostka w obliczu takiego kataklizmu. Jak wspomniałem wyżej, fabularnie jest to powieść niezwiązana z poprzednią, jednak uważni Czytelnicy Miasta odnajdą tu kontynuację znanych sobie wątków.

Ich zakończenie odnaleźć można w ostatniej jak do tej pory powieści cyklu, zatytułowanej Finch. Jeżeli po lekturze wcześniejszych części pozostawał pewien niedosyt i zastanawialiście się, jak potoczą się dalsze losy magicznego Ambergris, to teraz macie okazję aby się o tym przekonać. Wszystkie wątki zbiegają się w jednym punkcie, a – parafrazując znane powiedzenie – Finch wieńczy dzieło.  Tym razem trafiamy do rzeczywistości rodem z typowego kryminału noir – można by rzec chandlerowskiej, wypełnionej, jakżeż by inaczej, typowymi bohaterami skrojonymi według najlepszych, chandlerowskich wzorców. Już główny bohater, tytułowy Finch, to taki Marlowe z Ambergris. Staje przed niełatwym zadaniem, musząc rozwikłać zagadkę podwójnego morderstwa. Ofiarą mordercy padli grzybianin i człowiek, zresztą niejaki… nie, nie zdradzę jego tożsamości, ale dla wiernych czytelników cyklu będzie to niewątpliwie całkiem miła niespodzianka. Finch, niczym Marlowe właśnie, zdeterminowany w swych poszukiwaniach, rzuca wyzwanie całemu światu. Zgodnie z klasycznym schematem musi działać sam przeciw wszystkim, nie mogąc też ufać ani najbliższym, ani współpracownikom. Szef również nie ułatwia mu zadania, a jako Szary Kapelusz dysponuje wymyślnymi środkami perswazji, z którymi nasz detektyw zetknie się nie raz. Atmosfera noir wypełnia szczelnie każdą stronicę  tej opowieści. Owo noir to duszna, przytłaczająca atmosfera, poczucie wyalienowania i narastającej nieufności, dodatkowo wzmocnione realistycznymi opisami świata, przygnębiającego uniwersum rozkładu i degeneracji. Degradacji i zniszczeniu uległo samo Ambergris – całe dzielnice i poszczególne, niejednokrotnie wspaniała budowle, znane Czytelnikowi z poprzednich części, legły albo w gruzach, albo zostały opanowane przez grzyby. Vandermeer po raz kolejny okazuje się być wyśmienitym architektem nastroju, mistrzem opisu. Jego świat, z jednej strony przygnębiający, odpychający i przerażający, jest też światem fascynującym, nie pozbawionym piękna. Rzeczywistość tu przedstawiona bardzo mocno zmieniła się od czasu, kiedy ostatnio gościliśmy w Ambergris. Szare Kapelusze przejęly kontrolę nad miastem wskutek Powstania, które nastąpiło po wyniszczającej wojnie domowej. Ludzie natomiast wegetują w ruinach miasta lub są zmuszani do ciężkiej i niewolniczej pracy przy wznoszeniu tajemniczej konstrukcji Szarych Kapeluszy. Nieliczni bojownicy ruchu oporu gnieżdżący się pośród ruin nie są w stanie zmienić tej sytuacji – ich znaczenie jest marginalne. Niektórzy ludzie wybrali drogę kolaboracji i poddawszy się dobrowolnej kuracji grzybowej zostali szpiegami, o tyle przerażającymi że zdolnymi, niczym żywa kamera, rejestrować w swej głowie wszystko, co zobaczą. Z nich to sformowane zostały specjalne oddziały służby bezpieczeństwa, dzięki którym Szare Kapelusze są w stanie tłumić w zarodku każdą myśl o oporze. Degeneracji fizycznej postaci Ambergris towarzyszy destrukcja jego ducha, oraz powszechny upadek morale i moralności.

Trudno nie zgodzić się z tym, co na łamach Guardiana napisał w roku 2010 brytyjski pisarz Eric Brown. Zauważył mianowicie, że Vandermeer był w stanie napisać powieść, która jest zarówno klasycznym kryminałem noir, przewrotnym przykładem fantastycznego nurtu new weird , a jednocześnie niezwykle trafną metaforą pokazującą odczłowieczającą siłę wszelkich reżimów okupacyjnych i totalitarnych. Traf chciał, że dwie książki przed Finchem, dane mi było przeczytać Miasto i miasto Chiny Mievilla – w dużym stopniu to, co mógłbym wówczas napisać o tamtej  książce, z równym powodzeniem można by powtórzyć i tutaj. A że nie napisałem recenzji Miasta i miasta… poprzestanę na stwierdzeniu, że łączy te dwie powieści: przynależność do new weird, detective story (czyli jak mawiają Anglicy: powieść detektywistyczna) w klimacie noir, postać głównego bohatera (detektywa „sam przeciw wszystkim”), a także potępienie zniewalających człowieka wszelkich reżimów i narzucanych przez nie kajdan.

Miasto szaleńców i świętych, Shriek: Posłowie i Finch to kolejne trzy odsłony cyklu opowiadającego niezwykłą historię miasta Ambergris. Książki bronią się również jako pełnoprawne powieści, które nic nie tracą przy czytaniu każdej części z osobna. Reprezentują przy tym trzy zupełnie odmienne typy literatury, a biorąc pod uwagę to, jak skonstruowane jest Miasto… – nawet więcej niż trzy. Gdyby trylogia Vandermeera ukazała się drukiem w połowie poprzedniego stulecia, zaliczono by ją prawdopodobnie w poczet realizmu magicznego. Jest też niezwykle udanym przedstawieniem miasta w roli bohatera i wypada lepiej w tym charakterze aniżeli Nowe Crobuzon Mieville’a (Dworzec Perdido). Tak naprawdę to właśnie Vandermeer wskrzesił we mnie wiarę w new weird: czegoś takiego spodziewałem się po powieściach Mievilla, które po  jego niezwykle udanych opowiadaniach były dla mnie rozczarowaniem. Vandermeer bardzo pozytywnjie zaskoczył mnie swoim powieściopisarstwem, dzięki Ambergris stając się jednym z najbardziej cenionych przeze mnie autorów.  Jak już wspomniałem, wszystkie opowieści z Ambergris można czytać osobno, ale dopiero po zestawieniu ich w cykl zyskują zupełnie nowy wymiar. To, czego dowiedzieliśmy się w Mieście szaleńców i świetych, zyskuje zupełnie nowe znaczenie po lekturze Shriek: Posłowie i Fincha.  Czasami ta nowa perspektywa jest tak zdumiewająca, że warto dla niej jeszcze raz powrócić do lektury opowieści z Ambergris.[iii]

Źródła ilustracji: empik.com, amazon.com, mag.com.pl, solarisnet.pl


[i] I to w dodatku z przypisami. A przypisy nie są li tylko i dodatkiem do treści – są równie ważnym jak ona elementem. Nie powinno się ich pomijać. Nie wolno ich pomijać! Ich lektura to czysta przyjemność. Vandermeer podjął się również stworzenia całej bibliografii do Hoegbottońskiego przewodnika po wczesnej historii miasta Ambergris. A większości  historyków (krajowych zwłaszcza) zdałoby się u Vandermeera  przeszkolić w tej materii.

[ii] I poniżej również. A jakże.

[iii] Co też zamierzam uczynić.

Post Navigation