Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Gablotka

GABLOTKA

 

         Statek bojowy potężnych Leparów kierował się w stronę niebieskiej planety. Przemierzając bezkres przestrzeni kosmicznej miał tylko jeden cel: zdobyć panowanie nad nowym światem, wzmacniając międzygalaktyczne imperium. Jednostka B.A.R.-Icada należała do najnowocześniejszych, najlepiej wyposażonych i uzbrojonych w całej flocie. Całkowicie samowystarczalna – posiadała generatory żywności – była obsadzona załogą, w skład której wchodziło 100 tysięcy bohaterskich i doskonale wyćwiczonych wojowników. Dzięki zdobyczom genetyki inżynierowie absolutnie najlepszych lepariańskich uniwersytetów mogli powiększyć tę armię o dodatkowe tysiące. Kadłub statku pokryto pancerzem, którego nie była w stanie przeniknąć żadna z broni podbijanych światów. Jego powierzchnię wypolerowano tak  idealnie, że nawet kilka setek Potocan uzbrojonych w szczoteczki do zębów nie zrobiłoby tego lepiej. Zimny, metaliczny połysk uzupełniały niebieskie refleksy światła – to dodatkowe tarcze i deflektory. Statek miał kształt graniastosłupa i to bardzo dużego graniastosłupa, o powierzchni, na której bez problemu można by umieścić kilka osiedli mieszkaniowych. Do kadłuba przymocowano w nieregularnych odstępach wieżyczki strzelnicze – to na wypadek, gdyby komuś udało się bezpośrednio zagrozić statkowi. Oczywiście nigdy do tego nie doszło i raczej nie wydawało się to możliwe. Gdzieniegdzie sterczały, służące komunikacji podprzestrzennej, anteny. Pęd tej całej maszynerii nadawały potężne silniki umieszczone w części rufowej. Do startu i lądowania służyły natomiast silniki manewrowe, o mniejszej mocy lecz o wiele większej precyzji działania – teraz jednak milczały, czekając na chwilę inwazji. Nie ma możliwości ani potrzeby, by wymieniać wszystkie urządzenia będące na wyposażeniu B.A.R.-Icady – dość powiedzieć, że była to jednostka doskonale wyposażona i przygotowana na wszelkie możliwe sytuacje, jakie mogły mieć miejsce w trakcie misji. Wszystkie osiągnięcia lepariańskiej myśli technicznej miały dopomóc w wykonaniu głównego zadania, czyli podboju, a w razie jakiegokolwiek oporu – totalnej anihilacji przeciwnika.

         Gwiezdnym statkiem, wolno acz nieuchronnie zbliżającym się do niebieskiej planety, dowodził kapitan Naej Cul Dracip, osobnik wyglądem nie odbiegający od innych przedstawicieli swej rasy. Tym, co go wyróżniało i predestynowało do funkcji dowódcy, był jego wyjątkowy charakter. Składały się nań niewątpliwie odwaga, bohaterstwo i żądza zabijania, mordowania wrogich ras w stopniu o wiele wyższym niż u innych Leparów (choć może nie najwyższym, wtedy byłby albo prezydentem, albo przynajmniej głównodowodzącym całej armii, co w zasadzie nie ma znaczenia, bo u Leparów to to samo stanowisko – przypis ocalałego z rzezi Ziemi). Rada Najwyższa Leparów sprawująca  – pod pieczą Prezydenta oczywiście – rządy nad planetą Lepar, doskonale wiedziała co robi przekazując dowództwo najwybitniejszemu kadetowi AKW, czyli Akademii Kosmiczno Wojskowej. Dotychczasowa kariera Naeja Cula dowodziła, że wybór Rady był jak najbardziej słuszny. Kapitan bez skrupułów realizował Najważniejszą Dyrektywę, zyskując uznanie przełożonych i szacunek podkomendnych. To dzięki niemu Leparowie rozszerzyli dość znacznie swe dominia, a słowo oznaczające w języku Leparów podbój zyskało nowy synonim – Dracip. Aha, pominęliśmy pewien szczegół, może niewielki, ale dość istotny. Głowa kapitana była łysa jak kolano, co także wyróżniało go spośród innych.

I ten oto osobnik, od którego zależał los setek nieodkrytych jeszcze cywilizacji, siedział w wygodnym fotelu kapitańskiej kajuty i popijając ulubioną herbatę Lrae Yarg oddawał się rozmyślaniom. Nie, nie martwił się o powodzenie wyprawy – to jedna z niewielu rzeczy, o którą z pewnością nie musiał się martwić. Równie jak zwycięstwa pewien był tego, że nudzi się jak mops (Co za mops, do cholery – przemknęło mu przez głowę  i szybkim ruchem ręki ubił insekta). Która to w końcu wyprawa rozgrywająca się według tego samego scenariusza: setna? tysięczna? – naprawdę trudno by było zliczyć. Co za monotonia: lecimy przez pół kosmosu, lądujemy, podbijamy i odlatujemy. Zawsze to samo. A popadanie w rutynę jeszcze nikomu nie wyszło na zdrowie. Pamiętał przecież o przypadku admirała Redav’a, który z powodu błędu – rutynowego podejścia do planowanej operacji – skończył jako zamiatacz ulic. I nawet protekcja wuja, szefa sztabu admirała Oksis na niewiele się zdała.

Takie to dziwne myśli przychodziły kapitanowi do głowy. Rozejrzał się jeszcze raz po kajucie, ledwo dostrzegając tapety, którymi wyłożone były ściany. Wzór składający się z pluszowych htraejańskich misiaczków nadawał wystrojowi łagodny, swojski charakter i domową atmosferę. Ziewając powiedział: – Hohater hoaczyć! Jak można było się spodziewać, nic się nie wydarzyło. Tym razem kapitan postarał się powstrzymać od ziewania: – Komputer włączyć! – powtórzył, teraz już wyraźnie artykułując wyrazy. Niebieskie światło zamrugało i coś bipnęło. – Tak kapitanie? – grzecznie zapytał P.M.E. czyli Pokładowy Mózg Elektronowy. – Kiedy dotrzemy do celu? – spytał kapitan. Odpowiedź była natychmiastowa: – Dwa dni, pięć godzin, trzydzieści dwie minuty, szesnaście sekund, cztery…. – Dobra, dobra, już starczy – zniecierpliwił się Naej Cul.– Aha, jeszcze jedno – dodał. – Tak? – komputer nie potrafił być niegrzeczny. – Czy już… – kapitan nie skończył – albo nie. Już nic. Możesz się wyłączyć. – Zrozumiałem – P.M.E. z radością wygasił interfejs komunikacyjny, oddając się swojej ulubionej rozrywce. Innymi słowy zajął się dalszym opracowywaniem N.I.B.G.S.Ż.Z.S.O., czyli “nieskończonej ilości beznadziejnie głupich sposobów żeby zawiesić system operacyjny”. Nie było to zbyt trudne, nawet zwykły użytkownik poradziłby sobie z tym bez problemu. Zaś kapitan wstał od stołu zostawiając niedopitą herbatę (a co, adiutant też musi mieć coś z życia – pomijając oczywiście wróżenie z fusów) i ruszył w kierunku wyjścia. Zagwizdał “Nagnilk emeht” przygaszając światło w kajucie – aktualnie wyłącznik był zaprogramowany na tę melodię. Wyszedł na korytarz – drzwi zassały się za nim z cichym mlaśnięciem. – Zajrzę do szyfrantów, może mają coś ciekawego – pomyślał – i tak nie mam co robić. Wsiadł do turbowindy: – Poziom 7, sekcja F – winda ruszyła i po chwili dotarła do miejsca przeznaczenia. Metaliczny głos obwieścił: – Poziom 7, sekcja F –  i drzwi otworzyły się. Na korytarzu panowała cisza, którą zakłócał jedynie szmer pokładowej elektroniki. Żaden odgłos nie dobiegał z kabin zajmowanych przez kryptografów, nic dziwnego, ze względów bezpieczeństwa były dźwiękoszczelne. Wystukał na zamku odpowiednią kombinację cyfr i wszedł do środka. Co dziwne, tutaj też panowała cisza. – Hmm, to niepokojące – zaczął się zastanawiać – przecież szyfranty to rozrywkowe chłopaki, no i zawsze jest tu gwarno, nawet na tym korytarzu. Wszedł do pierwszego pokoju po lewej. Nikogo w nim nie było. Można było odnieść wrażenie, że załoga wyszła stąd jedynie na chwilę. Filiżanki parowały niedopitą kawą, zaś w popielniczce dymił jeszcze świeżo zapalony papieros. Na stole leżały włączone tabliczki do notowania. Krzesła stały niedbale odsunięte. W drugiej i trzeciej kabinie sytuacja wyglądała niemal identycznie. – Co za niesubordynacja! – zdenerwował się kapitan, ktoś inny na jego miejscu z pewnością postawiłby nieposłuszną załogę przed plutonem egzekucyjnym. Kapitan znał jednak swoich ludzi i wiedział, że zdarzały im się skoki w bok. Ale to co się teraz działo, to drobna przesada. Czyżby jakaś większa impreza? Bez niego?! Nie, to raczej  nieprawdopodobne. – A może porwali ich Obcy? W końcu okoliczności się zgadzają –zastanawiał się dowódca – zaraz, zaraz do cholery! W tej rzeczywistości to my jesteśmy Obcy! – zmitygował się po chwili, uniósł nerwowo rękę ku głowie, ale zlękniona tym gestem przelotna myśl ani myślała przebiegać przez kapitańską głowę. – Masz tym razem szczęście – mruknął pod nosem, ale przelotna myśl była tak przelękniona, że nawet tego nie usłyszała. Szczęście też nie miało tego szczęścia, gdyż akurat w tej chwili przebywało w innym krańcu kosmosu.  Skierował swe kroki ku największej sali, sali operacyjnej. To tutaj odbierano wszelkie przekazy i poddawano je dogłębnej analizie. Już chciał pchnąć drzwi, kiedy te nagle i niespodziewanie odskoczyły z hukiem. Naej w ostatniej chwili cofnął się, unikając przykrej niespodzianki, a jak wiadomo guz nabity na czaszce, zwłaszcza łysej, nie jest rzeczą przyjemną. Powodem zamieszania był jeden z oficerów, który wybiegł właśnie na korytarz. Wyglądał co najmniej dziwnie. Potargany, o rozbieganych oczach… i jeszcze na dodatek coś mówił. Oczywiście sam fakt, że ktoś mówi, nie jest dla nikogo zaskoczeniem, choć zdarzają się osobnicy, w których przypadku wypowiedzenie kilku sensownych słów z pewnością wprawiłoby całe otoczenie w osłupienie (i bynajmniej nie mam tu na myśli obłapiania słupa). Naej chwycił go za ramiona i stanowczym głosem zapytał: – Sierżancie, co się tutaj dzieje do cholery! (nietrudno zauważyć, że kapitan upodobał sobie zwrot do cholery, wcześniej używał sformułowania Cie choroba!, ale w końcu doszedł do wniosku, że do cholery brzmi bardziej męsko). Sierżant nadal coś mamrotał. – Co mówicie?! – kapitan nie ukrywał poirytowania. Sierżant Sirap, bo to on właśnie był tym drugim bohaterem zajścia, znowu coś niewyraźnie zabełkotał. Naej w pierwszej chwili nie zrozumiał słów, po chwili dotarło jednak do niego ich znaczenie: … dla mojego synkaaa… . Nie, to nie miało sensu. – Sierżancie Sirap! – dowódca postanowił przywołać nieszczęśnika do porządku. – A używała pani Calgonu? – spytał sierżant.  Zdumiony Naej wyjąkał: – Nnno nie… – No właśnie – z nieukrywaną troską w głosie Sirap pokiwał głową. Lecz po chwili uśmiech od ucha do ucha zakwitł na jego twarzy jak holenderski tulipan: – Dobrze, że nie wszyscy używają Calgonu, bo bym splajtował! To powiedziawszy odtrącił zdumionego dowódcę i zniknął za drzwiami sekcji – Naej usłyszał jeszcze urywek zdania Bogdan mówi bankowy... . Kapitan wszedł do sali z silnym postanowieniem wyjaśnienia wszystkiego, niestety na razie im więcej starał się rozumieć, tym bardziej był skołowany. Lecz w sali operacyjnej wcale nie było lepiej. Pięciu techników podskakiwało w przekomiczny sposób w takt radosnej muzyki. Szósty stał na stole i co chwilę deklamował: – Petit Danone prezentuje, po czym ci podskakujący zaczynali śpiewać: – Frutki, frutki, frutki… i coś tam jeszcze, o jakichś owocowych bzdurach. Po skończeniu “przedstawienia” wszystko zaczynało się od początku, i tak w kółko. Próby nawiązania kontaktu z technikami spełzły na niczym – nie reagowali na żadne wołanie.– O Najdostojniejszy! – westchnął kapitan (przy czym niewiadomo było czy to wezwanie któregoś z bóstw lepariańskich, czy też krótka samoocena) –  a ja narzekałem na nudę. Ochrona! Poziom 7, sekcja F, natychmiast! – w końcu postanowił zastosować mocniejsze środki perswazji. Lecz zanim do tego doszło, ujrzał kolejną scenę, która zmroziła mu krew w żyłach (o ile oczywiście metanol płynący w żyłach Leparów można nazwać krwią). Oto w drzwiach pojawił się dowódca sekcji kryptograficznej. Aktualnie wyglądem przypominał pingwina, choć nawet nie wiedział co to takiego. I bełkotał coś o chłopcach z naszego lodowca i lagunie. To straszne, co przytrafiło się biednemu Mikowi Yrrahowi. Zawsze rzeczowy, pełen pozytywnej energii, wyglądał teraz jak wrak… człowieka, nie, raczej kosmity (a może pingwina? – do cholery, co to jest ten pingwin?!). – Hej Mik! – wciąż miał nadzieję, że może przynajmniej on zachował resztki rozsądku – Co z tobą chłopie! – Tyluuu mężczyzn –  resztki nadziei prysły jak bańki mydlane (co to są te….. – zresztą nieważne). – Na wszystkie nity mojego statku! – Naej zaklął szpetnie – Chyba mam przereklamowaną załogę. Ale nic to – westchnął – trzeba sobie z tym wszystkim radzić –  po czym ryknął – Oooochroooonaaa!!! Podręczny komunikator zareagował buczeniem: – Słucham kapitanie – szef ochrony, major Voktu, głosem rozsądnym i jak zwykle rzeczowym zareagował na wezwanie. – Co się wami dzieje – denerwował się kapitan – wzywałem was przed chwilą… . – Ochrona już powinna być na miejscu – rzeczowo przerwał mu Voktu. I rzeczywiście – nie minęło nawet pięć minut, ba pięć minut – nawet i dziesięć nie minęło, nie minęło też pół godziny (tudzież wiele innych rzeczy też nie minęło), a szaleńców wyłapano i poddano obserwacji lekarskiej w sekcji medycznej. – Informować o postępach w badaniach – zmęczonym już głosem kapitan wydał dyspozycje szefowi służb medycznych, po czym zrealizował swój plan pójścia w objęcia Morfeusza. Nic z tego nie wyszło, Morfeusz nie był zainteresowany.

 

Myk, myk, myk – gwiezdny statek nieuchronnie mknął ku celowi swego przeznaczenia. Ciach, ciach, ciach – nieubłaganie przecinał czerń kosmicznej pustki. Kosmiczna pustka zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Łypnęła z obowiązku okiem, po czym powróciła do kontemplacji wieczności. Większość pokładów B.A.R.-Icady spowijała ciemność (co z resztą było jej ulubionym zajęciem), światła paliły się jedynie w istotnych miejscach. Trudno powiedzieć dlaczego akurat te miejsca uznano za istotne. Dowództwo tłumaczyło z reguły wybór koniecznością utrzymania bezpieczeństwa, ale i tak tajemnicą poliszynela był fakt, że używane we Glocie standardowo setki ciągnęły prąd w takiej ilości, że gdyby oświetlić wszystko, to na nic już innego energii by nie starczyło. Z tego właśnie powodu główny korytarz mógł tonąć w ciemnościach przez większość pór nocnych w miesiącu – czy też innym czymś – to zależy z jakich czymśów składał się lepariański kalendarz. Najprawdopodobniej liczba czymśów była oficjalnie zmieniana co jakiś czas – Leparianie nie lubią bowiem regularności i powtarzalności tak charakterystycznej dla większości cywilizacji wszechświata. Od tej reguły wyjątek stanowiła jedynie szklana gablotka obok kapitańskiej kajuty, gdzie wywieszono regulamin oraz – co ważniejsze – zdjęcie kapitana i listę jego bohaterskich czynów, którymi – jak ser szwajcarski dziurami – wypełniony był ten niezwykły życiorys. Gablotka była podświetlona zawsze i biada temu, który chciałby coś w tej materii zmienić. Ale zostawiając chwilowo gablotkę jej własnemu losowi powiedzieć trzeba, że taki właśnie system oświetlania był tłumaczony przez dowództwo koniecznością przeciwdziałania działalności szpiegowskiej i wywrotowej wrogich wywiadów (czasem również i zaprzyjaźnionych – może nawet częściej niż wrogich). No bo jak taki przykładowy szpieg może zaplanować swą, wywrotową i szpiegowską, działalność, skoro nie wie czy akurat korytarz, którym będzie szedł z zamiarem prowadzenia swej, wywrotowej i szpiegowskiej, działalności, albo nawet taką właśnie, swą, wywrotową i szpiegowską, działalność zechce w tymże korytarzu prowadzić, no więc jak może cokolwiek takiego zaplanować, skoro nie będzie wiedział czy akurat wtedy właśnie będzie światło czy nie. No, chyba że chciałby gablotkę… ale przecież nikt by się na coś tak strasznego i przerażającego nie odważył. W każdym bądź razie zamiary takiego szpiega zostają poważnie utrudnione, a może nawet zniweczone. Tyle o korytarzach. W kabinach, służbowych i prywatnych, światło palili jedynie ci, co musieli – pełniący nocną wachtę lub cierpiący na bezsenność. Jedną z takich osób, to znaczy z tych na służbie, był doktor Nailuj Rishab, prowadzący badania nad dziwnym zachowaniem kryptologów. Sprawa jedynie z początku wydawała się skomplikowana, w rzeczywistości była dość prosta do rozwikłania. Inna rzecz, iż przypłacił to stratą kilku asystentów. Profilaktycznie odizolowano ich od reszty załogi, bowiem dziwne objawy  dość łatwo przenosiły się na innych załogantów, zwłaszcza tych mniej inteligentnych ACHSiIZ (czyli Anonimowych Chorążych, Sierżantów i Innych Załogantów). A przecież nie da się skutecznie dowodzić (tu z wielką atencją pomyślał o swoim szanownym przełożonym) ludźmi (no dobrze: istotami, Obcymi) podzielonymi na dwa wrogie obozy, przekrzykujące się nawzajem: Margaryna! Masło!, jak to przytrafiło się asystentom. Oczywiście zawsze w takim przypadku kapitan mógłby rzucić: Masmix! i pogodzić zwaśnione strony, ale przecież nie w tym rzecz. Nie znalazł co prawda jeszcze skutecznego antidotum na chorobę, ale wiedział przynajmniej jak bronić się przed tą… tą… no bronią. Tak, bo tylko broń mogła być tak okrutna i bezwzględna w działaniu. I tylko istoty (no dobrze: ludzie) nie posiadające żadnych świętości, będące potworami mogły coś takiego wymyślić. Dobrze że zostaną zmieceni jak kupa liści z powierzchni swej plugawej planety! Doktor wyłączył urządzenie badawcze, jeszcze raz spojrzał na wyniki swych prac. Jak tylko kapitan się obudzi, dowie się o powodzeniu badań! Na myśl o awansie albo podwyżce zadrżał radośnie (w końcu dodatkowe centymetry wzrostu piechotą nie chodzą – nie jeżdżą także koleją, ale o tym doktor nie wiedział), kapitan będzie zadowolony, na pewno będzie… .

Naej ziewnął przeciągle. Spodobało mu się, powtórzył ziewnięcie. Spojrzał na zegarek, no, w każdym razie na coś co na jego planecie służy do odmierzania czasu, czy też czegoś w tym stylu (wspomnianych już czymśów). Zaraz wpadnie mama, każe wstawać i iść do szkoły (czy czegoś w tym stylu). A pierwsza lekcja to znienawidzona fizyka. Bueee! – Eeee tam, i tak się urwę… –  pomyślał – w sumie i tak będę miał pałę z fizy. – Jeszcze pięć minut – wymamrotał, słysząc natarczywe pukanie do drzwi. – Ależ panie kapitanie! Pół godziny temu mówił pan to samo – do Naeja powoli docierał fakt, że już od dawna nie jest uczniem i że dowodzi… – Shultz! – wrzasnął oprzytomniawszy do końca – Shultz! Szybko do mnie. Naej wcisnął przycisk zwalniający elektroniczny zamek do kajuty. Do środka wpadł osobisty adiutant Naeja.

– Dlaczego mnie w porę nie obudziłeś – zapytał kapitan z wyrzutem. Shultz chwycił wyrzucony przez kapitana przedmiot i odstawił go bezpiecznie na nocny stolik. – Ależ kapitanie, przecież –  usiłował się bronić. – No dobrze – kapitan przerwał mu w pół słowa – przeprosiny przyjęte. Shultz zamilkł rezygnując z dokończenia swej kwestii. Doskonale wiedział, że dyskusje z kapitanem z reguły do niczego nie prowadzą, a w zasadzie do niczego dobrego – bo tydzień odosobnienia w ciasnej celi, o suchym pysku, to przecież nic dobrego. Zrezygnowany, poprzestał więc na podaniu kapitanowi filiżanki herbaty Lrae Yarg. – Nno! Teraz to rozumiem – zadowolonym głosem powiedział Naej – Nie ma to jak zapach świeżo parzonej herbaty o poranku. Shultz z rezygnacją spoglądał na swego przełożonego. Co ranka to samo, dokładnie ten sam scenariusz. Na szczęście po powrocie z misji czeka go wiele (tak wiele, że aż trudno zliczyć) miesięcy urlopu do wykorzystania. Może nawet mały awans (w końcu przydadzą się dodatkowe centymetry wzrostu, no nie?). A potem może… . – Shultz! –brutalny okrzyk kapitana ściągnął Shultza na ziemię – znowu bujasz w obłokach, wiesz co dzieje się z takimi co bujają w… . Shultz nie chciał wiedzieć. Adiutant zapominając o tysiącach marsjańskich pierogów, które zamierzał zeżreć na urlopie, rzekł więc z pewną, taką – oczywiście udawaną – nieśmiałością w głosie: – Ależ gdzieżbym śmiał panie kapitanie! – To dobrze Shultz, bardzo dobrze – Naej zdawał się mieć już teraz całkiem wyśmienity humor – A z budzeniem, żeby mi to było ostatni raz. Zrozumiano?! – Taak jeeest! – z udawanym entuzjazmem odkrzyknął adiutant, zdając sobie sprawę, że identyczna historia powtórzy się jeszcze nie raz. – Odmaszerować – zakomenderował Naej. Gdy adiutant wyszedł, kapitan zagłębił się w raportach z ostatniej nocy. Potem zaś dopiął na ostatni guzik swój służbowy mundur i rozkład zajęć na następną dobę.

Atom – elektrony, protony, neutron, a także niewiadomo jeszcze jakie cholerstwo. Atom – niedostrzegalna ludzkim (ani istocim) okiem materia. Atom, a takoż bliżej nieokreślona ilość podobnych mu atomów, sióstr i braci, wchodzi w skład cząstek. Te zaś tworzą przeróżne związki, trwałe i nietrwałe, umownie nazywane pierwiastkami. Gdzieś, kiedyś, nikt już nie pamięta kiedy, przypuszczalnie w czasie zbliżonym do początku wszechrzeczy, pierwiastki na pierwszej wszechświatowej konferencji zawarły porozumienie, na mocy którego zaczęły tworzyć co tylko popadło. Stworzyły więc organizmy żywe i nieżywe, wszystko co można sobie wyobrazić i to wszystko czego nie można. Inna rzecz, że nie zawsze szczęśliwie wcielały w życie swe zamierzenia, czego dowodem są takie kwiatki jak mój kot, który oczywiście nie jest kwiatkiem tylko zwierz… (a w ogóle to lepiej nie pytać). Niektórzy uczeni kreatywną rolę przypisują samym atomom, jeszcze inni pozostałym cholerstwom – nie to jest jednak tutaj istotne. Ważny jest natomiast fakt, że niektóre z nich wpadły na pomysł  stworzenia substancji, z której powstał stół, znajdujący się w pewnej kabinie, pewnego statku kosmicznego. Traf chciał, że tym pewnym statkiem był właśnie B.A.R.-Icada. Najważniejsze jest jednak to, że cząsteczki materii tworzącej ów pojazd kosmiczny dobrze się ze sobą dogadywały, dzięki czemu nie doszło do żadnej tragedii, nic nie wybuchło, nie eksplodowało i nie rozpadło się na setki kawałków. Bo jeśli nie wiecie, to właśnie owa niezgodność międzycząsteczkowa jest przyczyną wszelkich katastrof, kosmicznych spektakli takich jak wybuchy supernowych. Niektóre cywilizacje, uważające się za sprytne i cwane, wpadały na różne pomysły co do wykorzystania wrodzonej i naturalnej skłonności cząsteczek do kłótni. Co ciekawe, były to niewesołe wynalazki w stylu eksplodujących lasek dynamitu, prochu czy też materiałów rozszczepialnych, od maleńkości trenowanych w kierunku reakcji łańcuchowych. Nie wiedzieć czemu  rzeczone cywilizacje wprost nie mogły się obyć bez testowania tych wynalazków na sobie. Teraz przynajmniej wiecie dlaczego już nie ma tak wielu, jak kiedyś, cywilizacji, choć nadal odkrywcy i kandydaci do tworzenia gwiezdnych imperiów mają dość spory wybór. Proszę więc się spieszyć, bo … , ale wracając do tematu: stół stał w dużym pomieszczeniu zwanym przez załogę peomem – peo (czyt. Peło) to inaczej Pokój Operacyjny. Tutaj miały miejsce bewueny, czyli Bardzo Ważne Narady (BWN), wueny (Ważne Narady) i zumawueny (Zupełnie Mało Ważne Narady), zwane też inaczej Spokami – spotkaniami okolicznościowymi (SO). Impreza odbywająca się akurat tego dnia należała do kategorii BWN. Nie należy się więc dziwić, że pojawiły się z tej okazji wszystkie, mające coś do powiedzenia osoby. Oczywiście, że nie chodzi tu o każdego, kto tylko umie się w jakiś sposób wysłowić, bo wtedy lista obecności obejmowałaby wszystkich z wyjątkiem mechaników (ci bowiem opracowali własny system komunikacji pozawerbalnej), ale o tych wszystkich, z których to zdaniem ktoś – mniej lub bardziej ważny – musiał się liczyć. Co ciekawe, im ktoś taki wyższe zajmował stanowisko, tym mniej musiał przykładać się do sensowności swych wypowiedzi. Spotkanie o którym mówimy, zaszczycili więc swą obecnością: kapitan Naej Cul Dracip – dowódca całej tej menażerii (menażeria – to lepariańska nazwa najmniejszej  komórki organizacyjnej wchodzącej w skład Flor St(r)eet, czyli Fiezdnej Gloty) wraz z nieodłączną życiową towarzyszką Lrae Yarg, czyli kapitańską herbatą, pierwszy oficer Rekir i drugi pierwszy oficer Yatokech. Interesujący fakt: Leparianie dublowali wszystkie stanowiska oficerskie na wypadek niedyspozycji któregoś z oficerów. Nie dublowano jedynie stanowiska głównodowodzącego, a to dlatego, że statki lepariańskie nie były gotowe na transport podwójnej ilości herbaty. Dawniej bywało zupełnie inaczej, ale wszystko zmieniło się po incydencie, w trakcie którego pewien lepariański niszczyciel zmuszony był ostrzeliwać przeciwnika herbatą, której było pod dostatkiem, w odróżnieniu od energii niezbędnej do funkcjonowania układów bojowych.

Nikogo więc zapewne nie zdziwi fakt, że pojawili się również dwaj drudzy oficerowie, dwaj trzeci, dwaj czwarci i … tak aż do 127. Nie będziemy ich oczywiście wszystkich wymieniać z nazwiska, nie będziemy ich też wymieniać z imienia, jako że byłaby to bardzo obszerna lista. Zainteresowanych odsyłam do lepariańskich archiwów, tam wszystkie informacje są ogólnodostępne (pod warunkiem, że ich nie utajniono – ale nawet wtedy, co za problem odczekać 267 lat na ich odtajnienie), zaś zaniepokojonych faktem, że w ten sposób niektórzy bohaterowie tej opowieści pozostaną anonimowi, uspokajam: każdy kto odgrywa tu jakąś istotną rolę, zostanie wymieniony, tak jak powinien. Było też obecne dowództwo sekcji medycznej, z  doktorem Nailujem Rishabem, dowództwo pionu naukowego i główny kucharz statku. Do tego jeszcze obsługa techniczna – opieka komputerów, nadzorcy projektorów i holoprojektorów, technicy od nagłośnienia i facet z wytwórni płytowej. W sali panowała nieopisana wrzawa, obecni starali się przekazać sobie jak najwięcej ostatnich plotek zanim rozpocznie się BWN, choć nie oszukujmy się, głównym tematem był wynik finałowego meczu lepariańskiej ligi baej. Transmisja z meczu właśnie wczoraj dotarła z Leparu na B.A.R.-Icadę, tak więc choć sam mecz odbył się trzy lata temu, to dla załogi oddalonej od domu o całe lata świetlne był rozrywką nieustannie aktualną. A to, czego dokonał rozgrywający Ebedasilo, było tak niezwykłe, że przez wiele jeszcze sezonów będzie na ustach kibiców. Nie tylko w przenośni – na Leparze słynnych zawodników przerabiano na konserwy. Naej siedział na honorowym miejscu i siorbiąc z filiżanki herbatę spoglądał na siedzących po obu stronach stołu podwładnych. Wiedział, że muszą się wyszumieć jak te wierzby (znowu się zaczyna – co to są te wierz…), potem w trakcie narady będzie przynajmniej spokój. Spojrzał na zegarek – czyli na urządzenie do mierzenia czymśów i uznał, że już najwyższy czas. Wstał, wziął do ręki łyżeczkę i stuknął kilka razy o brzeg, teraz już niepełnej, herbacianej filiżanki. Dźwięk, który zawisł w powietrzu wskutek tej czynności nie był ani głośny, ani tym bardziej przenikliwy – mimo to wszyscy obecni zamilkli w jednej chwili. Mało tego, zamilkli też wszyscy nieobecni, a także część urządzeń na statku. Taką siłę miało słynne filiżankowe brzęknięcie Naeja! Umilkły też zlęknione silniki, ale po chwili ruszyły pieszczotliwie uspokojone przez mechaników, którzy sami musieli najpierw błyskawicznie opanować drżenie rąk, spowodowane kapitańskim sygnałem. Tym niemniej nikt spośród zgromadzonych na naradzie nie zauważył, że statek na moment zatrzymał się – wszyscy byli zbyt przejęci tym, co miało zdarzyć się za chwilę. Naej zadowolony z piorunującego wrażenia, jakie wywarł na swych podwładnych uśmiechnął się, nie tylko w duchu. Zadzwonił w filiżankę jeszcze, tym razem jedynie dla własnej satysfakcji – jak on kochał ten dźwięk! Po czym wstał, rozejrzał się po twarzach obecnych i zagaił: – Wszyscy wiecie, że jest to ostatnia narada przed rozpoczęciem naszej inwazji. Szmer aprobaty przeszedł po sali, przeszedł, po czym schował się pod szafką naprzeciwko drzwi. – Czas więc na ostateczne – tu kapitan zawiesił głos, głos kołysał się równomiernie na sznurku przywiązanym do żyrandola –wyjaśnienie kilku pilnych spraw. Szmer wypełzł spod szafki i ruszył w kierunku stołu. Kapitan wyraźnie delektował się wypowiadanymi słowami: – A więc moi drodzy…

* Z * A * C * I * E * M * N * I * E * N * I * E *

(czyli taki efekt jak w filmie, że ekran gaśnie na kilka sekund, po czym następuje kontynuacja sceny, albo następna scena; oczywiście z przyczyn technicznych nie możecie go zobaczyć,  ja owszem, mógłbym, gdyż piszę na komputerze i wyłączyć monitor to żaden problem, miałbym tylko niestety małe kłopoty z pisaniem, ale co tam!)

– O kur***! – z ciemności międzyscenowej dało się słyszeć cieniutki głosik. To szmer, zaskoczony nagłym zaciemnieniem, wyrżnął łepetynką w nogę od stołu. – No nie, o w mordę, o nie! – zaczął się bulwersować – ja w takich warunkach nie pracuję. I miał rację, ale tylko pod tym względem, że rzeczywiście stłukł sobie (przepraszam za zwrot) mordę. Natomiast to, czy pracuje czy nie i w jakich warunkach, nie jemu o tym decydować. Tu mnie trochę wkurzył, ale pozwólcie że załatwię to po swojemu. Później. I tyle.

 

* P * O* * Z * A * C * I * E * M * N * I * E * N * I * U *

 

… nie mogę się zgodzić z oficerem Rekirem! – bulwersował się st. sierż. Adeprot –zdecydowanie nie mogę, Panie Kapitanie! Tu skłonił się z szacunkiem unikając wzroku Rekira. Naej siedział zasępiony i wsparłszy brodę na ręce coś wnikliwie rozsądzał w myślach. Pozostali zgromadzeni oczekiwali w milczeniu, jak zareaguje na te słowa ich dowódca. W końcu Naej powiedział: – Hmmm, gdyby się nad tym zastanowić, może się okazać, że sierżant Adeprot ma rację. Może więc Ebedasilo to nasz najlepszy rozgrywający od czasu Keinoba. Sala momentalnie zawrzała. Ktoś w jednej chwili zerwał się z krzesła i przykręcił nieco klimatyzację. Wyraz ulgi…

* Z * A * C * I * E * M * N * I * E * N * I * E *

(przeprasza państwa bardzo, to już się więcej nie powtórzy; to wszystko przez tego szmera – tak mnie gość zdenerwował, że za szybko wyszedłem z zaciemnienia)

Raz!

Dwa!

Trzy!

I teraz:

* P * O* * Z * A * C * I * E * M * N * I * E * N * I * U *

(Uff! Teraz wyszło)

         – Kończąc dzisiejszą BWN, ostatnie nasze spotkanie przed jutrzejszym dniem chwały i zwycięstwa – mówił kapitan – chciałbym raz jeszcze podziękować wszystkim, którzy tak wiele własnego wysiłku i poświęcenia włożyli w ten kolejny triumf Leparu. Raz jeszcze chciałbym gorąco podziękować doktorowi Rishabowi, bez którego badań nie bylibyśmy sobie w stanie poradzić z potężną bronią, której ofiarą padła niedawno część załogi. Zaraz po powrocie na naszą rodzinną planetę przedstawię dowództwu wniosek o awans i nominację do wyższego stopnia, doktorze (o ile nie polegnie pan przypadkiem, podkreślam: przypadkiem, bohatersko oczywiście na polu bitwy)! – słysząc to doktor, wyraźnie pokraśniał z radości (poza tym wciąż szwankowała klimatyzacja) – Lepar może być dumny, że doczekał się takiego syna! Rishab cieszył się jak dziecko, oto wreszcie jego marzenia stawały się rzeczywistością. Nie myślał nawet o tym, że miał 75 procent szans na polegnięcie bohaterskie w trakcie inwazji. Ot, Leparianie… . – Rozejdźcie się więc teraz do swych sekcji i przekażcie ludziom (vel Obcym, vel Alienom) czego oczekuje od nich kapitan  – to ja gdyby ktoś zapomniał – i Lepar – to ta planeta z której pochodzimy. I nie zapominajcie, że słowa które im przekażecie, odnoszą się również do was samych. Ojczyzna was wzywa, nie każcie jej czekać! – wykrzyknął z pasją stare, lepariańskie hasło bojowe, dając tym samym znak, że BWN oficjalnie została zakończona. Wszyscy jak jeden mąż wstali na te słowa i czekali, aż kapitan wraz z filiżanką Lrae Yarg opuści salę. Gdy tylko to zrobił, kilkaset osób rzuciło się w kierunku wyjścia oddając się niezdrowej rywalizacji pt.: “kto pierwszy przejdzie przez drzwi”. Wynikało to z tego, że ten kto zostawał ostatni musiał pozmywać po wszystkich naczynia. Jak zwykle nikt się do tego nie kwapił. Drzwi tradycyjnie trzeba było wymienić.

– Włączyć maskowanie! – padła komenda. Padła i już się nie podniosła. Została jednak szybko podniesiona i podana dalej. Któryś z oficerów wcisnął odpowiedni guzik i zafurgotało, zaświergotało, a także z cicha jęknęło. Maszyny posłusznie wykonały rozkaz. Naej z niepokojem wpatrywał się w świecące monitory. Wiedział, że nie było to tylko standardowe lepariańskie maskowanie jakiego używano w trakcie inwazji. Sekcja techniczna opracowała konieczne modyfikacje kierując się wskazówkami doktora Rishaba. Dzięki nim na statek nie miały prawa wedrzeć się złowrogie i zabójcze fale emitowane przez barbarzyńską ludność planety. Ponadto zmodyfikowane maskowanie chroniło B.A.R.-Icadę przed wszelakimi promieniami, których zapewne używano w tym świecie do wykrywania ruchu w kosmosie. Właśnie mijali jeden z wytworów tej podstępnej cywilizacji. Był to obiekt o kilka setek razy większy od B.A.R.-Icady,  który jak wykazały badania, orbitował wokół planety. W najbliższej okolicy wykryto kilkanaście podobnych obiektów, większych i mniejszych. Wszystkie wyposażono w urządzenia nadawcze niewyobrażalnie wielkiej mocy. Prawdopodobnie to właśnie wyjaśniało brak życia na sąsiednich planetach. Najszybciej zginęli ci nieszczęśnicy z najbliższej planety o czerwonej powierzchni. Nie mieli żadnych szans w zetknięciu z niewidzialną śmiercią nadchodzącą z kosmosu. Wszystko to oczywiście hipoteza lepariańskich naukowców, nietrudno jednak wyobrazić sobie tysięcy mieszkańców, biegających bezcelowo i bezładnie, wykrzykujących np. Moja babiczka pohazi z Chrzanowa, nie dbających o zdobycie pożywienia, porzucających swe domy i miejsca pracy. Okropność! Ci, którym udało się przeżyć pierwszą fazę ataku, wegetowali gdzieś tam samotnie. Ich los był jeszcze bardziej okrutny – badania dowiodły, że długotrwałe przebywanie w zasięgu fal działa degradująco na każdy umysł. I nie chodzi tu bynajmniej o fizyczne właściwości owych fal, a raczej o jakiś przekaz z nich płynący. Jaki, tego jeszcze nie stwierdzono (zresztą, jaki w kosmosie? Chyba w Tybecie, nie? [jak (bos grunniens), ssak z rodziny pustorożców; wys. w kłębie do 1,9 m, włosy długie, brunatnoczarniawe; Tybet; udomowiony i hodowany w środkowej Azji, jako zwierzę pociągowe, nadto dla mleka, skóry i mięsa. “Leksykon PWN” Warszawa 1972]). W każdym razie całą załogę profilaktycznie przebadano, gdy tylko Naej zapoznał się z wnioskami naukowców. Nie stwierdzono, przynajmniej na razie, żadnych negatywnych zmian – istniała jednak możliwość, że mogą wyjść one na jaw w późniejszym czasie. Naej utwierdził się przy okazji w przekonaniu, że zdradziecką cywilizację należy podbić, i to nie tylko ze względu na interes Leparów, ale dla dobra całego kosmosu (choć w zasadzie dla Leparów ich interes był równoważny z dobrem całego kosmosu). Podobnie uważała też załoga B.A.R.-Icady. I dobrze.

Tymczasem statek ominął w końcu gigantyczny obiekt i wyglądało na to, że nie zostali wykryci. – Kapitanie – zameldował chorąży – nie zostaliśmy wykryci. Wszyscy zgromadzeni na mostku zaczęli wiwatować i padać sobie w objęcia. Wrzawa nieopisana.  – Ciszaaa! – wrzasnął Naej. Umilkli jak nożem uciął. A Jak Nożem Uciął nic nie mówił, bo nie chciał. Kapitan doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to dopiero początek trudnej drogi.

Statkiem szarpnęło, zadziałały kompensatory ruchu i na szczęście nikomu z obsady mostka nic się nie stało. Turbulencje ustały po chwili, włączyły się silniki hamujące, zadziałały żyroskopy wyrównujące lot statku. Zaczęli wchodzić w atmosferę. Jej górne, rozrzedzone warstwy nie stawiały dużego oporu B.A.R.-Icadzie, dopiero po chwili warstwa zewnętrzna kadłuba zaczęła żarzyć się na coraz to bardziej jaskrawo. Na szczęście płomieni nie mógł dojrzeć przypadkowy obserwator z zewnątrz, maskowanie skutecznie niwelowało taką możliwość.

Po chwili, na wysokości warstwy chmur, statek wyrównał lot i zwolnił prędkość. Przyszedł czas, by wreszcie wykazały się silniki manewrowe. Wszystko przebiegało więc zgodnie z planem, ba nawet lepiej. Chyba nawet aż za bardzo spokojnie. Naej nerwowo otarł chusteczką spocone czoło i siorbnął z filiżanki Lrae Yarga. No, żeby nie było żadnego oporu, czegoś takiego Naej nie pamiętał. Albo mamy tak dobre maskowanie, albo teraz nas ignorują, by zaatakować potężną bronią naziemną dopiero wtedy gdy będziemy lądować. Co prawda wrogie obiekty pojawiły się zaraz po wejściu w atmosferę, ale były jakieś takie… dziwne. Różnej wielkości – zbliżone rozmiarami do B.A.R.-Icady, ale i mniejsze i nieco mniejsze. Kolorystyka? Przeróżne: czarne, zielone, niebieskie, w pasy żółto-czarne, i inne. Do poruszania używały te pojazdy jakiegoś anachronicznego napędu, mechanicznych skrzydeł napędzanych nieznaną energią. Wydawały przy tym często buczący odgłos, w różnych tonacjach – przypominający bzzz. Naej po analizie sytuacji doszedł do wniosku, że to jednostki cywilne: pasażerskie i transportowe. Sensory nie wykazywały bowiem obecności jakichkolwiek systemów uzbrojenia. Oczywiście sensory mogły się mylić, zwłaszcza gdy wróg używał broni wykonanej w technologii zupełnie na Leparze nieznanej. Z tego właśnie powodu na wszystkich pokładach ogłoszono najwyższy, czerwony alarm i cała załoga tkwiła w pełnej gotowości na swych posterunkach.

Następnie dostrzeżono z pokładu B.A.R.-Icady kolejne przejawy wrogiej cywilizacji – były to także obiekty latające, raczej cywilne. Naej doszedł do wniosku, że to statki bazy. Widział bowiem, że te małe bzyczące lądowały wewnątrz tych dużych, wlatując do nich przez specjalne otwory umieszczone na przodzie. Trochę go dziwiło, że nie widział przy tej okazji żadnych jednostek startujących, ale zdawał sobie sprawę, że jego lepariańskie zmysły mogły z przejęcia czegoś nie zarejestrować (ale nie przejmował się tym, bowiem wszystko było rejestrowane przez aparaturę rejestrującą i dogłębnie analizowane w lepariańskich laboratoriach – nie było więc fizycznej możliwości, że jakiś istotny szczegół przemknie się niezauważony). Dostrzegł, że te duże – statki–matki – miały nieco inną konstrukcję, tych no, skrzydeł. Oporu wciąż nie napotkano, wróg nadal ich ignorował (albo nie zauważał), tymczasem nerwowość Naeja zaczęła udzielać się załodze, a to mogło zakończyć się fatalnie. By temu zapobiec kapitan postanowił działać. – Wykonać plan ZS7436HJ – zakomenderował. Załoga odetchnęła z ulgą, wreszcie koniec ponurej bezczynności. Wyjaśnić należy, że plan  ZS7436HJ, to ni mniej, ni więcej założenie taktyczne polegające na budowie bazy naziemnej, uruchomieniu własnych źródeł energii i produkcji wszelkiego rodzaju jednostek bojowych, od żołnierzy aż do maszyn. I założenie plantacji herbaty.

Minęło akurat tyle czasu ile było konieczne, i B.A.R.-Icada zaczęła podchodzić do lądowania. Lądowisko było położone wśród olbrzymich, jak domyślił się Naej, roślin. Rośliny te były tak niebotycznie wysokie, że przewyższały wszystkie najwyższe szczyty na Leparze. W zasadzie gdyby nie analiza kodu genetycznego nigdy by się nie domyślił, że to rośliny. Te rozmiary… . Wiele innych rzeczy budziło niekłamany podziw kapitana i jego załogi. Po szczegóły odsyłam, tradycyjnie, do materiałów w LAP (Lepariańskim Archiwum Państwowym) albo do Discovery.

Statek powoli i systematycznie, wspierany przez silniki manewrowe, manewrowo-hamujące, hamująco-manewrowe i hamujące, wytracał wysokość. Powierzchnia planety zbliżała się nieubłaganie (no, nie chciała się za nic w świecie ubłagać). B.A.R.-Icada w końcu nieśmiało dotknęła powierzchni, by po chwili osiąść na niej śmiało i pewnie. Silniki mruknęły jeszcze raz, po czym automatycznie wyłączyły się. A więc udało się – w końcu wylądowali. Załoga promieniowała, nie, nie była radioaktywna, promieniowała ze szczęścia. Kapitan był dumny z siebie i wiernej załogi, choć z siebie bardziej. – Do dzieła panowie! – zaczął kapitan – Wiedzcie, że to wielkopomna chwila dla całej… – nie skończył, bo rozległ się przeraźliwy dźwięk dzwonka alarmowego. – Co do jasnej – znowu nie skończył, bo tym razem przerwał mu chorąży. – Jakaś olbrzymia góra sunie z olbrzymią prędkością prosto na… – i to był trzeci przypadek, gdy ktoś nie skończył kwestii (stan meczu: kapitan – 2, załoga -1). Przeraźliwy huk zdawał się przenikać wszystko wokół. Na przeraźliwy huk składały się zaś między innymi: trzask metalowych poszyć kadłuba, dźwięki wydawane przez inne materiały o bliżej nieokreślonej strukturze, z których zbudowano statek, a także wszelkiego rodzaju odgłosy apokaliptyczne. Wreszcie powietrze przeszył brzęk tłuczonego fajansu, to ostatnie tchnienie wydała z siebie kapitańska filiżanka na herbatę. Kapitan już tego nie usłyszał, stracił przytomność i ogarnęła go ciemność. Wcześniej statkiem targnęła seria eksplozji, w wyniku których na wielu pokładach wybuchły lokalne pożary, a z uszkodzonych instalacji posypały się snopy iskier. Pozbawione energii komputery wydały swe ostatnie bitowe tchnienie. Najważniejszy z nich P.M.E. zdołał jeszcze raz, ostani już raz, zawiesić system operacyjny w bardzo głupi sposób. – Jaki piękny niebieski ekran – zdążył zauważyć, zanim przegrzał mu się procesor. Wszystko ucichło i zapanował mrok. Statek kosmiczny B.A.R.-Icada przestał istnieć. W jednej chwili. Na zawsze. Pokonała go Ziemia.

* * *

– Cholera! – zaklął Waldi – Znowu rozdeptałem ślimaka! Nie był z tego powodu zadowolony. Niestety, wczesna pora jaką wybrał na bieganie, mimo wielu plusów do jakich z pewnością zaliczyć można brak pętających się wszędzie spacerowiczów, miała jeden minus: na opustoszałe alejki wpełzały ślimaki. Akurat im też odpowiadał  ranek; bo kiedyż indziej uprawiać jogging jak nie wtedy, gdy są duże szanse na nierozdeptanie. Waldiego ślimaki znały, ale starały się go omijać szerokim łukiem – chociaż z powodu rozwijanej na prostych prędkości nie zawsze im to wychodziło. Waldi również starał się nie wpadać na ślimaki, ale czasem mu to nie wychodziło. Teraz zatrzymał się zniesmaczony i obejrzał za siebie. Ze zdumieniem i radością stwierdził, że rozdeptał tylko jakieś śmieszne (plastikowe?) pudełko. – A więc to nie ślimak! –wrzasnął radośnie i ruszył gazem przed siebie, a ponieważ był na zakręcie alejki władował się na drzewo. Nie zwrócił uwagi, że z pudełka – jak sądził – coś wysyłało błyski. Gdyby był uważny, miał dobre oko (a nie miał, bo wpadł na drzewo), a jeszcze lepiej mikroskop, z pewnością zauważyłby, że była to mała, podświetlona gablotka.

4 thoughts on “Gablotka

  1. Eodum on said:

    *oddaje się zasłużonej lekturze pełnej uwielbienia*

  2. Pingback: Witaj Australio! | Gabinet Osobliwości

  3. Pingback: Tym razem to nie film… | Gabinet Osobliwości

  4. Pingback: Ślimak, który dał nogę (chociaż ma tylko jedną…) | Gabinet Osobliwości

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: