Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the month “Lipiec, 2012”

Krwawa środa

Po kilku godzinach przeprowadzono nas na rynek i przy stoliku, przy którym siedziało kilku niemieckich funkcjonariuszy, poddano nas legitymowaniu sprawdzając, tzw. „palcówki”. Potem kazano nam leżeć twarzą do bruku, a za każdy niebaczny ruch Niemcy bili i kopali Polaków.

Feliks Kiryk, Ryszard Kołodziejczyk: Dzieje Olkusza i regionu olkuskiego t.2. Warszawa-Kraków: PWN, 1975, s. 174-177.

Krwawa środa w Olkuszu – rok 1940. Zdjęcie dostępne jako public domain,

31 lipca 1940 roku, w Olkuszu, doszło do wydarzeń określanych mianem „krwawej środy”. Niemcy przeprowadzili akcję pacyfikacyjną w odwecie za zastrzelenie niemieckiego żandarma, Ernesta Kaddatza. Zabójstwo nie miało jednak charakteru politycznego – Kaddatz został zastrzelony przez włamywacza w jednym z olkuskich domów. Już 16 lipca „prewencyjnie” rozstrzelano 20 Polaków, jednak właściwa akcja pacyfikacyjna rozpoczęła się 31 lipca, kiedy to do miasta przybyła specjalna, złożona z niemieckich żandarmów, gestapowców i żołnierzy Wehrmachtu,  ekspedycja karna. Z domów wywleczono wszystkich mężczyzn w wieku od 15 do 55 lat i spędzono ich na rynek i pobliskie place. Tam, przez kilka godzin, byli poddawani brutalnym i sadystycznym torturom. Ofiary były bite, maltretowane i upokarzane na różne sposoby. Grupa Polaków została zmuszona  do śpiewania hymnu narodowego i maszerowania z biało-czerwonym sztandarem – w trakcie pochodu byli bici, poniżani i…fotografowani. Szczególne upodobanie znaleźli Niemcy w znęcaniu się nad olkuskimi Żydami, którym kazali  m.in. rzucać do siebie ogromny kamień o ostrych brzegach, przez co najzwyczajniej w świecie kaleczyli sobie dłonie.

Leżeliśmy twarzą do ziemi. Ręce założone z tyłu. Twarz musiała być podparta nosem o ziemię. Jeśli któryś z mężczyzn kładł na ziemi policzki – Niemiec kopnięciem w głowę lub wprost w twarz przywracał go do porządku. Przyprowadzono partię Żydów. Poczęto znęcać się nad nimi w tak okrutny sposób, że pióro najzdolniejszego pisarza nie byłoby w stanie odtworzyć tych bestialskich zbrodni.

Wspomnienia Henryka Osucha za: Dzieje Olkusza.., op.cit.. s. 176-177.

Zamordowano również  Żyda Majera (obywatela Stanów Zjednoczonych) oraz pracującego w olkuskim magistracie, 25-letniego Tadeusza Lupę – został on zastrzelony podczas próby ucieczki. Jego ciało zawisło na płocie miejskiego ogrodu, jako ostrzeżenie dla innych. Dziesięć dni później zmarł z wyczerpania ksiądz kanonik Piotr Mączka. Natomiast 12 ciężko skatowanych mężczyzn Niemcy wywieźli  do więzienia w Sosnowcu.

Rabin Mosze Hagerman w otoczeniu niemieckich żołnierzy. Niemcy, jak widać, bawią się bardzo dobrze…, Jako miejsce wykonania podano Lwów, jednak naoczni świadkowie stwierdzili, że zdjęcie zrobiono w czasie „krwawej środy”. Bundesarchiv, Bild 146-1975-073-02 / CC-BY-SA – zdjęcie udostępnione na licencji „Creative Commons Uznanie autorstwa”.

Tradycyjną niemiecką rozrywkę, cywilizowaną i świadczącą o wyższości kulturowej rasy germańskiej nad innymi dostarczyli tym razem:

1. landrat Heinrich Groll;

2. Ortsgruppenleiter NSDAP w Olkuszu dr Karol Pokorny;

3. okupacyjny burmistrz Rudolf Skaletz

4. oraz miejscowy komendant żandarmerii (nieznany mi z nazwiska).

31 lipca 1649 wojska litewskie dowodzone przez Janusza Radziwiłła rozbiły pod Łojowem znacznie liczniejsze siły kozackie Stiepana Podobajły i Stanisława Krzeczowskiego.

POST SCRIPTUM:

Sprawa „krwawej środy” znalazła niespodziewanie ciąg dalszy na stronie żydowskiego instytutu Yad Vashem. Według Żydów jedynymi ofiarami opisanej akcji pacyfikacyjnej byli tylko i wyłącznie… Żydzi. Na stronie Yad Vashem nie ma też ani słowa o Polakach, którzy ucierpieli we wspomnianych wypadkach ani o przyczynach całej akcji. To tak jakby po okupowanej Polsce jeździł sobie, od miasta do miasta, tajemniczy oddział policji niemieckiej specjalizujący się w znęcaniu się nad Żydami. Prossszę…  A ksiądz kanonik Mączka też był Żydem?!

A kto doceni trud szambiarza…

… ja się pytam pana, panie młodszy Pietrasiewiczu? A trud osób zbierających pety z chodników? A plujących śliną na ziemię?

To że panu złomiarze kojarzą się z menelami, to tylko i wyłącznie pański problem. Nie wiem czy to wystarczający powód by zaśmiecać plac przed ratuszem. Z drugiej strony to i tak tylko ratusz – tej części miasta nie jest w stanie nic bardziej zaszkodzić…

Źródło: mmlublin.pl

Podejrzany czy nie? AKTUALIZACJA!!!

Teraz już chyba wiadomo, że podejrzany. Dla mnie jest jednak podejrzane, dlaczego autor tej notki podejrzewał lepiej od rzecznika prasowego KWP Janusza Wójtowicza, które wtedy jeszcze nie podejrzewał?

Gdy minęło następne pół godziny, dziennikarz GwL zrozumiał słowo, którego nie zrozumiał za pierwszym razem:

 

 

A może to pan rzecznik plącze się w zeznaniach?

Źródło: lublin.gazeta.pl

200!

Więc się w Gabinecie bardzo cieszymy i z tej radości z cicha nucimy:

…chociaż to luksus, ale stwierdził że, czas najwyższy mieć już wrogów…

Czy ja w ogóle muszę tłumaczyć, dlaczego ta piosenka się mi podoba i trafia do „Śpiewnika”?

Ballada o siedmiu nożach

Lis(t) od Kluski

Przewodnik Katolicki 1933 nr 20. Egzemplarz z zasobów Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej.

 

Teraz skupcie się psubraty…

… bo ważniejsze padną daty:

w roku 1794 wojska powstańcze pod Sałatami pokonały armię rosyjską – 600 ludzi dowodzonych przez generała Romualda Giedroycia rozbiło siły liczące około 3 tysięcy ludzi, na czele których stał książę Siergiej Fedorowicz Golicyn.

W roku 1939 w swój dziewiczy rejs wyruszył z Gdynii motorowiec M. S. Chrobry. Polonistom fakt ten powinien być znany ze względu na to, że TRANSATLANTYKIEM podróżował wówczas Witold Gombrowicz, czego nie omieszkał wykorzystać w swej twórczości, Natomiast wszystkim pozostałym wystarczy wiedzieć, że Chrobry już nigdy do Polski nie wrócił. W czasie wojny służył jako transportowiec – został zatopiony przez niemieckie lotnictwo 15 maja 1940 roku. Z katastrofy uratowali się wszyscy oficerowie, w tym kapitan Zygmunt Deyczakowski i pierwszy oficer Karol Borchardt. Ten drugi zasłynął później jako wspaniały pisarz (naprawdę polecam!):

Zbudził mnie dzonek telefonu stojącego tuż przy koi. Pomimo że musiało być już po północy, w kabinie było widno jak podczas pochmurnego dnia – w połowie maja noc na Lofotach prawie nie istniała. Złapałem szybko słuchawkę. W odpowiedzi na moje „tak” – usłyszałem znajome zdanie:

– Jesteśmy atakowani.

W tej samej chwili odczułem wstrząs kadłuba i zaraz po nim drugi. Zacząłem szybko się ubierać. „Może po raz ostatni?” – pomyślałem. Zamiast półbucików włożyłem buty, szumnie w myślach zwane „wellingtonami”, zrobione ongiś przez mistrza gdyńskiego. Wysłane pęcherzami rybimi, miękkie jak rękawiczki, chroniły przed wilgocią i można w nich było wytrzymać wiele godzin; w wypadku wpadnięcia do wody mogły być z łatwością zrzucone z nóg. Wciągnąłem podarowaną przez matkę skórzaną kurtkę podbitą baranami, która już raz uratowała mi życie, złapałem czapkę i ruszyłem na mostek. Po drodze z przyzwyczajenia otworzyłem drzwi łazienki znajdującej się przed kabiną. Okazało się, że łazienki nie ma. Zamiast podłogi widniał ciemny otwór prowadzący w głąb statku. Wszedłem na mostek. Była dopiero za kwadrans dwunasta. Załoga i wszyscy oficerowie mieli założone hełmy i pasy ratunkowe. Zanim dowiedziałam się, co zaszło, zobaczyłem, że z nadbudówki za trzecią ładownią wydobywają się kłęby dymu i płomienie ognia. Paliła się również nadbudówka tuż za mostkiem, przed trzecią ładownią. W jej gardzieli, wziętej teraz w dwa ognie, znajdowało się pięćdziesiąt ton materiałów wybuchowych w postaci min przeciwczołgowych. Pokłady pokryte były ciałami poległych żołnierzy z obsługi karabinów maszynowych. Zostaliśmy zaatakowani przez dwa bardzo nisko lecące samoloty. Eskortujące „Chrobrego” okręty wojenne „Wolverine” i „Stork” – jeden przed dziobem, drugi za rufą – były zbyt daleko, by przeszkodzić temu, co się stało. Samoloty lecące na małej wysokości wydały się oficerom dowodzącym obroną „Chrobrego” – angielskimi i nie otworzyli do nich ognia, pomimo bezwzględnej co do tego instrukcji. Samoloty rzuciły bomby z bardzo bliskiej odległości. Również skutki ognia ich karabinów maszynowych były straszne. Ze znajdujących się na pokładach ocaleli tylko ludzie na mostku, zabezpieczonym dodatkowymi płytami pancernymi i workami z piaskiem. Wybuch bomb na pozór nie wydawał się groźniejszy od tych, które wybuchały koło burt. Huku prawie nie było słychać, odczuwaliśmy jedynie wstrząsy. W tej chwili samoloty zataczały koło z widocznym zamiarem ponownego zaatakowania „Chrobrego”. Podczas całej kampanii norweskiej nie mieliśmy jeszcze na statku tak dużej ilości wojska. Ponieważ żołnierze zaokrętowani byli na krótki przelot Harstad – Bodb, stłoczono ich we wszystkich pomieszczeniach ponad normę. Patrząc teraz z mostku, nie miałem wątpliwości, że jest to ostatni dzień życia statku, którego bohaterem – zgodnie z tradycją – będzie jego kapitan. Stał teraz na skrzydle mostku, rozważając sytuację. Zwróciłem uwagę na dziwną dekorację czapki kapitana. Oprócz złotych palm na daszku miała dodatkowe – srebrne – z prawej strony na samej krawędzi. Były bardzo twarzowe. Przypomniały mi się wszystkie podróże z nim na żaglowcu szkolnym „Lwów”, od chwili gdy się zjawił w szkole z półdyplomem Akademii Górniczej. Nazwisko swe wywodził od Deja z Oczakowa. Sądząc po jego wyglądzie, gdyby żył przed kilkoma wiekami, dowodziłby całą Ordą Oczakowską i zasłynąłby jako „sokół stepów Akermanu”. Stanęły mi w pamięci lata spędzone wspólnie na szlakach naszych pierwszych transatlantyków. Z zazdrości dokuczaliśmy mu słowami piosenki:

Co temu winien Zygmuś, że jest taki śliczny? To przecież zbrodnia taki wygląd estetyczny…

Stał teraz, jak zwykle wytworny i opanowany, przyglądając się płomieniom. Nie miałem wątpliwości, że przygotowany jest do wypełnienia obowiązków kapitana – do pozostania na okręcie tak długo, zanim ostatni człowiek z niego nie zejdzie. Ale pięćdziesiąt ton min między płomieniami było czymś zupełnie wyjątkowym i mogło zmusić do opuszczenia statku w chwili najmniej spodziewanej, szczególnie tych, którzy stali na mostku. Podszedłem do kapitana, by omówić kolejność postępowania. Zdecydowaliśmy się na próbę opanowania ognia za pomocą wody z hydrantów i gaśnic. Gdyby akcja ta zawiodła, mieliśmy rozpocząć opuszczanie łodzi ratunkowych z żołnierzami, załogą hotelową i wolną – maszynową. Do ostatniej chwili miała zostać na statku załoga pokładowa. Kapitan postanowił pozostać na mostku, by utrzymać prawą burtę jako nawietrzną, jeśli da się jeszcze manewrować maszynami, i nie opuszczać go tak długo, jak to będzie konieczne. Ja miałem przejść za drugą zasłonę utworzoną z dymu za trzecią ładownią, zająć się gaszeniem tamtego ogniska i tam pozostać. Przy rozstaniu powiedziałem:

– Zygmunt, nałóż pas!

W odpowiedzi usłyszałem, że lepiej sobie w takiej sytuacji tymi sprawami głowy nie zaprzątać, bo się wówczas łatwiej myśli o tym co potrzeba. W tym momencie nadbiegł jeden z naszych oficerów i zameldował, że cały sztab i wszyscy pozostali oficerowie Gwardii Irlandzkiej zginęli w barze, gdzie zebrali się, by zgodnie ze swym rytuałem zakończyć angielski dzień toastem: „Gentlemen – the King!”

*

Po przejściu przez dwie zasłony z dymu natknąłem się na grupę marynarzy rozwijających już węże pożarowe. Inni biegli z gaśnicami. Wpadliśmy do pomieszczeń, z których wydobywał się ogień. Po otworzeniu zaworów z hydrantów nie spłynęła ani jedna kropla wody. Widocznie uszkodzony był rurociąg albo na wszystkich sekcjach, gdzie się paliło, usiłowano gasić ogień za pomocą znajdujących się tam hydrantów. Największy ogień buchał z klatki schodowej. Nie wiedzieliśmy, czy ludzie, którzy tam byli, zdążyli już wyjść. Postanowiliśmy przydusić chociaż na jakiś czas płomienie, by dać możność przejść tym wszystkim, którzy by się jeszcze znajdowali pod pokładem. Strumienie z kilku gaśnic skierowane w buchający ogień nie tylko go nie stłumiły, ale nawet nie przygasiły. Wyglądało to tak, jak gdyby olbrzymi stóg słomy usiłowano zgasić wodą ze strzykawek lekarskich. Wśród dymu widoczna jeszcze była droga przez korytarz w kierunku kabiny starszego mechanika. Podobnie jak kapitan, starszy mechanik miał na imię Zygmunt i łączyła mnie z nim taka sama przyjaźń i często te same szlaki od Szkoły Morskiej do obecnego rejsu. Pochodził ze Zduńskiej Woli. W dawnych jeszcze czasach miewał bardzo zatroskany wyraz twarzy, jak naim się wydawało, zupełnie bez powodu. Kiedyś w tajemnicy przyznał się, że wyrobił sobie swoisty sposób dozoru wszystkich swych koni mechanicznych, słuchając jak „gra w nich śledziona”. Znając dwa języki obce zebrał dużą bibliotekę fachową. Pełna znajomość teoretyczna przedmiotu pozwalała mu na bardzo wnikliwe dochodzenie szmerów w organizmach maszyn. Przyznawał, że niekiedy nocami nie sypiał z tego powodu, ale nie darował nigdy okazji, by „na proszek” nie rozebrać jakiegoś „tabunu” i nie wyszukać chorego „konia”. Młodsi jego koledzy, nie mający tych samych kawaleryjskich zamiłowań, „błogosławili” go zawsze w portach, kiedy zamiast wyjść na miasto musieli doszukiwać się „chorej śledziony, która nie grała”. Zygmunt był jednym z tych dziwnych mechaników, którzy „żyli” z nawigatorami. Marzył o skonstruowaniu jakiejś miniatury maszyny okrętowej – takiej żeby można było ją mieć w kabinie i widzieć dokładnie, co się w niej dzieje podczas pracy. O tej godzinie, w której trafiły „Chrobrego” bomby, powinien był spać zawinięty w długi ciepły szlafrok, na tapczanie w kabinie. Ponieważ nie można było ugasić źródła ognia, postanowiłem dotrzeć do jego kabiny w nadziei, że może uda mi się go wyciągnąć, jeśli leży tylko ogłuszony. Nabrałem powietrza w płuca i wszedłem w płonący korytarz przysłonięty dymem. Po kilku krokach dymu już nie było, tylko długie języki ognia na kształt ogromnych liści tworzyły płomienną aleję. Żar panował tak wielki, że gdy wypuściłem z płuc powietrze i chciałem zaczerpnąć świeżego, wydało mi się, że połykam ogień. Do kabiny było jeszcze daleko i już miałem zawrócić, gdy dojrzałem w oddali leżące na podłodze ciało. Skoczyłem naprzód, złapałem nieprzytomnego na ręce i usiłowałem jak najszybciej wydostać się z żaru. Ubranie tliło się na nim. Po ciężarze ciała zorientowałem się, że to nie Zygmunt. Ten człowiek ważył chyba dwa raizy więcej. Dotarłem z nim do wyjścia, a tam zabrali go marynarze. Odwróciłem się jeszcze raz, by zobaczyć, czy nie uda się jednak dotrzeć do kabiny Zygmunta, ale droga do niej była już nie do przebycia.

*

Nie miałem teraz wątpliwości, iż gaszenie obu ognisk pożaru nie da żadnego rezultatu. Zanim ogień rozprzestrzeni się tak, że nie będzie można dojść do łodzi ratunkowych – należy je niezwłocznie spuścić. Posłałem jednego z marynarzy na mostek do kapitana z zawiadomieniem, że akcja gaszenia zawiodła i że będziemy spuszczali łodzie ratunkowe i tratwy. Niektóre stanowiska przy łodziach znajdowały się już w ogniu. Trzeba było ogromnego samozaparcia, by nie zwracając uwagi na płomienie, tlące się ubrania i duszący dym wykonać czynności przewidziane przy spuszczaniu szalup. Przede wszystkim należało przerąbać liny, którymi szalupy były nieomal spowite w celu zabezpieczenia przed dużą falą oceaniczną oraz ewentualnym zerwaniem się od podmuchów bomb. W chwili gdy zaczęliśmy spuszczać szalupy, samoloty znów otworzyły ogień z karabinów maszynowych. Ani jeden marynarz nie opuścił swego stanowiska, jak gdyby wszystko to odbywało się podczas wycieczek turystycznych w ubiegłych latach do tych samych fiordów. Załadowano rannych, a gdy szalupy zeszły na wodę, runęli do nich żołnierze, a razem z nimi załoga hotelowa. Marynarce z załogi pokładowej stali spokojnie, jakby do łodzi ratunkowych – zgodnie z przepisami – szły: „Dzieci i kobiety najpierw”. Na pokładzie pozostały już tylko ,”klapboty” – szalupy zwane tak ze względu na to, że stały w miejscu, w którym na dawnych transatlantykach umieszczano stary typ składanych łodzi ratunkowych. Nad nimi zawieszone były zwykłe szalupy; po ich spuszczeniu należało wyciągnąć na pokład talie i włączyć do „klapbotów”. Zobaczyliśmy samolot ponownie nadchodzący na małej wysokości, zeszliśmy więc o pokład niżej. Kiedy przeleciał, wróciliśmy, by zabrać się do spuszczania „klapbotów”. Okazały się jednak bezużyteczne – tak zostały posiekane kulami. Wszystkie zbiorniki z powietrzem były poprzebijane. Żołnierze, widząc, że więcej łodzi ratunkowych nie ma, zaczęli szaleć. Nie było ani jednego oficera, który by nad nimi objął komendę. Wyskakiwali za burtę. Nie powstrzymało ich nawet to, że ci co wyskoczyli pierwsi, sztywnieli natychmiast w tym zlewisku lodowatej wody, zanim jakaś łódź ratunkowa zdołała do nich podejść. Większość łodzi wolała zresztą trzymać się jak najdalej od statku ze względu na spodziewany wybuch amunicji, o której cała załoga wiedziała. Okręty z eskorty zbliżyły się trochę do „Chrobrego” i otworzyły ogień do samolotów. Jedyną nadzieją ratunku było, że któryś z okrętów podejdzie do burty i zabierze oszalałych z przerażenia żołnierzy. Okrętom wojennym nie wolno było dobijać do palących się statków z amunicją – chyba żeby jakiś z nich nie wiedział, iż mamy załadowaną amunicję, a przynajmniej nie w tym miejscu i nie taką. Poleciłem marynarzom rozwiesić na nie objętej ogniem i dymem prawej burcie siatki do ładowania, tak by utworzyły na całej szerokości burty olbrzymią drabinę, po której wszyscy będą mogli szybko zejść, jeśli jakiś destrojer odważy się dobić do „Chrobrego”. Sam postanowiłem uspokoić w jakikolwiek sposób żołnierzy i przekonać ich, że skakanie do wody jest w tej chwili samobójstwem i że zawsze mają na to czas. Liczyłem na to, iż widzieli mnie kilkakrotnie na inspekcji w towarzystwie swego dowódcy i może mnie posłuchają. Zaszedłem im drogę do relingu, z którego skakali, wołając: „Attention! Attention!” Wdrapałem się na reling, żeby mnie widzieli i zapominając, że mam przed sobą Irlandczyków zacząłem swe podniosłe przemówienie od słów:

– Anglicy! Słyniecie z zimnej krwi i opanowania. Właśnie w tej chwili musicie się opanować!

Wydawało mi się, że muszę mówić jak najdłużej, by zaczęli mnie słuchać i że jak przestanę, to znów zaczną skakać do tej lodowatej wody. Przemawiałem więc dalej:

– Skakanie do wody jest samobójstwem. Na razie mamy dużo czasu. Tylko spokój może was uratować. Musicie zaczekać, zanim okręty eskorty nie podejdą, by was zabrać. Na burcie wolnej od ognia i dymu rozwieszone są siatki, po których będziecie mogli zejść spokojnie na destrojery. Musicie się uspokoić. Od tego zależy wasz ratunek.

Przemówienie swe zakończyłem głośnym okrzykiem w formie rozkazu, który wydał mi się najlepszy w danej chwili:

– You are English! Control yourselves! Jesteście Anglikami! Panujcie nad sobą!

Naraz usłyszałem krzyk. Nie wiedziałem, skąd pochodzi i kto krzyczy. Żołnierze na pokładzie uspokoili się, przestali skakać do wody. Większość z nich zeszła na rufę. Krzyk dochodził od strony wody, z prawej burty. Na wodzie były widocznie nasze łodzie ratunkowe, tratwy i ciała gwardzistów irlandzkich, którzy wyskoczyli za burtę. Na szalupach i na tratwach żołnierze zachowywali się spokojnie, a krzyk potężniał, stawał się coraz bardziej przeraźliwy, przechodził w ryk ludzi krzyczących w męce lub ze strachu graniczącego z obłędem. Wychyliłem się za burtę i zrozumiałem wszystko. Niektóre pomieszczenia zostały odcięte podczas wybuchu bomb i żołnierze nie zdołali przedrzeć się przez ogień. Teraz palili się żywcem. Dostanie się do nich było niemożliwością. Część wysunęła głowy przez bulaje. Otwory były jednak za małe, by się przez nie mógł wydostać człowiek. Ci, którzy wysunęli głowy przez iluminatory, nie wołali już pomocy, tylko na ich twarzach widniała potworna męka ludzi płonących żywcem. Głos, któremu nikt nie pośpieszy z pomocą i któremu nikt nie pomoże. Najbardziej tragiczny głos, jaki zna ludzkość jeszcze sprzed czasów rzymskich: vox clamantis in deserto…

Samoloty nie przestawały krążyć nad „Chrobrym”. Nad strzelającymi wciąż „Wolverine” i „Stork” widać było lecące w nie smugi świetlne. Załoga pokładowa kończyła rozwieszanie siatek. Żołnierze czekali na obiecane przeze mnie podejście okrętów wojennych, które nie zdradzały ku temu najmniejszej ochoty. Nie mieliśmy od nich żadnego sygnału, żadnego znaku. Nic. Na razie nie ma co robić. Na budowanie jakichś tratw ze stołów – za mało czasu. Ogień szybciej tu dojdzie, niż zdołamy coś sklecić. Jeśli przedtem nie wylecimy w powietrze. Tych pięćdziesiąt ton min w gardzieli trzeciej ładowni musi eksplodować. „Wylecimy w powietrze!” – myśl ta przypomniała mi, że oczekiwanie na taki moment stanowiło spełnienie moich marzeń dziecinnych. Powstały one pod wpływem oglądania pewnego rysunku w książce. Nie chodziłem jeszcze do gimnazjum, ale byłem już zapisany do czytelni pań Żukowskich w Wilnie, mieszczącej się przy placyku Orzeszkowej. Któregoś dnia trafiła mi tam do ręki książka, której tytułu zapomniałem, ale na zawsze pozostał w pamięci rysunek przedstawiający ludzi biegnących w popłochu po pokładzie okrętu. Z dziobu wydobywały się kłęby dymu. Pod rysunkiem był podpis: „PIKRAT! PIKRAT! WYLECIMY W POWIETRZE!” Kim był ten tajemniczy Pikrat? Prawdopodobnie przyjacielem biegnących. Spieszyli się, by go ostrzec przed niebezpieczeństwem. Naturalnie wybrałem tę książkę. Po przyjściu do domu pokazałem ją ojczymowi. Wytłumaczył mi, że tajemniczy dla mnie pikrat to bardzo silny środek wybuchowy, którego eksplozja na placu Sorbony w Paryżu oraz ilość osób, które wówczas zginęły – wstrząsnęły całym światem. Widocznie autor książki, będąc również pod wrażeniem tego wypadku, umieścił ładunek pikratu na opisywanym przez siebie okręcie. Wybuch pikratu podniecił i moją wyobraźnię do tego stopnia, że przez pewien czas o niczym innym nie myślałem podczas zabaw jak o tym, by naprawdę znaleźć się w podobnej sytuacji na okręcie. Wszystkie inne bohaterskie wyczyny na morzu – walki korsarzy, zmagania się żeglarzy z burzą, nawet bitwy morskie, wydały mi się blade i bezbarwne wobec pikratu. Bohaterowie tamtych opowiadań przeważnie zwyciężali i wychodzili cało, ale tutaj zaraz nastąpi wybuch i wszyscy wylecą w powietrze. Zapragnąłem wówczas przeżyć podobną chwilę chociażby za cenę życia. I oto chwila ta nadeszła. Różniła się tym od wszystkich innych przeżytych dotychczas, że nie wymagała już żadnej walki. Wiadomo, że się stanie. Zaraz odsłoni się przede mną tajemnica życia i śmierci. Zaraz będę wiedział na pewno, czy z „tamtej strony” coś jest, czy nic nie ma. Samo przejście z jednego stanu w drugi przestało być straszne. Obojętne czy to nastąpi przy potwornym huku, czy będzie to zmiażdżenie lub unicestwienie przez rozsypanie się w kawałki, czy długi lot w powietrzu. Za chwilę odkryje się tajemnica tego, co jest po śmierci.

*

Ogień, który pożerał „Chrobrego”, zaczynał nas spychać na samą rufę. Nie rozumiałem, jak kapitan może jeszcze wytrzymać na mostku. Mostek ogarnięty był płomieniami. Co by się działo na statku, gdyby ten cały żar pokrył pozostałych na pokładach ludzi? „Chrobry” nie miał wad. Wszystko na nim było dobre, każda praca była łatwa – z ładunkiem i z pasażerami. Trzymał się na każdej fali, jak żaden z naszych transatlantyków. Manewrował, jak gdyby wyłącznie do manewrów go zbudowano. Był najbardziej udanym statkiem naszej floty. W ostatnich chwilach swego życia darzył nas jeszcze tym, co miał do ofiarowania i co wciąż stanowiło o naszym istnieniu: nie wybuchał i nie zmieniał swego położenia względem wiatru. Mostek wydał mi się w tej chwili ofiarnym stosem kapitana. Straciłem już nadzieję zobaczenia się z nim, gdy naraz znalazł się koło mnie z oficerami i lekarzem okrętowym. Doktor nasz nigdy nie schodził na ląd bez monokla. Ponieważ teraz przewidywał możliwość opuszczenia statku, spostrzegłem, że wyprostował się i trzyma głowę w charakterystyczny sposób: monokl był na miejscu. Drugi oficer denerwował się bezczynnością. Domyślałem się, że nie może pogodzić się z myślą, że to już koniec. Niepokój „drugiego” wzrastał. Wreszcie nie wytrzymał,  podszedł do mnie i spytał:

– Słuchaj, co zrobić jeszcze?

Rozumiałem, że trzeba mu coś wymyślić dla odprężenia. Bezczynność nie dawała pogodzić się z jego aktywnością i żądzą czynu. Na piersi „drugiego” widniał zawieszony aparat fotograficzny, poradziłem więc, by zrobił jak najwięcej zdjęć i zabezpieczył aparat prze wodą. – Jeśli go ktoś wyłowi, zobaczy przynajmniej, jak wygląda piekło – powiedziałem. Leżące wśród płomieni ciała zabitych wydawały się falować w unoszącym się nad pokładami żarze. Trupy zazwyczaj są zimne i sztywne. Na „Chrobrym” trupy – ogarnięte żarem – żyły. Nie mieściły się we własnych mundurach. Rozdymały się piersi. Twarze zmieniały barwę w grymasach, rozszerzały się lub kurczyły, ukazując zęby w uśmiechu. Podsunięta drugiemu oficerowi myśl zrobienia takich zdjęć odpowiadała mu. Zaczął szukać dogodnego miejsca do ich wykonania. – Spiesz się! – krzyknąłem i nie mogłem opanować się, by nie dodać po cichu: – Pikrat! Pifcrat! Wylecimy w powietrze!

*

I znów jeden z samolotów zniżył się i otworzył ogień do łodzi ratunkowych, pomimo że oba okręty eskorty biły do niego ze wszystkich swych dział. Obrona była jak zwykle bezskuteczna, wobec czego naszą uwagę zwróciliśmy na czapkę kapitana.

– Zygmunt, kiedyś zdążył dać to sobie wyhaftować na czapce? – wyrwało mi się ze śmiechem.

Kapitan zdjął czapkę i zaczęliśmy oglądać niezwykłe jej przybranie. Były to krople jakiegoś metalu, który zastygł w tej dziwnej postaci.

– W momencie gdy leciały bomby, poczułem, że coś mi spadło na czapkę – wyjaśniał. – Wydaje mi się, że ten metal pochodzi z bomb.

Doktor wziął czapkę do rąk i jak zwykle – gdy z wielką uwagą badał nas jako pacjentów – wysunął dolne zęby przed górną wargę. Przez monokl przyglądał się tej srebrnej palmie, jak gdyby to była rana. Diagnoza brzmiała:

– Wieniec laurowy z nieba, za życia…

Staliśmy znów w milczeniu, czekając na wybuch. Nie dopytywaliśmy się, kto zginął, a kto ocalał. Było kwestią minut – kto kogo na razie przeżył o tę krótką chwilę. Wydawało się nam, że już nic nas z równowagi nie potrafi wyprowadzić, gdy naraz otworzyły się drzwi od pomieszczeń na rufie i wyszedł z nich starszy mechanik. Według naszych obliczeń on pierwszy powinien był przekroczyć w swym długim szlafroku granicę, nad którą myśmy jeszcze stali. Rzuciliśmy się do niego, jak gdyby został zesłany na chwilę z tamtego świata, by nam służyć za przewodnika. Widocznie przebrała się miara wrażeń, bo łzy mi się sypnęły z żalu, że po to tylko się wyratował, by zaraz zginąć. Starszego mechanika uratowały – parówki. O godzinie dwudziestej trzeciej trzydzieści, gdy zgodnie ze swymi zwyczajami spał zawinięty w ten długi szlafrok, zbudził go telefon. Dzwonił pierwszy radiotelegrafista, zapraszając na gorące parówki, które dostał od prowiantowego. Miały być według zapraszającego doskonałe.

*

Jeśli nie nastąpi wybuch, to ogień zepchnie nas wkrótce do wody. Na razie rozmyślaliśmy jeszcze nad nie dokończoną parówką starszego mechanika. Porzucił ją natychmiast po wybuchu bomb i zbiegł na dół do swych koni mechanicznych, by nie rozniosły „Chrobrego”. Pozostał w maszynie do czasu, kiedy już dłużej nie można było w niej wytrzymać. Dzięki obu Zygmuntom „Chrobry” do ostatniej chwili utrzymywał się prawą burtą do wiatru. Trzeba było wybierać – albo żywcem się upiec, albo skakać do lodowato zimnej wody. Wiedzieliśmy, że zaczniemy skakać dopiero wówczas, gdy nas ogień dobrze przypiecze. Naraz „Wolverine” zaprzestał ognia do atakującego samolotu i ruszył pod naszą burtę, tam gdzie rozwieszone były siatki. Wszystko co na statku jeszcze żyło, rzuciło się do burty i zaczęło schodzić na pokład destrojera. Spostrzegłem, że na górnym pokładzie „Chrobrego” znaleźli się skądś żołnierze,  którzy zamiast zejść niżej po trapie i skorzystać z przygotowanych dla nich siatek, zaczęli się chwytać rękami lin i usiłowali po nich zjechać na dół. Skutki okazały się tragiczne. Były to krótkie kawałki lin, służące do mocowania łodzi ratunkowych. Przy spuszczaniu szalup zostały porąbane. Żołnierze spadali teraz z nimi na pokład destrojera, łamiąc sobie ręce i nogi. Skoczyłem na górę i biegnąc po samej krawędzi relingu usiłowałem opanować panikę i zmusić ich do skorzystania z siatek. Naraz jeden z oszalałych ze strachu pchnął mnie niespodziewanie i zanim zdołałem się zorientować, co się stało – sam poleciałem w dół na pokład destrojera. W tej samej chwili poczułem, że zaczepiłem pachą kurtki o pierścień do mocowania trapu czy też lin. Kurtka się rozpruła, ale ten ułamek sekundy dał mi możność złapania jakiejś liny. Zanim zdążyłem zacisnąć na niej dłonie, wylądowałem na kolanach i szczęce na stalowym pokładzie. Cały naskórek na dłoniach miałem starty i straciłem władzę w nogach. Zaniesiono mnie do ambulatorium, zalano obie dłonie jakimś płynem, zawijając w bandaże tak, że ręce wyglądały jak kikuty. Gdy minął bezwład nóg – usiłowałem wstać. „Wolverine” znów otworzył ogień do samolotu. W ambulatorium wydawało się, że okręt rozpada się lub jest trafiony przynajmniej kilku bombami. Po przeżyciu już raz zamknięcia w kabinie nie znosiłem zamkniętych pomieszczeń podczas bombardowania. Ku zgorszeniu obecnych bardzo szybko wyszedłem na pokład. Pospiesznie oddaliliśmy się od „Chrobrego”. Jego burta na śródokręciu, na której widać było uprzednio wysunięte głowy, jarzyła się różowym blaskiem rozpalonego żelaza. Olbrzymie płomienie sięgały krawędzi komina. „Wolverine” zbierał ludzi z łodzi ratunkowych i tratew, wyławiał trzymające się na wodzie w pasach ratunkowych ciała żołnierzy. Po wyjściu z ambulatorium spotkałem się z kapitanem, doktorem i starszym mechanikiem, którzy również znaleźli się na „Wolverine”. Staliśmy na jego pokładzie przyglądając się agonii naszego statku i walce obu okrętów z samolotami, które jeszcze nie chciały dać „Chrobremu” spokoju. Na rufie „Chrobrego” ukazali się ludzie. Jak nam się z kapitanem wydało, jednym z nich był drugi oficer. Spuszczali z rufy małą tratwę, a za chwilę – jakieś bezwładne ciało, prawdopodobnie rannego. Następnie zszedł po linie ktoś z załogi, za nim drugi oficer. Zaczęli wiosłować w kierunku „Wolverime”. Pośpieszyła im z pomocą łódź ratunkowa z destrojera. Po jakimś czasie drugi oficer był już na „Wolverine” i opowiadał swoje przygody. Gdy chodził po „Chrobrym”, fotografując ciekawsze szczegóły, posłyszał jęk w ładowni na rufie. Okazało się, że wpadł tam jeden z rannych oficerów-angielskich. „Drugi” wziął sobie do pomocy chłopca okrętowego i razem z nim zszedł do ładowni, by wyciągnąć rannego. W tym czasie „Wolverine” dobił do burty „Chrobrego”, zabrał jak mógł najszybciej wszystkich ludzi z pokładu i zadowolony ze swego sukcesu odbił jak najprędzej. „Drugi” po wyjściu na pokład nie znalazł nikogo do pomocy. Z trudem we dwójkę z chłopcem wyciągnęli z ładowni Anglika oraz starą, zniszczoną tratwę. Był to drugi uratowany przez niego oficer angielski. Na samym początku, podczas gaszenia źródła ognia koło mostku posłyszał krzyk: „I am killed! Jestem zabity! Jestem zabity!” Krzyk dochodził z kabiny naszego Kruka – admirała. W momencie gdy admirał szykował się, aby zejść do baru, bomby zniszczyły drzwi jego kabiny, a ogień odciął mu wyjście. Nie miał wątpliwości, że się zaraz żywcem spali. „Drugiemu” udało się go wyciągnąć z kabiny przez duże okno. Trzecim angielskim oficerem, który uratował się z „Chrobrego”, był nasz oficer łącznikowy z armii. W pamiętnej chwili postanowił uczcić zdrowie króla najlepszym winem, jakie posiadał. Pobiegł do swej kabiny po butelkę i gdy był już na korytarzu, padł ogłuszony bombami. Stracił świadomość i już się zaczął powoli palić, gdy natrafiłem na niego przypadkowo, chcąc dotrzeć do kabiny starszego mechanika. Być może uratowali się jeszcze inni, ale że były to wszystko tajemnice wojskowe, więc wiedzieliśmy tylko o trzech. Kiedy „Wolverine” skończył wyławianie ciał z wody, położył się na kurs do Harstadu. Staliśmy na jego rufie patrząc na płonący wrak „Chrobrego”, którego ostatni odcinek drogi życiowej urwał się na 67″40′ szerokości północnej i 13°50′ długości wschodniej.

Karol Borchardt, Krążownik spod Somosierry, rozdział: „Pikrat! Pikrat! Wylecimy w powietrze!”

Mógłbym też dodać, że 29 lipiec zapisał się również złotymi zgłoskami w historii najwyższych temperatur w Polsce. Ale w taki upał nie będę Wam zawracał głowy, że najwyższą temperaturę na terenie obecnej Polski odnotowano w Prószkowie koło Opola. Na termometrze było 40,2 stopni Celsjusza. Miejscowość w 1921 r. nazywała się Proskau i leżała na terenie ówczesnych Niemiec. Ale w taki upał nie będę Wam zawracał głowy…

Źródło: pl.wikipedia.org, Filmoteka Narodowa

Specjalne życzenia urodzinowe!

Ten Który Obchodził Urodziny 28 czerwca, życzy wszystkiego najlepszego Tej Która Obchodzi Urodziny 29 lipca. Licząc w latach wychodzi tyle samo.

P. S. Nie wiedziałem dlaczego. Teraz już wiem…

Też mi odkrycie…

… przecież sytuacja powtarza się co najmniej raz na cztery lata. Ostatnim razem kuglarze opanowali Lublin jesienią 2010 roku – chyba się to nazywa rozbiory samorządowe czy jakoś tak. Następna fala kuglarzy spodziewana jest dopiero za dwa lata:

Źródło: lublin.gazeta.pl

Golem

Golem. Plakat z filmu, ilustracja dostępna jako public domain.

Kolejny weekend – kolejny film. Pozostając w kręgu niemieckiego ekspresjonizmu z okresu Republiki Weimarskie, chciałem polecić obejrzenie niemego filmu Paula Wegenera z roku 1920, zatytułowanego Golem (Der Golem, wie er in die Welt kam). Film został wyreżyserowany przez Carla Boese’a i Paula Wegenera, według scenariusza Wegenera i Henrika Galeena. W tytułowej roli wystąpił Wegener. Scenariusz jest adaptacją powieści Gustawa Meyrinka Golem z roku 1915. Fabuła wskrzesza żydowską legendę o powołaniu do życia człowieka z gliny, ożywionego dzięki papierowej kartce z zapisanym zaklęciem, włożonej do ust. Rzecz dzieje się w średniowiecznej Pradze. Golem jest trzecią części trylogii o golemie nakręconej w całości przez Paul Wegenera – niestety pozostałe dwie nie zachowały się do dzisiaj. Podobno część druga była komedią – bohater przywdziewał kostium golema, by zdobyć serce ukochanej dziewczyny!

http://archive.org/details/TheGolem_893

Post Navigation