Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the category “Kurier z Lublina”

Koń jaki jest, każdy widzi… [TRANSMISJA NA ŻYWO]

Naprawdę? O Borze! (to taki las…) – NIE IDŹMY TĄ DROGĄ!

A teraz sprawy bieżące (lecz dokąd…?) – 80 (słownie: osiemdziesiąt) lat temu, w Lublinie:

Na miejscu jest już nasz specjalny wysłannik – oto jego bezpośrednia relacja:

 

„Głos Lubelski” nr 179 z 2 VII 1938 r.  

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

O Mieście, Które Stało (Się) Perłą

Ponad rok później…

O mój Borze! (to taki las): Szanowny Panie Pr…

.

.

.

.

.

 

[Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk na mocy „Ustawy z dnia 31 lipca 1981 r. o kontroli publikacji i widowisk” – Dz.U. 1981 nr 20 poz. 99].

 

 



 

 

 „Express Lubelski i Wołyński” nr 173 z 25 VI 1938 r. i „Głos Lubelski” nr 172 z 25 VI 1938 r.  

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

 

 

Najbardziej zaniedbane miasto w Polsce

Lublin w roku 1918 – na zamieszczonej fotografii znajdź drewniane sandały.

Oczywiście, mowa tu o roku 1938 i o kulturze fizycznej. Na pewno tylko o roku 1938…? Na pewno tylko o kulturze fizycznej? Albo w ogóle, tylko o kulturze? Te pytania jednak nie do mnie, a do Redakcji „Expresu Lubelskiego i Wołyńskiego”, który artykuł opublikował.

Tymczasem zadaniem naczelnym „Gabinetu” jest troska o Lublin i jego dobre imię. Jeśli ktoś odniósł wrażenie, że jest na odwrót… O mój Borze! (las taki…) przecież, że nie! Dlatego też i dzisiaj chcemy przywołać kolejne, chwalebne karty z wielkiej historii dumnego grodu nad Bystrzycą i jego mieszkańców: oto sto lat temu, w pamiętnym roku 1918, doszło w Lublinie do wydarzeń wielkiej wagi i znaczenia dla Narodu i Państwa w Przededniu Odzyskania:

  1. ulicę Ogrodową uznano za upośledzoną ze względu na niej pasące się owce i (wcześniej) konie;
  2. ze szpitala Jana Bożego zbiegł obłąkany;
  3. na ulice miasta (ale tylko te na których nie było owiec i (wcześniej) koni), wyszli ludzie w drewnianych sandałach na bosych nóżkach. Bose nóżki jednoznacznie wskazują, że były to panie, ponieważ – jak wszyscy dobrze wiemy – męskie bose nóżki (bez skarpet, najlepiej białych i za kostkę) w przyrodzie w zasadzie nie występują.

 


 

Przed dziewięćdziesięciu laty, też się coś w Lublinie działo, ale dzięki uprzejmości bibliotek cyfrowych, nie do końca wiadomo co…

Z pustego i Salomon nie zwykł nalewać.


Osiemdziesiąt lat temu, dość niespodziewanie i nagle, wybuchły w Lublinie wakacje. I na dobre rozpętało się lato:


Minęła kolejna dekada i nadszedł rok 1948. Najwyraźniej jednak zawarł tajne porozumienie z 1928 – ergo: Salomon ponownie bezradny (i chyba zrozpaczony?)


Ale rok 1958 ponownie przyniósł Lublinianom nowy wybuch wakacji:

I koniec.

Roku szkolnego…

 

„Głos Lubelski”  nr  169 z 22 VI 1918 r. i nr 169 z 22 VI 1938 r. , „Ziemia Lubelska”  nr  288 z 22 VI 1918 r., „Express Lubelski i Wołyński” nr 170 z 22 VI 1938 r. i „Kurier Lubelski” nr 170-171 z 22 VI 1958 r.  

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo!

Dziś sięgamy do prasy lubelskiej sprzed lat osiemdziesięciu i… bez zbędnego przedłużania przypominamy, że:

Primo.

Osiemdziesiąt lat temu w ubiegłą niedzielę ks. biskup Fulman dokonał konsekracji nowego kościoła pod wezwaniem św. Michała na Bronowicach. Według kalendarza na rok 1938 ubiegła niedziela wypadała w dzień 5 czerwca. A więc mamy jubileusz, z którego oczywiście się bardzo radujemy i wszystkim chętnym składamy najserdeczniejsze życzenia!

 

Secundo.

O ile pierwsze przypomnienie skierowaliśmy do ogółu wiernych i niewiernych, o tyle to drugie dedykujemy: Szanownemu Panu Prezydentowi, samorządowi studentów pewnego koziego uniwersytetu, piwowarom od św. Kazimierza, kulturalnym trollom z Mostu i wszystkim nocnym harcownikom. Bo póki tchu… nie ustaniemy w przypominaniu, że:

 

Tertium. Non datur!

To już nie pierwszy wpis, w którym nie użyto zwrotu: O Borze! (to taki las…) Przepraszamy!

„Głos Lubelski”  nr  155 z 8 VI 1938 r. i „Express Lubelski i Wołyński” nr 156 z 8 VI 1938 r.  

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Czy wiecie, że 100 lat temu, w dniu 31 maja…

Sprawca czy ofiara? (Sprawca: nie ma niewinnych na tym świecie – to coraz boleśniejsza świadomość…)

… w Lublinie spadł kwiat z balkonu? Odpowiedzialnym w tej sprawie był wiatr, który strącił z domu przy ulicy początkowskiej z trzeciego piętra kwiat „filodendron”, który wraz z wazonem spadł na chodnik. Kierunku wiatru nie ustalono lub nie podano ze względu na dobro śledztwa. Do tej pory tajemnicą pozostaje również to, dlaczego nazwę ulicy napisano małą literą. W tej sprawie zatrzymano już kilku korektorów, zecer w ostatniej chwili dał drapaka. Niejasnymi są też dalsze losy drapaka: nie wiemy np. kto go wziął i w jakim celu… Wiadomo jednak z całą, że wazon – przeraziwszy się ewentualnych konsekwencji swego lotu – „rozbił się w drobne kawałki”. Wyobrażacie to sobie? W odległości o pół kroku od dwojga małych dzieci! Obecnie czynimy starania o uzyskanie dostępu do sporządzonego przez Milicję odpowiedniego protokułu. Dość już mamy nieodpowiednich!

O Borze! (to nie taki las? to filodendron?)

 

„Głos Lubelski”  nr  150 z 3 VI 1918 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Zapomniana rocznica

Rok 2018 jest dla nas wszystkich rokiem niewątpliwie wyjątkowym: świętujemy bowiem SETNĄ ROCZNICĘ! Setną rocznicę? Ale czego? Jak to czego! Odzyskania bielizny!

Lubelski marzec przed stu laty zapisał się w historii dosyć ponurymi zgłoskami: nie dość, że pogoda była… (po prostu była!), to jakby tego było mało, na miasto padł  blady strach, a wraz z nim złowrogi i przerażający cień trwogi, przerażenia i Bór (to taki las…) jeden wie, czego tam jeszcze pa… (nie, no paść już nie mógł, bo wtedy będziemy mieli w tekście haniebne powtórzenie, a tego nie możemy się dopuścić): niech więc będzie, że groza spłynąła na miasto falą, lepką i gęstą niczym mgła śmierdząca, smogiem dziś zwana. Jednym słowem, Lublin ogarniała fala bieliźnianego terroru. A wszystko to za sprawą szajki złodziei, specjalizującej się w kradzieży bielizny ze strychów (w tych czasach – drogie dziatki – ludzie suszyli bieliznę na strychach, bo… mieli strychy). Wprawdzie zdarzało się już wcześniej, że pojedyncze sztuki garderoby ginęły skradzione przez jakieś indywidua, ale były to niewinne i incydentalne przypadki upadku słabej z definicji, natury człowieczej. Teraz jednak proceder zaboru garderoby urósł do niebotycznych wręcz rozmiarów.

To nie są (i wtedy też nie były) żarty: sto lat temu nikomu w Lublinie nie było do śmiechu, bo – jak czytamy w „Głosie Lubelskim” – w marcu roku 1918  kradzieże bielizny stały się tak częste, że przerażeni perspektywą jej utraty Lublinianie, zupełnie zaniechali korzystania ze strychów. Nie było zapewne w Lublinie żadnej rodziny, która nie przeżywałaby bolesnej straty, najbliższej swemu ciału, części garderoby. Wyobraźcie sobie te sznury rozwieszone w mieszkaniach, dekoracyjnie zdobiące nawet salony i (o zgrozo!) gabinety… Nawet naszego Gabinetu nie ominęło to traumatyczne doświadczenie. Być może współczesny Czytelnik wzruszy lekceważąco ramionami, pytając: gdzie tu dramat, gdzie – ach! – tragedia: wszak we współczesnym mieszkalnictwie galotki suszące się w salonie, łazience lub kuchni są na porządku dziennym (lub nocnym; a jak w mieszkaniu zimno, to i całodobowym). Ale sto lat temu ludzie żyli w sposób cywilizowany i sznur z bielizną w mieszkaniu był rzeczą ekstrawagancką i nieprzyjemną.

Nic więc dziwnego, że policja wszczęła energiczne śledztwo, chcąc szybko przyskrzynić zbrodniarzy: oczami wyobraźni widzimy jak zirytowany komisarz milicji, wychylając się spod dyndających nad jego biurkiem kalesonów, rzuca gardłowe: „Znajdźcie tych drani!”.

Niestety, mimo najszczerszych chęci, stróże porządku byli bezradni wobec ogromu zła i bez powodzenia tropili geniuszy bieliźnianego zła, którzy przez długi czas pozostawali nieuchwytni, a skradziona przez nich konfekcja przepadała bez śladu, jakby rozpływając się w powietrzu (czy można rozpływać się w powietrzu? W powietrzu raczej się zwykło rozwiewać, rozpływanie zostawiając wodzie – lub też innej cieczy). Sytuacja była patowa: mieszkańcom Lublina perspektywa nagłej nagości stanęła przed oczami. Lub też perspektywa bielizny brudnej i nieświeżej, bo niepranej: bo jak tu prać, kiedy uprane w mig kradną! No więc pat (i pataszon) po prostu…

Jednak któregoś marcowego poranka sytuacja niespodziewanie (rzec by można (ale czy trzeba?) gwałtownie) uległa diametralnej zmianie: geniuszom desu-zbrodni (alias dessous występku) powinęła się noga (vel nogi – wszak geniuszy było więcej niż jeden). Oto dzielni funkcjonariusze Milicyi M. (Municyplanej zapewne, choć może i Miejskiej) z pierwszego Komisaryatu, zdybali bieliźniarzy na gorącym uczynku. Niespodziewających się niczego (oprócz oczywiście nowej porcji świeżo upranej bielizny) opryszków schwytano na strychu domu przy ulicy Foksal numer jeden. Było ich trzech, lecz… no pech…

Wzięci na spytki zaczęli dość szybko sypać: wtedy też na jaw wyszła szokująca prawda, że dopuścili się oni trzydziestu kradzieży bielizny w Lublinie! Rozeznanie w tym, co można ukraść  mieli zaś od niektórych praczek, które – być może za udział w reformach (lub innej garderobie) – były z nimi w zmowie. Dzisiaj, na szczęście, prawdziwych praczek już nie ma, ale – na Waszym miejscu – nie cieszyłbym się zbyt szybko: wszak nastaje właśnie era inteligentnych urządzeń AGD, obdarzonych coraz to większymi umiejętnościami. Kto Wam da gwarancję, że za jakiś czas Wasza inteligentna pralka z dostępem do Internetu, nie nawiąże przez Sieć kontaktu z mafią bieliźnianą? Pamiętajcie, ostrzegaliśmy!

Lublinianie mogli odetchnąć z ulgą…

Ale niektóre pytania do dzisiaj nie znalazły odpowiedzi:

  1. czy złodziei było tylko trzech, czy też mieli wspólników, którym udało się uniknąć karzącego ramienia sprawiedliwości?
  2. na co skazano pojmanych: czy nie – na przykład – na pracę przymusową w zakładzie pralniczym, gdzie mogli nadal dać upust swym chorym skłonnościom?
  3. czy skradziona bielizna wróciła do prawowitych właścicieli? (bo jeśli nie, to po co Święto Odzyskania?)
  4. kto to przeczyta(ł)? (bo skoro doszedł do tego miejsca, to jest szansa, że jednak przeczytał).

„Głos Lubelski”  nr  70 z 13 III 1918 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Soli marność…

 

„Jam nie z soli i nie z roli,

jeno z tego co mnie boli”.

Ech, Czarniecki, żeś przysolił…

bo żeś z siebie myśl wyzwolił,

co – przyznajmy wszyscy szczerze –

może dobrze na papierze

pisać da się – w dobrej wierze…

A nas wszystkich dzisiaj boli

właśnie nadmiar owej soli!

A na koniec przyszła pora,

by napisać coś o borach:

on ci nigdy nie pomoże,

gdy zawołasz „O mój Borze!”

(wyjaśnijmy jeszcze raz:

bór to zwykły… bór to las!).

„Kurier Lubelski”  nr  42 z 11 II 1958 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Wilki i owce

Dziś ponownie cofamy się do roku 1958: w Lublinie zrobiło się wtedy naprawdę niebezpiecznie, kiedy okazało się, że:

O Borze! (To taki las przecież)

Ale dzisiaj wiadomość ta nie robi już na nikim wrażenia, bo po tym jak wilki całkowicie opanowały miasto (wszelkie urzędy, instytucje i inne niespodziewane miejsca), Lublinianie starają się ich po prostu nie zauważać. Nie jest łatwo, ale c’est la vie. Chociaż z tym radzeniem – jak widzicie – też różnie bywa, i dlatego też:

Mimo to…

 

Ale – mimo wszystko – (nie) tylko koni żal…

„Kurier Lubelski”  nr  60-61 z 2-3 III 1958 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej i Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

 

Lublin w okowach…

…zimy. Aż chciałoby się wykrzyknąć O Borze! (to taki las…) ależ pieruńsko zimno, ale… się nie wykrzyknie: wszak jest zima i musi być zimno. Tak jest teraz, tak było i kiedyś w Lublinie (w innych miejscach takoż). Sześć dekad temu miasto znalazło się więc w zimowych okowach, co z lubością relacjonował ówczesny „Kurier Lubelski, zwracając uwagę na plusy tej sytuacji:

  • że miasto w nocy ładniejsze (to prawda, lecz nie tylko nocą, bowiem śnieg świeży ma tę magiczną właściwość skrywania wszelkich nieporządków miejskich, że w śniegu świat zawsze piękniejszy);

  • że dzieci śniegiem się cieszą (czy i dzisiaj? Bo raz, że często nie wiedzą, czym się cieszyć, dwa, że dzieci na dworze…?, a trzy… podobno za spacer po Saskim z dzieckiem będzie się dostawać mandaty… ).

Zauważa też kurier minusy zimowej aury:

  • że autobusy w szczerym polu, w sen zimowy po zaspach zapadają;

  • że z zaopatrzeniem w odzież zimową kiepściutko, oj kiepściutko…

  • że śniegu się tak nie sprząta (a no napisali…)

A puenta? Zamarzła, bo nieogacona w porę…

P.S.

„Kurier Lubelski”  nr  25 z 25 I 1958 r. i „Gazeta Gdańska – Echo Gdańskie” z 24 II 1928 r.

Ilustracje własne, ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej i Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

 

Krym I Nał

On to…

Jan Niecisław Baudouin de Courtenay (1845-1929), jeden z najwybitniejszych polskich językoznawców, miał powiedzieć, że uczony dążyć powinien tylko do prawdy, bez względu na to, czy wyniki tego dążenia będą przyjemne, czy też nieprzyjemne. Daleko mi wprawdzie do miana uczonego, ale w dążeniu do prawdy nie ustaję. A prawda na dzisiaj jest taka, że nie ma za bardzo o czym w Kurierze pisać… Dalibóg, tak jest w istocie! Los – ten okrutny włodarz ludzkiej kondycji –  sprawił, że wybór tematów do Kuriera jest dzisiaj żaden, bo do wyboru jest jeno materiał z roku 1938. Czemuż rwę szaty? Bo jakiż to wybór…

Dziś jednak,  jak śpiewał swego czasu zespół Vox, los mnie w drogę pchnął i ukradkiem drwiąc się śmiał… A śmiejąc się, pchnął w ramiona „Głosu Lubelskiego” z 25 stycznia  1938 r. (nie pytajcie dlaczego akurat ta data, bo i tak Wam nie zdradzę!),  w innych gazetach z tegoż dnia, nie uświadczyłem niczego godnego uwagi poza – przytoczoną poniżej – smutną historią kryminalną – O Borze… (to taki las! (bo SzyszK.O. zgas(ł))) <— widzicie potrójny nawias!

Skryjmy się zatem w cieniu szubienicy…

P.S. Myślałem, że chociaż reklamą kina Apollo rzucę trochę radosnych promieni na dzisiejsze wydanie „Kuriera”, niestety, dama pikowa skutecznie mnie od tego odwiodła… Może więc w poszukać odrobiny radości w królestwie zakochanych? Niełatwa to rzecz*, bo filmowa  Rurytania to fikcyjne królestwo…

* – lecz nikt nie mówi, że niemożliwa!

Kadr z filmu The Queen’s Affair (Królestwo zakochanych)

 

„Głos Lubelski”  nr  29 z 25 I 1938 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej, Wikipedii i IMDb
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Post Navigation