Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the month “Kwiecień, 2016”

Dowód contra odkurzaczom osobliwie podany

PK 1936 nr 32

Przewodnik Katolicki 1936, nr 32

Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

A na placu (Bychawskim) w dzień targowy, takie słyszy się rozmowy…

Płomienie sięgały trzeciego piętra, a słup czarnego, tłustego dymu wznosił się pod niebiosa. Pożar ogarnął błyskawicznie… coś tam z pewnością ogarnął, ale z pewnością nie w Lublinie 13 kwietnia roku 1916. Tego właśnie dnia w Lublinie nie zanotowano dużych pożarów i straż ogniowa musiała wyjechać jedynie na Olejną 5, gdzie zapaliło się drzewo, złożone przy piecu oraz na Grodzką 24, gdzie zapaliła się słoma i parkan drewniany. Oczywiście oba pożary zostały bardzo szybko ugaszone przez straż.

1

Charakteru dramatycznego nie miały też wydarzenia z ulicy Bychawskiej i z placu Bychawskim zwanego, opisywane tegoż właśnie dnia przez Ziemię Lubelską. A doszło tam, z polecenia magistratu, do przeniesienia targu. Ten istniejący dotychczas na ul. Bychawskiej (wiodącej do przejazdu) na Piaskach, przeniesiono na plac Bychawski (po prawej stronie ul. Foksal, przy rogatce). Zadowolenie magistratu z „dobrej zmiany” nie znalazło przełożenia na zadowolenie adresata tejże, czyli ludności zwykłej (jak zwykle zresztą). Tym razem niewdzięczność władzy okazali handlarze i przekupnie (gorszy sort?), twierdząc, że na nowem miejscu jest im ciasno. O Borze (to taki las), co za ludzie!

2

Nie wspominał nic o targowych placach Kofta Janusz, lecz wołał jedynie o ogrodów niezapominanie. Odpowiadając na to florystyczne wezwanie skreślmy słów kilka o projektowanym ogrodzie na lubelskich Bronowicach. Rzecz dotyczyła urządzenia ogródków dla dziatwy z ochronek oraz dla młodzieży studiującej w szkołach botanikę. A ponieważ zbytecznym byłoby szeroko omawiać oczywisty pożytek z założenia podobnych ogródków, zatem omawiać go nie będziemy. Wspomnimy jedynie, że na cel założenia takiego ogródka ofiarowano już plac za kościołem na Bronowicach do plantu kolejowego. Jednakowoż placu darowanie  dopiero sprawy całej początkiem było. Bo rzecz pierwsza, to że plac taki musi być ogrodzony. A to niestety w czasach obecnych pociąga za sobą znaczny wydatek. Sczęśliwie w każdych czasach znaleźć można ludzi życzliwych i skłonnych do pomocy: w kwietniu roku 1916 takim człowiekiem okazał się dyr. Halicki, który na ogrodzenie placu przeznaczył dochód z piątkowego przedstawienia „Rewizora”. W tej sytuacji pozostawało już jedynie mieć nadzieję, że na piątkowem przedstawieniu zgromadzi się dostateczna ilość widzów, sympatyzujących z tym projektem, by prace w zakładanym ogródku mogły być natychmiast rozpoczęte. Serce rośnie, nieprawdaż?!

3

4

Może i prawdaż… Ale życie ma różne strony, również i te mniej przyjemne… zwracamy uwagę na brudy i nieporządki panujące na podwórzu i klatkach schodowych domu Waksmana przy ul. Ruskiej 3. Listy lokatorów w tym domu niema, a brama przez całą noc stoi otworem.

5

Dyr. Halicki i pan Waksman… Dr. Jekyll i Mr. Hyde po lubelsku…

 

Ziemia Lubelska z 13.IV.1916 r. (Nr 181)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Problem wielki ubogiej Marcelki

Jak to mówią: kwiecień plecień, bo przeplata… trochę… Trochę? Żadne tam trochę! Plecie ten kwiecień całkiem sporo. Jest tak i było również przed laty, w roku 1936. Oto w numerze 94 z 2 kwietnia roku 1936 „Głos Lubelski” przedstawił ciekawe i dosyć oryginalne rozwiązanie polskich problemów motoryzacyjnych, proponując… furmanizację kraju.

1

Źródłem pomysłu stała się informacja o wzrastającym ruchu furmanek na trasie Warszawa – Brześć, czemu sprzyjały dwa czynniki: niska cena paliwa furmankowego (czyli owsa) oraz bezrobocie na wsi, skłaniające ludzi do poszukiwania dodatkowego zarobku. Koszt podróży trasą liczącą xx km wynosił tylko 5 zł – musiała być to cena konkurencyjna w stosunku do nowocześniejszych sposobów podróżowania, jako że liczba furmanek obsługujących trasę brzeską wciąż wzrastała. A że czas podróży nie był w tym wszystkim sprawą najistotniejszą…

            Ile by ta podróż nie trwała, dotarliśmy w końcu do Lublina, gdzie dziś spotykamy Marcelkę. Marcelka była niewidomą żebraczką, która od dłuższego już czasu włóczyła się po mieście.

23

W swych wędrówkach po lubelskich brukach natykała się co rusz na gromady wyrostków wałęsających się całemi dniami po ulicach miasta, którzy nieustannie Marcelkę zaczepiali i drażnili. Marcelka nie pozostając im dłużna klęła i wymyślała w najordynarniejszy sposób, po prostu aż uszy więdły. A co gorsza na te wymysły i przeklinanie nikt z przechodniów nie reagował. Szkoda tylko, że Redakcja nie chciała zauważyć, że na, równie naganne, zachowanie wyrostków też nikt nie reagował i że piszący te słowa dziennikarz prezentował dość jednostronne podejście do problemu, co można dostrzec w zaproponowanym przez „Głos” rozwiązaniu problemu: Należałoby zająć się tą nieszczęśliwą kobietą i umieścić ją w przytułku dla starców i kalek, gdyż niepodobna dalej tolerować takiego zgorszenia. Gwoździem programu jest, w tym kontekście, propozycja obłożenia nieszczęsnej Marcelki karą administracyjną. Tym niemniej, w zakończeniu artykułu, znajdujemy konkluzję, że Marcelce można pomóc i że powinno tym się zająć Lubelskie Towarzystwo Dobroczynności, bo przecież dla takich ludzi powinno zawsze znaleźć się miejsce.

            A czy wiecie, że tygrysy boją się niebieskiej farby? O Borze! (to taki las)

4

 

Głos Lubelski  z 2.IV.1936 r. (Nr xx)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Post Navigation