Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the month “Luty, 2016”

Ballada druga tunelowa

Tunel nigdy się nie kończy? Wszak to noc, która trwa chwilę krótką. Po czym jest już raniutko. Jednak nie w Lublinie. Problem to nie nowy: oto 25 lutego 1946 r. w „Gazecie Lubelskiej”, w rubryce Listy do Redakcji, ukazał się list Czytelnika zatytułowany Uporządkować wejście do tunelu. Pierwsze lata powojenne to czas upowszechniania się nowej nomenklatury: na szpaltach gazet zaroiło się od towarzyszy i obywateli – takie nadchodzą były czasy… Wielce Szanowny Obywatelu Redaktorze! zaczynają swój list Mieszkańcy za Tunelem, po czym – komplementując „Gazetę” – proszą Redakcję o zamieszczenie niniejszego listu w swym poczytnym piśmie.

1

W następnym zdaniu Mieszkańcy przekonują, że są ludźmi niezwykle szczęśliwymi: mamy szczęście mieszkać w dzielnicy „za Tunelem”, po czym przystępują do opisu swojej codzienności: mieszkańcy tej dzielnicy muszą przebywać tunel przynajmniej dwa razy dziennie, spiesząc do pracy, do miasta, lub na Targ przy ul. Pocztowej i z powrotem. Tu przerywamy narrację Mieszkańcom, by przybliżyć Czytelnikowi ówczesną sytuację: rok 1946 to kolejny już rok od czasu, kiedy to okupant niemiecki został zastąpiony okupantem sowieckim. Miasto jest zrujnowane i zdewastowane, głód i bieda są na porządku dziennym: ludzie żyją z dnia na dzień… Luty – zima sroży się w najlepsze. Tunel przy Kunickiego w roku 1946 osiąga pełnoletniość – zbudowano go zaledwie osiemnaście lat wcześniej, w roku 1928. I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie pojawiła się ona: Zima Czarodziejka! Od pewnego czasu miejsce, gdzie znajdują się schody przy tunelu – o dziwo! Zima Czarodziejka zamieniła na tor saneczkowy! Zima znów zaskoczyła. I tu pojawił się problem, ponieważ nie wszyscy mieszkańcy wspomnianej dzielnicy posiadają sanki lub narty. No właśnie, z tego powodu zjazd odbywa się wbrew zasadom sportu zimowego. Miast sprzętu narciarskiego, przechodnie używają różnych części ciała. Zjeżdżają na kolanach, plecach, brzuchu lub… Hmm, na du… pierwszorzędną zabawę mieli i narzekali? Dziwne, zaiste. To samo dzieje się na schodach prowadzących na Plac Targowy. Mieszkańcy nie chcieli jednak zamykać otwierającej się szansy na rozwój sportów zimowych: w celu ułatwienia mieszkańcom dzielnicy „za Tunelem” przebycia schodów zasypanych śniegiem, prosimy tą drogą Zarząd Miejski – Wydz. Gospodarczy (obecnie byłby to Departament Kultury, Sportu i Relacji Zewnętrznych Urzędu Miejskiego [zamierzona ironia]) o otwarcie wypożyczalni sanek lub nart. Zdając sobie najwyraźniej sprawę z tego, że, mimo wszystko, schody mogą nie spełniać standardów nowoczesnego obiektu sportowego proponują Zarządowi Miejskiemu: skasowanie toru saneczkowego i urządzenie takowego gdzieś w innym, więcej odpowiednim miejscu. List kończą wyrazy głębokiego szacunku i poważania.
Redakcja „Gazety” uznała postulaty Mieszkańców za Tunelem za słuszne i b. na czasie, wyrażając nadzieję, iż Zarząd Miejski zainteresuje się nie tylko tą sprawą, lecz również i fatalnymi warunkami dla komunikacji pieszej w innych częściach miasta, których ofiarą padają przechodnie.

Czy Zarząd Miejski wziął sobie do serca te słowa? „Dziennik Wschodni” pisał w styczniu roku 2016 o rzeczonym tunelu: Nowe przejście jest, ale nie dla wszystkich. Ani osoby na wózkach inwalidzkich, ani te z wózkami dziecięcymi nie mogą przejść nad ul. Kunickiego po odnowionym przez kolej wiadukcie. Dla pozostałych to całkiem wygodny skrót.

2

A może wystarczyłoby zadzwonić… ale gdzie? No, gdzie trzeba! O Borze! (to taki las) wszędzie jest to możliwe, wszędzie, tylko nie w Lublinie: Telefon, ten cudowny wynalazek, pozwalający nam na błyskawiczne pokonywanie przestrzeni stracił w naszym drogim Lublinie całkowicie rację bytu czytamy w artykule zatytułowanym: Telefon, Lublin i… cierpliwość. Autor, skrywający się pod inicjałami JD, pisał: Nie mamy tu ogromnych odległości, ot, np. chce człowiek porozmawiać z dworcem kolejowym, siedząc w redakcji gazety. Całkiem naturalne człowieka pragnienie, nieprawdaż? Na dworze czaruje Zima Czarodziejka: za oknem śnieg, zawierucha, samochód – jak zwykle – odmawia posłuszeństwa: szanowna „Dekawka” (czyli coś w rodzaju samochodu) w remoncie, więc naturalnie mamy zamiar skorzystać z telefonu. Coś w rodzaju samochodu to pojazd wyprodukowany przez niemiecką firmę DKW: stąd nazwa dekawka. Akronim DKW w Polsce złośliwie tłumaczono jako dykta, klej i woda, odnosząc się tym samym do prostej konstrukcji tych aut.

1Lubelska książka telefoniczna z roku 1945

I wtedy zaczyna się prawdziwa tragedia – w tym miejscu JD przechodzi do istoty dramatu – warto zwrócić uwagę na to, ile emocji w człowieku wywołać może próba nawiązania rozmowy telefonicznej. W owych czasach, by uzyskać połączenie telefoniczne, należało podnieść z widełek słuchawkę i wykręcić żądany numer (żadnego stukania, klikania czy macania ekranu). Podnosimy słuchawkę – nie ma sygnału. Czekamy chwilę i ponawiamy próbę z takim samym skutkiem. Zaczynamy się troszkę denerwować: serce wali w przyspieszonym tempie, na twarz występują rumieńce; zdejmujemy znowu słuchawkę z widełek, tym razem nieco energiczniej – nic, cisza. Zaczyna się robić nerwowo: Potrząsamy aparatem, uderzamy nim kilka razy rytmicznie w stół i o ścianę (aparaty były solidne, ebonitowe), tak na zmianę: raz stół, raz ściana! w końcu – jest! Absolutnie oszałamiający sukces – jest sygnał! Przeciągłe „buczenie” daje nam znać, że możemy się połączyć. Oddychamy z ulgą pełną piersią, wykręcamy żądany numer i… nowe rozczarowanie – bo sygnał to dopiero początek.
„Hallo, czy to dworzec kolejowy? O której odchodzi pociąg do…?” Oto kolejny zwrot akcji: Słuchacz „po drugiej stronie” przerywa ci słodziutkim głosem (to chyba słuchaczka) „Obywatel chce dworzec? Tu zakład pogrzebowy! Mamy eleganckie trumienki na składzie! Może potrzeba?” JD zamiast do np. Ciechocinka, powędruje chyba w zaświaty… Trudno więc dziwić się narastającej irytacji: Zwróć się pan do Zarządu telefonów, to dostaniesz hurtowe zamówienia dla abonentów” – krzyczysz z wściekłością i rzucasz słuchawkę. Po fazie buntu, pojawia się rezygnacja. I – być może – akceptacja: Rezygnujesz z telefonu, naciskasz czapkę na oczy i wędrujesz (per pedes apostalorum) na miasto. Po drodze o mało nie straciłeś życia: pod same stopy spada ci aparat telefoniczny, wyrzucony energicznie z drugiego piętra (ha!, dobre, dobre…). Uśmiechasz się tylko! Już wiesz, co to znaczy! W tym miejscu JD uśmiecha się z gorzką ironią: Gorzej, gdy zdarzy się jakiś wypadek w mieście! Zanim wezwie się pogotowie, chory może umrzeć! Wtedy zupełnie aktualny będzie zakład pogrzebowy! (Choć wcale nie ma gwarancji, że dzwoniąc do zakładu pogrzebowego, nie dodzwonicie się do Żuka Skarabeusza…).
Antyfona telefoniczna pod adresem Zarządu Telefonów kończy się wezwaniem: jeśli nie możecie nic poradzić, aby usunąć uszkodzenia, to zamieńcie abonentom lubelskim aparaty telefoniczne przynajmniej na rowery! Nie wymagamy samochodów, bo może nie wytrzymałoby to kalkulacji! Jeśli nie możecie nam dać rowerów, to przydzielcie nam chociaż dobre buty! Bo wędrując pieszo, prędzej załatwimy pilną sprawę, niż przy pomocy lubelskiego telefonu.

Nie wiemy, czy Zarząd Telefonów ustosunkował się do całej tej sytuacji – tym niemniej olbrzymia popularność Lubelskiego Roweru Miejskiego nie wydaje się być przypadkową…

Gazeta Lubelska z 25.II.1946 r. (Nr 56)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Ballada tunelowa

1Tunel to, jak gdyby, taka noc na niby. Noc trwa chwilę krótką i wnet jest raniutko. Słowa te pojawiały się już w „Gabinecie”. Tym razem pretekstem do ich przywołania jest reklama ostatniego seansu w kinoteatrze „Oaza” – 21 lutego 1916 r. wystawiono (wyświetlono) „Tunel”. Trudno powiedzieć czy był to film czy performance innego rodzaju: nie żądajcie odpowiedzi, bo… o Borze – (to taki las!) – sorry: taki mamy gorszego sortu klimat, że nawet norki skryły się do norki. Warto odnotować, że reklama owego „Tunelu” krzyczała dużymi czcionkami zarówno ze szpalt „Głosu Lubelskiego”, jak i konkurencyjnej „Ziemi Lubelskiej”.
A co ponadto wydarzyło się w ówczesnym Lublinie? W mieście – jak pamiętamy – kolejny rok znajdującym się pod okupacją i cierpiącym na niedostatki spowodowane wojną, zwykli ludzie przeżywali dole i niedole dnia codziennego.

POCZ_U_33_0006Był luty – zima w pełni…

2I wtedy właśnie Ignacy Rola ukradł zelówki. No… nie tyle ukradł, co za rzeczoną kradzież skazany został przez Sąd Pokoju II Okręgu m. Lublina na 3 miesiące więzienia. Co się dziwić, wszak warunki były trudne i każdy starał się radzić sobie na własną rękę.

3O wiele cenniejszą od zelówek zdobycz stanowił węgiel: Na stacyi Lublin żandarmi schwytali na gorącym uczynku kradzieży węgla z wagonu Henryka D [nieczytelne]. H.D. po spisaniu odpowiedniego protokołu został osadzony w areszcie policyjnym.

456Być może Pan Henryk, uciął sobie pogawędkę z Heleną Gągot – mieszkanką Świdnika Dużego, odsiadującą 1 tydzień aresztu policyjnego za obrazę sołtysa oraz z Mordką Mandelem, skazanym na 15 dni aresztu za kupno kradzionych rzeczy. W areszcie przebywali w tych dniach również awanturnicy: Ortman Szloma awanturował się na ulicy, Ruchla Goldgrau i Bejla Runtman – w szpitalu św. Józefa. To akurat nie dziwi mnie wcale: ostatnimi czasy zdarzyło mi się kilkukrotnie odwiedzić, wraz z Żoną, placówki tak zwanej „służby zdrowia” i nie raz miałem chęć dać komuś w papę (i nie mam tu na myśli rolki z papą).

7Do aresztu zapuszkowano również dwóch specjalistów od kradzieży kieszonkowej: Zyserman Berek połakomił się na papierosy z kieszeni pana W. Kwatka Hersz już sięgał do kieszeni pana K.H.; jednak K.H. zachował czujność i oddał sprawcę w ręce władz policyjno-wojskowych dla ukarania.

8Tymczasem na ulicy Żmigród doszło do kolejnej spektakularnej kradzieży: oto Wacławowi Orłowskiemu, nieznani sprawcy zwędzili, być może z myślą o wędzeniu, 60 funtów słoniny (ok. 24 kilogramów) wartości 200 koron!

9Dajmy już jednak pokój kradzieżom, zauważając jedynie, że – tym razem – nie dokonano żadnego bezprawnego zaboru bielizny i przechodząc do zagadnień porządku i braku tegoż. Głos w tej sprawie dała redakcja „Głosu” (Lubelskiego): proszeni jesteśmy o zwrócenie uwagi, że w domu Nr 84, przy ul. Bychawskiej urządzono na podwórku formalny śmietnik, z którego wyziewy zarażają powietrze. Zarażanie powietrza to nie tylko przenośnia: w domu tym notowano już parę wypadków zachorowań na tyfus plamisty.

1„Ziemia Lubelska” podaje dodatkowe szczegóły tej śmierdzącej sprawy: Józef Polenicki, właściciel domu przy ul. Bychawskiej 84, w którym było już kilka wypadków zasłabnięć na choroby za[raźliwe], został pociągnięty do odpowiedzialności sądowej za brudne utrzymywanie swego domu. Trudno dziwić się surowości wymiaru sprawiedliwości w przytoczonej sprawie: złe warunki sanitarne w ogarniętym wojną kraju sprzyjały szerzeniu się wielu groźnych epidemii.

2Na Kośminku, tymczasem, doszło do omal nie katastrofy: cudem tylko ogień nie strawił krewnych Mieczysławy Delakowej, przybyłych do niej z Galicji. Delakowa, napaliwszy w piecu, wyszła do miasta, zostawiając w domu śpiącą rodzinę: od rozpalonego pieca zajęła się stojąca obok szafa z ubraniem, czego nie zauważyli śpiący goście. Na szczęście jednak, współmieszkańcy: ujrzeli płomienie i dym i zdążyli na czas wynieść z płonącego mieszkania uśpionych i nieprzytomnych z zaczadzenia [gości] oraz ugasić ogień.

3Sto lat temu w Lublinie… podobnie jak na rosyjskiej widowni wojny: nic ważnego nie zaszło i niema żadnych ważniejszych wiadomości.

4

Głos Lubelski z 20.II.1936 r. (Nr 49) i Ziemia Lubelska z 20.II.1916 r. (Nr82)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej i Narodowego Archiwum Cyfrowego
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Warto być uprzejmym!

PK 1936 nr 28

Przewodnik Katolicki 1936, nr 28

Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Autobus z Radzynia jednak nie przyszedł…

Zazgrzytało, zaświstało (choć mógłbym przysiąc, że i załomotało), po czym zapadła cisza. Nareszcie – pomyślałem z ulgą i spojrzałem na tarczę chronometru ­– i to by było na tyle, jeżeli chodzi o dobre wiadomości… chronometr znowu pokazywał rok 1936. Miałem nadzieję, że ten dzien, 8 lutego, przyjdzie mi spędzić w innym roku. A tu tylko trzydziesty szósty i trzydziesty szósty! No cóż, los znów zadecydował inaczej. Jakby już nie wystarczyło nieszczęście o nazwie Lublin. Wyjątkowo pechowe, by nie rzec przeklęte. Zarzuciłem na plecy cieplutki paletocik, wzułem buty, czapkę na głowę i rękawice… na ręce i ruszyłem na miasto.

SM0_1-G-3845Zima na Placu Litewskim

Ale tu śniegu!

1

Śniegi jakie padają od paru dni w lubelskiem, nie są bynajmniej takie małe jakby się zdawało ludziom w mieście, gdzie śnieg topniał przez szereg dni i utrzymuje się dopiero od wczoraj. Czyli, że co? Że gdzieś jest gorzej niż w Lublinie? Na prowincji śniegi są duże, a zaspy potworzyły się na drogach tak wielkie, że spowodowały poważne utrudnienia w komunikacji. Znów zima zaskoczyła drogowców? Najwyraźniej tradycje w zaskakiwaniu liczą już sobie co najmniej 80 lat. Nieźle. Jeśli chodzi o komunikację samochodową, to Lublin jest w tej chwili niemal odcięty od świata. Jeśli jeszcze trochę busiarze posabotują Polskiego Busa, to tak się właśnie skończy… Funkcjonują tylko dwie linje: na Kurów-Warszawa i na Puławy-Kazimierz-Opole. Reszta linji została unieruchomiona od czwartku. Rzeczywiście, dała się zima ludziom we znaki, a teraz to wystarczy, że lada śnieżek poprószy i już klęska narodowa. Na pewno o wielkim szczęściu mogli mówić podróżni wybierający się do Radzynia – dziś rano odszedł jeszcze autobus do Radzynia, ale już wracający do Lublina mieli olbrzymiego pecha: autobus z Radzynia jednak już nie przyszedł… Ale kto by tam chciał w taką pogodę jechać do Radzynia: to nie mój problem, ja tylko do Lubartowa chcę skoczyć na chwil kilka. Lecz cóż to?! Dokumentnie zasypane! „Natomiast na linji lubartowskiej na dziesiątym kilometrze od Lublina, ugrzązł wczoraj autobus, który nie może przedostać się ani w jednym ani w drugim kierunku. Dobrze przynajmniej, że w ogóle można te kilometry jakoś przebrnąć, dzięki czemu przynajmniej pasażerowie dotarli do Lublina na piechotę. Ale autobus pozostał w polu. Zatem nici z podróży do Lubartowa.

SM0_1-U-3461-1Mimo trudnych warunków pogodowych, podjęto próbę przywrócenia normalnej komunikacji samochodowej: Na niektórych linjach autobusowych próbują obecnie rozkopywać zaspy, tak że niedługo podjęte będą próby uruchomienia tych linji. Nieustannie padający śnieg i wiejący wiatr czynił te wysiłki daremnymi: ponieważ jednak śniegi padają z małemi przerwami dalej, a wiatr zdmuchuje śnieg z miejsc odsłoniętych – nie wiadomo czy rozkopywanie miejsc da rezultaty. I dlatego też trzeba się (…) liczyć z kilkudniową przerwą w ruchu autobusowym.

Pomyślałem, że nic tu po mnie – rzeczywiście rok 1936 nie był najlepszym pomysłem. Spróbujmy zatem szczęścia w innym czasie… wróciłem do Wehikułu: szast, prast, świst, zgrzyt… rok 1916!

1Śnieg się jeszcze dobrze nie roztopił na mym szykownym paletociku, a już ponownie wychodziłem na miasto. – Co za smród! – ledwie zdążyłem pomyśleć i już leżałem na plecach w stercie pośniegowego błota. A niech mnie, co tym razem?!

Z miasta. (j) Na ulicach naszego miasta leżą po bokach kupy śniegu i błota, które zwolna topniejąc, wydzielają niemiły zapach i zarażają powietrze. Zacząłem się zastanawiać, gdzie są służbypo prostu, nie mogłem wyjść ze zdumienia, kto za to wszystko odpowiada? Zgadzam się z tym, że „należy je jak najrychlej usunąć i wywieźć za miasto”.

SM0_1-U-3467Za dużo, jak na jeden dzień, tych wszystkich podróży temporalnych. Czas zbierać manatki i wracać do 2016.

Wiiizg, śliiizg, stuku, puku… ­– Ok, wychodzę na miasto – wyszedłem – O Borze! (to taki las…)

 

Głos Lubelski z 8.II.1936 r. (Nr 36) i Ziemia Lubelska z 8.II.1916 r. (Nr 59)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej i Narodowego Archiwum Cyfrowego
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Ryba (chyba)

PK 1936 nr 27

Przewodnik Katolicki 1936, nr 27

Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Powiedz, powiedz, błagam w męce!” Kruk odrzecze: „Nigdy więcej.

Ze wspomnień redaktora Pielesza:

Rankiem 6 lutego 1936 r. wzniósł się nad Lublinem gromki mieszkańców okrzyk: „Chaaaliera jaaasnaa! Ot i znów podeptali!” Wiatr złowieszczo zawodził, trzaskając niedomkniętymi okiennicami. Na sznurach rozpaczliwie łopotały pojedyncze sztuki nierozkradzionej jeszcze bielizny. Kogut na wieży furgotał zmieszany: Quo vadis Wędrowcze, jakie masz plany… Arma Gideon z chichotem zacierał ręce… – w tym miejscu przerwał, nie pozwalając, by niczym nie skrępowana fantazja opanowała szpalty „Głosu Lubelskiego”. Przekreśliwszy tekst z rezygnacją, rozpoczął nową linijkę: Niszczenie plantacji miejskichtak, taki neutralny tytuł może być jak najbardziej – pomyślał. Trzeba by teraz przypodobać się chlebodawcom i napisać o nich coś pochlebnego – dumał, przygryzając ołówek – ostatnio jak dowaliłem Zarządowi za dziury na Granicznej, Pan Prezydent nie był zadowolony – wzdrygnął się odruchowo – dobrze, że jest wyrozumiały, bo mógł zabić… . Hmm, to może tak: „Zeszłego roku Zarząd m. Lublina regulując ulicę Zamojską, uporządkował miedzy innemi i skarpy boczne, obkładając je pięknie darniną, przez co ulica Zamojska uzyskała piękny wygląd, miły dla oka ludzkiego.”

POCZ_U_4937_0010

– Teraz powinien być zadowolony – skonstatował pochłaniając kolejny centymetr ołówka – swoją drogą, po co cały czas regulować te ulice? Nowy wiek już w pełni… wieku (dziwne sformułowanie, ale mi się podoba), ludzie tu obok mieszkający, chodnika nie mają: co wiosna w błocku toną okrutnym, lampy wszystkie nie palą się, nieczystości – dla braku kanalizacji – po ulicach rozlewa się, a ten (cholera!) Technokrata pier…wszypsuj jeden, kwiatki wtyka w latarnie! Chyba jaki ułomny… jeśli uważa, że ulice nie dla ludzi są… Tylko patrzeć, a zabroni nam mostami chodzić, bo stwierdzi, że są do tańczenia … – zarechotał, omal nie połykając ołówka – … nie, tu chyba mnie trochę poniosło, bo przecież takim kretynem nie jest. No dobra, wracajmy do artykułu – spoważniał w jednej chwili, jakby obawiając się, że jego myśli są na podsłuchu (były, choć 7 luty jeszcze nie nadszedł) – skoro Miasta nie mogę tykać, to komu by tu dowalić tym razem? Wegetarianom? Nie, raczej nikt nie zżera tych trawników… Cyklistom?

POCZ_U_1981

Ale kto uwierzy, że miast jechać po równym, męczą się na skarpie (rzeczywiście miał rację, ale w jego czasach nie było jeszce telewizji po „dobrej zmianie”). O psach już pisałem przy Saskim, a koty są teraz nie do ruszenia (sorry, taki mamy klimat). Już wiem! Dzieci! Nie mogą się bronić więc…: „Nie wiele to pomogło, bo oto dzieci, uczęszczające do szkoły powszechnej, mieszczącej się przy ul. Miedzianej nic z sobie z napisów nie robią i łażą po trawnikach, a głównie po skarpach i psują takowe, obsuwając darninę”. W myślach już zacierał ręce, przygryzając kolejne centymetry ołówka. – A teraz dowalę szkole – uśmiechnął się w duchu – to teraz takie modne: „Jak z tego widać, dzieci te niewiele korzyści wynoszą ze szkoły, gdzie poza nauką czytania i pisania…”, czytania? – żachnął się, tym razem bez udziału ołówka – przecież „nic z napisów sobie nie robią”, czyż nie napisałem? Napisał.  – A dlaczego? BO NIE UMIEJĄ CZYTAĆ! Niezła mi szkoła… Gdzie to ja skończyłem… A tak! O wychowaniu teraz: „…powinne być wychowywane na pożytecznych obywateli kraju, a nie szkodników społecznych, ponieważ szkoła, w naszem rozumieniu, powinna być jednym z głównych czynników wychowawczych.” Nieźle napisane! – pokraśniał z dumy – No nieźle, ale co się dziwić – w końcu to ja napisałem! Przerwał rozważania, jako że w tym momencie usłyszał w głowie cichutki szept: r o d z i c e… Z wrażenia zaniemówił, pakując do ust to, co jeszcze zostało z ołówka. Po chwili jednak odzyskał równowagę ducha i przegonił Zdrowy Rozsądek – bo to on podszeptywał – słowami: Mogę ci podać 500 plus nie wiadomo ile jeszcze powodów, że nie masz racji… – Zdrowy Rozsądek czmychnął w jednej chwili: wiedział, że z głupotą nie wygra. Wyjąwszy spomiędzy zębów, pomniejszony o kolejny centymetr, ołówek, wrócił do pisania.

POCZ_U_2831

I od razu wpadł na pomysł idealnego zakończenia: Trzeba dowalić prywatnym właścicielom nieruchomości! To nieważne, że na miejskich gruntach bajzel – entuzjazmował się czekającą go nagrodą – wszak Pan Prezydent zawsze powtarza, że Miasto jest po to, by walczyć z jego mieszkańcami: „Wina jest i dozorcy domu, który pamiętać powinien nie tylko o zamiataniu, ale również dbać o plantacje, położone przy tymże chodniku”. Niechby strzelał do gówniarzy, he, he…  – zaśmiał się triumfalnie. I wtedy połknął ołówek.

1

2

Głos Lubelski z 6.II.1936 r. (Nr 36)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Post Navigation