Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Odgłosy nocy

ODGŁOSY NOCY

Gdy słońce znika za horyzontem i zapada zmrok miasto układa się do snu. A wraz z nim jego mieszkańcy… . No, nie do końca jest właśnie tak jak napisałem. Zazwyczaj bowiem dwie grupy ludzi zadają kłam temu twierdzeniu. Pierwsi to romantycy zapatrzeni w gwiazdy, ci drudzy zaś to wszelkiego rodzaju obwiesie, pod osłoną nocy parający się działalnością przestępczą. Przy czym może pojawić się wątpliwość, do której grupy zaliczyć ludzi pokroju Night Rider. Gdy mówimy Night Rider, nasuwa się nam skojarzenie z pewnym amerykańskim serialem z lat 80-tych, w którym to serialu młody David Hasselhof, składający się w 100% z siebie samego (wyjaśnienie dla zagubionych: DH wszczepił sobie jakiś czas temu mięśnie brzucha, by w Słonecznym Patrolu nie budzić przerażenia nie pierwszą już młodością) ścigał przy pomocy naszpikowanego elektroniką samochodu (czytaj: gadającym i zarozumiałym komputerem, rzec by można pokładowym) przestępców. Otóż David grał rolę niejakiego Michaela Knighta (jakoby rycerza z angielska), a serial ów nosił tytuł „Knight Rider”. Po angielsku Knight (czyli rycerz jakoby) i Night (noc czarna a pomroczna) wymawia się tak samo – a po polsku wymawia się: najt (aczkolwiek podana tu transkrypcja z fonetyką niewiele ma wspólnego). Ponieważ wspomniani Ridersi z Knightami (rycerzami jakoby) niewiele wspólnego mają, do określenia ich bardziej pasuje Night (noc czarna i pomroczna). Młodzieńcy ci (choć umysłem zapewne dzieci jeszcze) zwykli ulicami miast w porze nocnej urządzać wyścigi, za nic mając sobie Policję. Na usprawiedliwienie Policji dodam tylko, że przecież nie może się ona zajmować pilnowaniem prawa i porządku w sytuacji, gdy musi się bronić przed lepiej wyposażonymi – w broń i umiejętności – przestępcami. Ale gdy tylko Policja wyjdzie zwycięską ręką z oblężenia, to ona dopiero pokaże… no, chyba że wyjdzie na tarczy. Inna rzecz, że jeśli policjanci są tak samo dobrze wyszkoleni w kierowaniu pojazdem, jak w używaniu broni palnej, to wcale się nie dziwię, że nawet nie podejmują próby przerwania szaleńczych, nocnych wyścigów samochodowych. Niektórzy zapewne pomyślą, dlaczegóż szaleńcom tym, ktoś miałby zamiar przypisać miano nocnych romantyków, a nie – jeśli nie przestępców (jak zwykło się niekiedy w naszym kraju nazywać osoby łamiące prawo, choćby to było prawo drogowe) – to  przynajmniej rozpuszczonych i rozwydrzonych osobników, którzy nie mają na co wydawać pieniędzy. Jednak zawsze znajdzie się ktoś, kto chuligaństwo wytłumaczy amerykańską legendą, przecudownej urody koni mechanicznych mocą, rykiem silników (który to ryk pieśnią jest, nie rykiem), smrodem spalin i innymi bzdurami jak adrenalina, hormon tarczycy czy też inne wydzieliny ludzkiego organizmu (spory wybór na różne okazje). Nie bronię nikomu doznań takich czerpać, które potrzebnym się mu zdadzą, tym niemniej narażanie bliźnich dla swojego widzimisię z akceptacją moją się nie spotka. A takim narażaniem jest z pewnością wariacka jazda przez środek miasta (nawet jeśli to Lublin). I żadne tłumaczenia, że noc, że chodnikami nie przetaczają się hordy pieszych. A co za różnica, czy przejedziesz człowieka w południe czy o północy (bo np. wyszedł na wieczorną przechadzkę). Reasumując, nocne wyścigi w centrum miasta to raczej z romantyzmem niewiele mają wspólnego, aczkolwiek niewątpliwie Night Ridersów do mieszkańców zmierzających grzecznie, po zachodzie słońca, do swych łóżek zaliczyć nie można. Tak więc, jakby na to nie patrzeć, powyższe twierdzenie jest z pewnością prawdziwe.

Mam nadzieję, że limit przykrych spraw został w tym tekście już wyczerpany i nie będę zmuszonym wspominać o kolejnych wynaturzeniach naszej współczesności. Aby więc zrehabilitować nieco nieszczęsnych Night Ridersów, użyję ich jako literackiej odskoczni do tego, co nastąpi za chwilę. Bowiem z mojego punktu widzenia, a raczej słyszenia, mają osobnicy ci pewną zaletę, a mianowicie taką, że pędząc tych swoich 200 km/h wpisują się niejednokrotnie w dźwiękową atmosferę nocnego Lublina. Oczywiście dla każdego piszącego, opisywanie wszelkiego rodzaju wrażeń: słuchowych, smakowych i wzrokowych nie jest rzeczą łatwą, wybaczcie mi zatem niedoskonałości wynikające ze specyfiki słowa pisanego. Chciałem zatem zaznaczyć, że niejednokrotnie nocną ciszę przerywa ryk silnika rozpędzonego bolidu. Oczywiście nocna cisza to określenie dość względnej natury, a jego wyjaśnienie sprowadza się do zdefiniowania ciszy jako braku hałasu występującego w dzień. A więc wszelkiego rodzaju zgiełku czynionego przez setki samochodów ciągnących przez miasta, ze szczególnym natężeniem przypadającym na godziny szczytu. Tego głównego czynnika powstawania zgiełku nie ma w opisywanej tutaj porze. No, chyba że ktoś mieszka przy ruchliwej trasie międzymiastowej, międzynarodowej lub autostradzie. Niewątpliwie więc cisza nie oznacza w tym wypadku ciszy absolutnej, nazywanej niekiedy „ciszą dzwoniącą w uszach”. Ponieważ jednak idealnej ciszy nigdzie nie uświadczysz, chyba że w warunkach laboratoryjnych, musimy się zadowolić tym co mamy.

Koniecznym zdaje się również uczynienie pewnego zastrzeżenia. Z racji tego, ze Ziemia zwykła poruszać się po niejednakowych torach, orbitach – jak ujęli by to puryści astronomiczni, wokół Słońca, pora nocna nadchodzi o różnych godzinach, w zależności od… pory roku. I tak zimą zmrok zapada już około godziny czwartej po południu, latem zaś i dziewiątej godziny czekać można, nim ciemność nadejdzie. Do tego dochodzą takie czynniki, jak choćby temperatura i wilgotność powietrza, również zależne od tego, czy akurat mamy lato, czy zimę. Zaraz mi ktoś zarzuci, że piszę rzeczy aż nazbyt oczywiste i powszechnie znane. Jednakże, jak widnieje w tytule, zajmuję się tutaj odgłosami, a więc zjawiskami natury dźwiękowej, które to mają do siebie, że niezwykle trudne, o ile w ogóle niemożliwe, jest ich oddanie za pomocą pisma (czy nie wspominałem o tym przed chwilą?). Autor musi więc całą inicjatywę oddać wyobraźni Czytelnika: ten nie powinien mieć raczej problemu z usłyszeniem zdania: Drzewo szumiało (choć z pewnością, każdy z nas co innego może mieć tu na myśli). No cóż, tak jest natura odbierania przez człowieka wszelakich wrażeń, nie tylko tych słuchowych. Ja wiem jak wygląda mój ulubiony kubek do herbaty, wiem jak go widzę. Ale jak widzi go ktoś inny? Czy zieleń namalowanych na nim liści jest dla tej osoby taką samą zielenią jak dla mnie? A może jest ciemniejsza albo jaśniejsza? A może w ogóle nie jest zielenią? Ktoś może się oburzyć: skoro nie jest zielenią dla tegoż osobnika oczywista zieleń, to pewnie jest daltonistą. Z grubsza można zakładać , że gdy mówimy kolor czerwony, wszyscy mamy na myśli podobny kolor, zdefiniowany jako czerwony. Ale dla każdego z nas, jest to inny kolor czerwony, bo ktoś może mieć jeden pręcik światłoczuły, z jakich tysięcy zbudowanym jest oko ludzkie, wygięty mniej lub bardziej. I już mój jaskrawoczerwony sweter, staje się dla tegoż nieco mniej jaskrawoczerwonym. A jak jest naprawdę? Nie sposób stwierdzić tego, nie stając się inną osobą. Takich możliwości nie mamy: mają ją może duchy nieczyste, które ludzi opętywać zwykły, mają też fikcyjni bohaterowie powieści i seriali s-f. W przypadku jednak takich, mniej lub bardziej nieczystych, duchów pojawia się problem: wprawdzie mogą wniknąć w różnych ludzi i patrzeć na świat ich oczami, nie zmienia to jednak tego, że dwa duchy nieczyste mogą widzieć te same rzeczy odmiennymi zupełnie, bo postrzegają w inny sposób, chociażby, kolor skóry opętanego nieszczęśnika? Skoro pewności mieć nie będziemy, poprzestańmy zatem na stwierdzeniu: że świat, w którym żyjemy jest jeden, a jednocześnie jest go parę miliardów: tyle bowiem ile aktualnie istnień ludzkich, tyle też spojrzeń na otaczającą nas rzeczywistość. Ba, dlaczegóż ograniczać się jedynie do ludzi: przecież zwierzęta również postrzegają świat, podobnie jak owady, bakterie, wirusy, pewnie i rośliny i byty inne, o których nic nie wiemy! Okazuje się, że rację mieli ci, którzy upierali się co do istnienia nieskończonej liczby światów na naszej Ziemi! I nie trzeba uciekać się do wymiarów w sensie fizycznym, wystarczy wziąć pod uwagę wymiar każdego bytu…. Starczy już jednak tych wewnątrz nawiasowych manipulacji). Czy będzie jednak wiedział, co mam na myśli, przedstawiając różnicę między gwizdem parowozu przecinającym nocne, rozgrzane lipcowym upałem powietrze, a gwizdem zmrożonym dwudziestostopniowym mrozem? Świadom tych wszystkich ułomności w komunikacji interpersonalnej, wiedząc że niektórych akustycznych subtelności nie uda się mi wyrazić słowem pisanym, postaram się jednak, swój twórczy zamysł przeprowadzić do szczęśliwego końca. A ty Czytelniku zostałeś ostrzeżony i uprzedzony: CAVEAT EMPTOR!

Pierwszą rzeczą jaka nasuwa mi się na myśl w związku z panoramą dźwiękową nocnego Lublina są odgłosy związane z koleją. Uprzedzam, że kolejne odgłosy nie są tutaj przywoływane w żadnym określonym porządku ważności, dlatego proszę się nie bulwersować, że przedkładam dźwięk parowozu nad rechotanie żab. Skoro jesteśmy przy parowozie… . Dźwięk pociągu niknącego gdzieś w oddali, miarowy stukot kół toczących się po torach, mają w sobie coś magicznego i niewyobrażalnego. Czas nocy dodaje temu stukotowi niezwykłej mocy. Powietrze jest czystsze, ciszy nie zakłóca dzienny gwar, więc pociąg może bez przeszkód hałasować. Dość powiedzieć, że dzięki zasadom akustyki, w niektóre letnie noce, nadchodzące po szczególnie upalnych dniach, wydaje się jakby pociąg przejeżdżał tuż obok mojego domu. W dzieciństwie marzyłem o tym, aby linia kolejowa przebiegała w pobliżu domu rodzinnego. Właśnie tak: nie chodziło o to, by przeprowadzać się w pobliże torów, ale by tory pojawiły się w odległości stu, może dwustu metrów od okna. Oczywiście, dziecko nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji takiej, a nie innej, lokalizacji mieszkania; od razu nasuwa się skojarzenie z pewną polską komedią, której bohater mieszkał, zdaje się, przy samych torach kolejowych i za każdym razem, gdy przejeżdżał w pobliżu pociąg, nieszczęśnik zrywał się z łóżka. No chyba, że wcześniej z niego wypadł. Jako że dom stał przy samych torach, w grę wchodziły nie tylko atrakcje dźwiękowe, ale i sejsmiczne.

W trakcie jazdy pociągiem, widuje się niekiedy, wśród pól, samotny dom majaczący gdzieś tam w oddali, pod lasem. Nie wnikając we wszelkie niedogodności związane z mieszkaniem w takiej, dość zapewne znacznej, odległości od ośrodków cywilizacyjnych, a więc daleko do sklepu, lekarza itd. – do lasu jedynie blisko (zaraz, zaraz – jakie niedogodności: toż to same właśnie zalety), takie miejsce na dom wydaje się idealne. Bo pociąg nie przejeżdża przez łóżko, a kontakt wizualny jest z nim zachowany. No i wagony być może się da policzyć. Sama radość!

Zapewne nie zdziwi Cię, Czytelniku, jeśli przyznam, że tak gdzieś do chwili ukończenia szkoły podstawowej, interesowałem się wszystkim, co wiąże się z koleją. Zbierałem więc książki o lokomotywach, wycinałem ze Świata Młodych artykuły o oznaczeniach lokomotyw i wagonów, rysowałem mapy tras kolejowych, także jeżdżąc rowerem udawałem pociąg. Liczenia wagonów przejeżdżających pociągów nawet… nie liczę, bo chyba każde dziecko znajduje w tym zajęciu wyśmienitą zabawę. Ale siódme niebo osiągało się dopiero w lipcu (i w sierpniu), rodzinny – do rodziny w Jarosławiu – wyjazd  odbywał się oczywiście pociągiem. Niepowtarzalne wrażenia. Najpierw niepokój, bo a nuż pociąg odjedzie, my wraz z nim, a rodzice zostaną (to w czasie poszukiwań wolnego przedziału: wiadomo, że łatwiej było jednej osobie przecisnąć się przez tłum podróżnych na korytarzu i zająć – dla reszty z bagażami – jakiś przedział; kiedy więc rodzice znikali gdzieś, w różnych częściach wagonu, nigdy nie było wiadomo czy wrócą), potem walka z Siostrą, o miejsce przy oknie (optymalnie było, gdy przedział dysponował dwoma takimi miejscami), pytanie: „ile jeszcze zostało czasu do końca podróży?” (ciekawe, że dla Ojca zawsze były to dwie godziny (inne źródła rodzinne twierdzą, że trzy)), no i oczywiście najważniejsze: „obserwowanie tego co za oknem”. „Obserwowanie tego co za oknem” dzieli się na: „obserwowanie tego co za oknem na siedząco” w przedziale i „obserwowanie tego co za oknem na stojąco” – na korytarzu. A obserwować można było wszystko: od stacji począwszy, przez rozmaite urządzenia kolejowe: semafory, szlabany, przejazdy, ustawione w sterty płotki przeciwśniegowe, samochody mknące szosą wzdłuż torów, domy i domki, krowy, kury, bociany, lasy w pobliżu torów, lasy na horyzoncie, lasy – gdzie się zaczynają i gdzie kończą, przejeżdżające lub stojące w pobliżu pociągi (najlepiej takie, które przewoziły nowe samochody, traktory lub Inne Rzeczy), a wreszcie miasta, miasteczka, wsie i wioseczki. Można było również, wychylając się przez okno obserwować, przód lub koniec pociągu, co udawało się przeważnie na dużych zakrętach, tam gdzie tory biegły po dużym łuku. W takim miejscu ujawniała się przewaga tradycyjnego parowozu nad wszystkimi lokomotywami spalinowymi i elektrycznymi. Po pierwsze nad parowozem ciągnął się zawsze malowniczy pióropusz dymu, ogarniały go kłęby pary wodnej i po prostu był… no lepszy. Co do pary, to wciąż czerpię estetyczną przyjemność z oglądania wjazdu takiej ciuchci na stację, niestety sceny te można zobaczyć w dzisiejszych czasach głównie na ekranie (pierwszy film w historii kina, nakręcony przez braci Lumiere, uwiecznił po wsze czasy wjazd pociągu na stację). Pociąg wjeżdżał na stację, najbliższe perony tonęły w malowniczych kłębach pary – również i dziś stalowy potwór wpadający ze stukotem kół na peron dworcowy, wciąż robi wrażenie, to dla mnie nie jest to już to samo. Dla podróżnego, postawionego w sytuacji oczekiwania na spóźniający się pociąg, ważnym atutem była możliwość dostrzeżenia go z o wiele większej odległości, niż lokomotywy spalinowej lub elektrycznej – wszystko dzięki wspomnianemu pióropuszowi pary i dymu (na marginesie: równie ciekawe są obserwacje pociągu odjeżdżającego ze stacji – a czerwone lampy z tyłu ostatniego wagonu stanowią istotny element tych obserwacji). Wracając zaś do wyglądania przez okno: na ostrym zakręcie, obecność parowozu manifestowała się dodatkowo w sposób fizyczny – po prostu na twarzy i rękach osadzały się czasem, większe lub mniejsze, kawałki sadzy i inne „ciekawostki”.

Parowozy dostarczały nam również wielu wrażeń „słuchowych”. W tym momencie każdy z nas pomyśli zapewne o charakterystycznym dźwięku wydawanym przez napędzane mocą pary wodnej maszyny i tłoki. Dodawszy do tego gwizdy i świsty wydawane przez jadącą lokomotywę, z wielu kilometrów obwieszczające przejazd pociągu, otrzymujemy już niemal kompletny obraz… Parowozy wpisały się na trwałe w dźwiękowy obraz mojego Lublina, niestety, w ostatnich latach rozpanoszyły się „mechaniczne trąbki”, w które wyposażane są lokomotywy spalinowe i elektryczne. Wciąż jednak gwiżdżą, tylko inaczej… ale miarowy stukot toczących się po torach wagonów, przy czystym powietrzu tak doskonale słyszalny, cieszy me ucho jak za dawnych lat…

Zdarzały się również mniej przyjemne, z dziecięcej perspektywy, spotkania z „dźwiękami kolei”, Przetaczano kiedyś, na stacji Lublin Główny, wagony towarowe. Robiono to nie tylko w nocy, ale nocna pora sprawia, że wszystko słychać znacznie głośniej. Przetaczane wagony mają tą niezwykłą właściwość, że gdy zderzają się ze sobą z dość dużą prędkością, towarzyszy temu spory huk. Dla dziecięcego umysłu dźwięk taki, porównywalny do grzmotu, bez żadnych powodów pojawiając się w środku nocy, był nie lada przeżyciem, zaliczanym do tej kategorii przeżyć, które z reguły nie dają dzieciom spokojnie spać. W moim przypadku, oprócz wspomnianych zderzających się wagonów, były to burze pluszowe niedźwiedzie przybierające kształt potwora (hej! nie byliście tam!).

Skoro doszliśmy już do kategorii zjawisk atmosferycznych, zatrzymajmy się na dłużej przy burzach. Ze względu na natężenie dźwięku i niespodziewane błyski przecinające nocną ciemność, burze można zaliczyć do zjawisk szczególnie – z perspektywy dziecka – złowrogich. Najpierw grzmoty rozbrzmiewały gdzieś daleko, niczym gniewne pomruki. Potężniejąc z każdą chwilą, zdawały się przybliżać, a im były bliżej, tym bardziej sytuacja stawała się mniej wesołą. Błyskawice rozświetlały mrok, a jedynym sposobem, by ich nie oglądać było zamknięcie oczu, a przynajmniej powstrzymywanie się od spoglądania w okno. W końcu nigdy nie wiadomo, co w czyha tam na zewnątrz. Potem rozpętywało się prawdziwe piekło, trwające kilkanaście minut, może pół godziny. Nie było innego wyjścia, jak – z duszą na ramieniu – kataklizm przeczekać. Ale gdy grzmoty cichły i burza oddalała się, nadchodził wreszcie czas na spokojny sen. Rano, w piękny, słoneczny dzień, o burzy nie pamiętał już nikt: ani przyroda ani ludzie. Tylko wyschnięte ślady deszczowych kropli, lub wypłukana ziemia,  przypominały, że noc wcale nie była taką spokojną i radosną.

Czerwcowe i lipcowe noce nie przynosiły wyłącznie burz. Cechą charakterystyczną tej pory roku stały się również żaby. W pobliżu mojego domu, o dwa rzuty kamieniem, toczy swe wody największa lubelska rzeka, Bystrzyca, której przemiana w ściek to jedno z największych i najznamienitszych osiągnięć PRL-u w Lublinie. Dopiero ostatnio Bystrzyca zaczyna powracać do mniej kompromitującego stanu, głównie dzięki zmniejszeniu ilości zanieczyszczeń do niej trafiających. Nie jest to niestety efektem świadomej działalności na rzecz ochrony środowiska naturalnego. To raczej ekonomia zweryfikowała nieprzydatność wielu lubelskich zakładów przemysłowych, te zaś ulegając likwidacji przestały niszczyć przyrodę. Owszem, podejmowane są też działania świadomie proekologiczne, trudno jednak cieszyć się z tego, że oczyszczalnia ścieków oczyszcza jedynie rzekę wypływającą z miasta. W mieście rzeka nadal jest brudna. Inną zbrodnią popełnioną na Bystrzycy, było umieszczenie rzeki w betonowym korycie, co jeszcze bardziej upodobniło ją do kanału i odebrało jej naturalną zdolność do samooczyszczania się. Rzeka nie jest jednak bezbronna – nadejdzie jeszcze taka chwila, gdy upomni się o swoje. Będzie już jednak za późno na jakiekolwiek działanie, nie da się bowiem przyrody zamknąć w betonie i stali. Ale możecie próbować… Wracając do żab: żaby, mimo wszystkich wspomnianych przed chwilą przeszkód, wybrały sobie Bystrzycę na miejsce zamieszkania, Na przełom wiosny i lata przypada okres godowy tych przemiłych stworzeń, co można usłyszeć. Donośny żabi rechot napełnia całą okolicę. Koncert zaczyna się wprawdzie przed zachodem słońca, ale nasila się już po zmroku — wtedy, jak wspominaliśmy, powietrze się oczyszcza i milkną inne odgłosy. I tak już przez całą noc.

A kiedy żaby milkną, w lipcu ich miejsce zajmują świerszcze. Koncert trwa również cały dzień, ale to właśnie w nocy jest szczególnie dobrze słyszalny.

Nim żaby przystąpią do wiosennych godów, już w maju, nocną porę umilają swym niezwykłym śpiewem słowiki. Ptaki te, choć śpiewają niezaprzeczalnie pięknie, są dla życia ludzkiego bardzo niebezpieczne. Miał okazję przekonać się o tym król Polski Władysław Jagiełło, który zasłuchawszy się w śpiew słowika przeziębił się i z powodu tegoż przeziębienia zmarł w Gródku, w Roku Pańskim 1434. Oczyma wyobraźni, w tej romantycznej wizji, widzę rozłożysty dąb, pod którym to drzewem król Władysław słowiczych treli wysłuchuje. Na szczęście, obecnie władze Lublina robią wszystko, by nas, mieszkańców, przed tą słowiczą zarazą obronić…  Słowiki odkryłem dosyć późno, w czasach licealnych. Nie tak rzadko odrabiałem w nocy wówczas lekcje: a to trzeba było przepisać wypracowanie na czysto, a to zrobić jakieś zadania z matematyki. Z mniej lub bardziej istotnych powodów pracę domową trzeba odrobić, pod groźbą różnorakich sankcji stosowanych przez grono pedagogiczne. Problem w tym, że czasu na zrobienie tego czegoś było z reguły mnóstwo (dajmy na to 2 tygodnie), ale i tak jedyna wolną chwilę znaleźć można było dopiero na mniej więcej 12 godzin przed godziną 0. Ot i cala tajemnica nocnych posiedzeń. Nie ma jednak tego złego… usłyszałem wówczas pierwszego „mojego” słowika, w trakcie jednej z nocnych sesji jego śpiew wpadł (wraz z komarami)  do pokoju, przez otwarte okno. Z upływem lat, do Pierwszego, dołączyły do następne.

Wyliczyliśmy już nocne odgłosy fauny i flory, a w zasadzie fauny, bo jakoś wrzeszczących tulipanów lub ostów – śpiewem wabiących pszczoły – nie zaobserwowałem. O mało co, zapomniałbym o psach, szczekających w dali, i o kotach. Choć nie szczekają, zdarza się im przerwać nocną ciszę swym przeraźliwym miauczeniem. Do wspomnianych ekscesów dochodzi najczęściej wtedy, gdy koty załatwiają między sobą osobiste porachunki. Lub wręcz przeciwnie.

Ale i człowiek niejeden zdarza się być źródłem wielu, niekiedy niepokojących, hałasów. Zwłaszcza wiosną i latem, gdy ładna pogoda sprzyja chcącym noc spędzić z pod chmurką, przy trunku, mocnym wprawdzie acz nie najlepszej z reguły jakości. I gdy się tak już w dobry nastrój wprowadzą osobnicy takowi, pragną o swym dobrym nastroju świat cały powiadomić, czemu wyraz dają najczęściej przez, śpiew głośny, który z muzyką niewiele ma wspólnego. Czasem też, nocną ciszę przetnie krzyk, niewieści najczęściej, przerażający tak, że nigdy nie wiadomo, czy zabawa to niewybredna jeszcze, czy też może sprawa natury już kryminalnej. Szczególne nasilenie zjawisk ostatnio wspomnianych następuje w kwietniu lub maju, kiedy to wszystko, co żyje – z ludźmi na czele – zapomina o trudach minionej zimy i próbuje zachłysnąć się tym, co przyroda nam darowuje. Później, w ciągu miesięcy letnich, libacje na wolnym powietrzu są już rzadsze, ale zjawisko wciąż jest zauważalnym. Znaczy słyszalnym bardziej.

Oddzielną kategorię, której warto się przyjrzeć (lub raczej „przysłuchać”) stanowi też muzyka, ale wykonywana przez profesjonalistów (w odróżnieniu od tej, której „sprawcami” są amatorzy wspominani przed chwilą). Z reguły muzyka ta sączy się z głośników radiowych, rzadziej jest grana „na żywo”. Szczególne natężenie przypada także na miesiące wiosenne, bo oto mamy: Kozienalia (koncerty), Kulturalia (koncerty), Juwenalia (zgadnijcie: koncerty), wprawdzie wszystkie te imprezy masowe nie odbywają się w pobliżu, ale jest wiele prawdy w starym powiedzeniu, iż po wodzie głos niesie się daleko (podpowiedź: Bystrzyca). Jedynym wyjątkiem jest tutaj dom kultury, znajdujący się w – położonym na pobliskim wzgórzu – siedemnastowiecznym pałacu. Zwykł tam, ostatnimi czasy, koncertować bliżej nieznany – przynajmniej mnie – zespół rockowy. Czasem zapewne są to próby, czasem grają na różnych imprezach. Szczerze mówiąc nie wiem nawet, czy chodzi tu o jeden zespół czy o kilka różnych – tak dalece sięga moja niewiedza na ten temat. Najważniejszym jest jednak w tym wszystkim spostrzeżenie, iż zespół ten (lub zespoły) hałasują równo przez cały rok – niekiedy również w nocy (nawet i o północy). Jest to stosunkowo nowe zjawisko dźwiękowe w mojej kolekcji, zaistniało w niej dopiero niedawno. Przedtem, być może, dźwięki trafiały w stojący po przeciwnej stronie ulicy dom, nie docierając do mnie. Gdy jednak dom zburzono, otworzyła się zupełnie nowa panorama, nie tylko akustyczna (pałac, o którym już wyżej pisałem, kościół i klasztor z XV w. oraz wieża wodociągowa z XVII w.).

Do opisania zostały nam jeszcze fabryki i zakłady przemysłowe. Odgrywają obecnie mniejszą niż niegdyś rolę – przemysł jeszcze w latach 80-tych XX w. obecny w centrum Lublina, powoli acz systematycznie zaczął emigrować na peryferia. Zniknęła fabryka obuwia, cały szereg mniejszych fabryczek i zakładów rzemieślniczych, zaś z nocnych marków browar. Browar zaprzestał produkcji przemysłowej w ubiegłym roku, lecz pamięć czynionych przezeń hałasów ciągle jest żywa. Proces produkcji piwa winien odbywać się chyba bez przerwy i tak też było w tym przypadku. Szum (dla mnie to był szum) można było usłyszeć również, a może zwłaszcza, w nocy. W mroźną noc zimową, prócz efektów dźwiękowych można było doświadczyć wrażeń wizualnych w postaci unoszących się nad browarem kłębów pary i dymu.

Obecnie w mej dźwiękowej panoramie pozostał już tylko jeden „czynnik przemysłowy”. Jeden, ale za to jaki: Cukrownia „Lublin”. Znajduje się ona w znacznej odległości od mojego domu. Wzrokowo jest więc nieosiągalna, ale podobnie jak i mój dom, cukrownia znajduje na obszarze doliny rzecznej Bystrzycy. W ciągu dnia nie da się usłyszeć tego, jak się robi cukier, za to nocą – w miarę często. Podobnie jak w przypadku piwa, proces technologiczny produkcji cukru jest skomplikowany i trwa bez ustanku, noc i dzień, przez wszystkie te miesiące, kiedy to do cukrowni trafiają transporty buraków (tak to przynajmniej sobie wyobrażam). Cukrownia jest zresztą bardzo interesującym zjawiskiem, zwłaszcza zimą. Wyobraźcie sobie taki oto widok: kompleks budynków o różnej wielkości i bryle, niektóre tradycyjne, inne nieco futurystyczne (np. w formie odwróconego lejka), wokół rury i przewody – całość zajmuje sporą powierzchnię. Teraz dodajcie do tego zimę: najlepiej grudzień (bo w ostatnich latach prawdziwa zima = tylko grudzień), oczywiście wszędzie wkoło śnieg, mróz do 10 stopni, godzina – tak gdzieś przed 16-tą. Jest zimno i zapada zmrok. Wieje lekki wiaterek i prószy śnieżek, idziecie wzdłuż Bystrzycy, od centrum miasta. Jest cicho i spokojnie, wszystko tonie w śnieżnej bieli: drzewa i żywopłoty. Spóźnieni przechodnie, z trudem brnąc przez głęboki śnieg, spieszą do swych ciepłych, jasno oświetlonych mieszkań. Kiedy mijacie kładkę prowadzącą do Parku Ludowego dobiega Was dziwny odgłos – wiatr, nie wiatr. Nie, to nie wiatr. Idąc dalej, zauważacie, że po drugiej stronie rzeki majaczą w mroku ciemne sylwetki budynków, wokół nich światła. Dostrzegacie też, jak z dużej budowli wydobywają się wielkie kłęby białej pary. Po chwili dociera do Was, że to właśnie źródło owego zagadkowego szumu. Podchodzicie bliżej – teraz słyszycie i inne dźwięki: jakieś łomoty i świsty. Przedostajecie się na przeciwległy brzeg rzeki – nie, nie wpław! W pobliżu jest most (ściśle jakiś spust wodny, który w dzieciństwie nazywaliśmy tamą, ale służy on jako most, wiec wielkiej nieścisłości nie będzie), normalnie to około 5 minut drogi, ale trzeba brać poprawkę na głęboki śnieg. Z tej perspektywy wszystko to wygląda ciekawie i tajemniczo. Wokół palą się latarnie, niektóre budynki są również oświetlone. Wewnątrz nich wre zapewne praca – skądś się przecież biorą te wszystkie przeraźliwe hałasy – jednak na zewnątrz nie ma ani jednej żywej duszy. Można odnieść wrażenie, że oto trafiliśmy do tajnej bazy wojskowej, w której rząd Stanów Zjednoczonych przeprowadza eksperymenty na kosmitach, ewentualnie do bazy tychże kosmitów, którzy przeprowadzają eksperymenty na ludziach. Czujecie ten dziwny zapach? Przepraszam, że Was wcześniej nie ostrzegłem, ale sami mogliście się domyślić…, Trudno spodziewać się zapachu róż, czy też zapachu w ogóle. To co się w tym miejscu unosi w powietrzu, to po prostu najzwyklejszy w świecie smród. Przykry, ohydny i obrzydliwy. I w dodatku nikomu nie przeszkadza: włodarze miasta, bywają w miejscach bardziej reprezentacyjnych. A wszystkie deklaracje o ochronie środowiska, bajki o ekologii i bajońskich sumach przeznaczanych rzekomo na te cele z funduszy Unii Europejskiej zdają się być jedynie nieistotnym szumem informacyjnym, przydatnym wyłącznie do zapychania miejsca w wiadomościach. Bo na przykładzie lubelskiej cukrowni nie widać – i nie czuć – żadnych zmian na lepsze, Ale pomimo tego, że zakład ten obraca w niwecz spory kawałek przyrody, jest miejscem interesującym, zwłaszcza wizualnie, nieco mniej akustycznie. Może ktoś w tym miejscu zapytać: co to ma wspólnego z głównym wątkiem tej opowieści? W noce o wyjątkowo czystym powietrzu, dobiegają z daleka tajemnicze odgłosy: trzaski, świsty i zgrzyty, w istocie przywodzące na myśl machinę jakąś piekielną. Ja zakładam, że to raczej nie szatan, a cukrownicy… Żadne Inne zjawisko nie pasuje do tego obrazu, wprawdzie majaczą na horyzoncie kominy elektrociepłowni, ale niemożliwym się wydaje by cokolwiek stamtąd dato się (u mnie) słyszeć.

Brak szybkiego zakończenia tych rozważań mści się zdecydowanie na ich autorze. Bo gdyby wspomniane zakończenie znajdowało się już tutaj, wszelkie zmiany, nie wymienione wcześniej odgłosy, opisałbym w wydaniu drugim i rozszerzonym. Musicie się pomęczyć –  przywołam je teraz, oddalając tym samym perspektywę szczęśliwego finału. Oczywiście, że to nieprawda, bo cóż to za problem wstawić w odpowiednie miejsce nowy fragment tekstu, zwłaszcza jeżeli tekst został napisany na komputerze (przy czem jeżeli jest się już wielkim pisarzem światowego formatu to, ostentacyjnie, nie należy używać komputera do pisania, chyba że komputer służy jako stolik do pisania, co jednak, moim zdaniem jest już swoistą perwersją i świadomą oznaką pogardy dla cywilizacji technicznej), ba można z takim komputerowym tekstem (tu popełniam błąd stylistyczny, zbyt często powtarzając wyraz tekst w jednym zdaniu) zrobić wszystko, spróbujcie jednak pomiąć ze złością zapisaną kartkę i rzucić ją do kosza, lub bardziej malowniczo – na podłogę. A to i kolei było proste ćwiczenie na temat: „Jak robić wierszówkęBo o ileż prościej byłoby napisać po prostu, że oto wyszedłem nocą przed dom i zupełnie przypadkiem doszły do mych uszu sygnały pochodzące z przejeżdżającego radiowozu lub karetki. Nie jest to może rzecz zdarzająca się nagminnie i codziennie, tym niemniej zdarza się często i brać ją pod uwagę należy.

Z dawnych czasów, czasów mojego dzieciństwa, utkwiły mi również w pamięci przejeżdżające Nową Drogą trolejbusy (skoro już jesteśmy przy motoryzacji). Z charakterystycznym gwiżdżącym świstem (pogłosem?) z rzadka przecinały nocną ciszę, a było to wówczas, gdy w Lublinie działała nocna komunikacja (trudno w to uwierzyć, ale kiedyś można było autobusem bądź trolejbusem podróżować po nadejściu godziny 22). Zwłaszcza starsze trolejbusy produkcji radzieckiej, takie – jakby to ująć – bardziej zaokrąglone, miały tendencję do tych gwizdów. Po ulicach jeździły też autobusy marki Jelcz, również „zaokrąglone na rogach” (znaczy: ogórki). W dzieciństwie miałem dwa takie, miniaturowe, autobusiki z plastiku – wiernie oddające wygląd oryginału: przez malutkie szybki można było zobaczyć wyposażenie wnętrza – malutkie foteliki dla pasażerów. Potem rodzice kupili mi – o wiele większego – Berliota, autobus prostokątny i kanciasty; ciekawym zbiegiem okoliczności, w tym samym czasie „duże”, prawdziwe Berliety wyparły z komunikacji miejskiej te stare, dobre Jelcze (Berlioty produkowano na licencji, pod nazwą Jelcz, ale to to już nie było to samo). A wiecie, że miałem również blaszany tramwaj! I chyba jeszcze jeden autobus – to tyle jeżeli chodzi o środki komunikacji miejskiej. Ale czy faktycznie trolejbus uo przyjemnych, obłych kształtach” był głośniejszy od swych kanciastych następców? Możliwe, że wcale tak nie było… tym niemniej ja, właśnie tak to zapamiętałem (i pamiętani do dziś).

To już wszystkie dźwięki, którymi chciałem się z Wami podzielić. Wziąć (aczkolwiek nie lubię tego słowa w takiej postaci, ładniejsza dla mnie jest forma wziąść, zdaniem światłych kręgów naukowych całkowicie niepoprawna) należy pod uwagę niezwykłą wprost złożoność natury ludzkiego umysłu, ludzkiej pamięci, niewykluczone więc, że coś z owych wrażeń w niej jeszcze pozostało. I niewykluczone, że wypłynie jeszcze z zakamarków zapomnienia, dzięki jakiejś iskrze niespodziewanego skojarzenia, która niczym proustowska magdalenka wywołać może, tkwiące w ludzkiej podświadomości, obrazy i głosy przeszłości. Mógłbym też napisać o odgłosach dnia, bo czyż dzień – między wschodem a zachodem słońca – nie obfituje w tego rodzaju doznania? Rzecz jasna nie pod tytułem tytułem „Nocne odgłosy”! Jeszcze inną możliwość stwarzają kolejne wrażenia, z tych zaś wzrokowe (świetlne rzec by można) niepoślednią grają rolę, za nimi zaraz dotykowe idą.

Ale wtedy zaś – w tytule – żadnych już odgłosów, dziennych czy nocnych, umieścić nie można (taka dygresja na marginesie) No to do usłyszenia, zobaczenia lub powąchania!

Lublin, 2000 (red. 2014)

 

 

 

 

 

 

 

One thought on “Odgłosy nocy

  1. Pingback: Odgłosy nocy | Gabinet Osobliwości

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: