Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the month “Styczeń, 2016”

Herezja, magnezja, dwa kije: kto się nie schowa…

PK 1936 nr 26

Przewodnik Katolicki 1936, nr 26

Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Wołanie o inteligentnego. Niekoniecznie cenzora…

Z pewnością trudno w to uwierzyć, ale zrządzenie losu (wtajemniczeni wiedzą, iż można to sformułowanie traktować dosłownie) spowodowało, że dziś ponownie odwiedzamy Lublin w roku 1936. Ten sam los sprawił, że naprawdę niewiele uwagi godnych rzeczy wydarzyło się dnia 25 stycznia tegoż roku. Przynajmniej według ówczesnej prasy. I w tym miejscu moglibyśmy (O Borze! – to taki las…) zakończyć dzisiejsze wydanie „Kuriera z Lublina” – szczęśliwie z pomocą przyszli nam… złodzieje bielizny! Jak zapewne pamiętacie, rok miniony obfitował w doniesienia o bieliźnianych kradzieżach. Nie inaczej jest i w roku bieżącym.

1
Okazuje się, że majtkowi gangsterzy obrali sobie za siedzibę Majdan Tatarski i stamtąd kierowali operacjami odzieżowymi w całym mieście. Za którymś jednak razem opuściło ich szczęście… Śledztwo ustaliło, że kradzieży bielizny i pościeli na sumę 500 zł. w mieszkaniu Jana Urbanowicza Majdan Tatarski 24 dokonali Stanisław Listos, Majdan Tatarski 51 i Stefan Szczygielski Majdan Tatarski 54. Złodzieji aresztowano. W więzieniu z pewnością nie mogli spodziewać się ciepłej pierzynki…

1To samo wydarzenie z innej perspektywy…

Ciekawostka: redaktorzy „Expressu Lubelskiego i Wołyńskiego” mieli dla miłośników halki i kalesonów znacznie mniej zrozumienia, niż ich koledzy z „Głosu Lubelskiego”. Opisując bowiem całe zdarzenie napisali, że: złoczyńców aresztowano i przekazano władzom sądowym. Najwyraźniej ktoś z redakcji „Expressu” stracił ulubioną kołderkę…


Minister_SkladkowskiFelicjan Sławoj Składkowski, w latach 1936-1939 pzemier rządu RP,
tutaj jako minister spraw wewnętrznych

 

A teraz coś o czasach: czasy mamy paskudne. Cóż poradzić, takie życie… Nie rozwodzimy się jednak nad tematem, pozostając przy konstatacji, że zapewne nadchodzą złote lata dla cenzury. Oczywiście, nie chciałbym być złym prorokiem, ale nawet Ukochana Żona zauważyła moją niezwykłą skuteczność w tej dziedzinie (znaczy prorokowania). Co – tak na marginesie – wcale mnie nie cieszy („prorokowanie”, nie „Ukochana Żona”!). Ponieważ jednak nie mam wpływu na dar prorokowania, powrót kontroli publikacji i widowisk jest już w zasadzie przesądzony (jedno z widowisk już się nawet skontrolowało). Nawiązując do dziejów cenzury w Polsce, warto przypomnieć, że zupełnie niesłusznie przyjęto kojarzyć tę instytucję wyłącznie z PRL. Nadzór nad publikacjami ma bowiem kilkuwiekową tradycję: wystarczy wspomnieć kościelny indeks ksiąg zakazanych. Cenzura, co oczywiste, istniała i w czasach zaborów i w czasie wojennej zawieruchy 1914-1918. Nie wszyscy jednak wiedzą, że publikacje cenzurowano również w Niepodległej (1918-1939). Zjawisko przybrało na sile zwłaszcza po przewrocie majowym roku 1926, kiedy to do władzy doszedł obóz polityczny zwany Sanacją. Nie dopuszczano wówczas do druku nie tylko artykułów szkodliwych dla polskiej racji stanu (np. propagujących wspieraną przez Sowietów ideologię komunistyczną), ale zdejmowano z łam gazet również artykuły krytyczne dla ówczesnej władzy.

Rzad_Skladkowskiego_1936Rząd Sławoja Składkowskiego (1936) – premier czwarty od lewej

 

W tym też kontekście warto przytoczyć krótką notkę z przywołanego już dziś „Głosu Lubelskiego”. „Głos” był gazetą związaną z ruchem narodowym: w latach 30-tych wyrażane na jego łamach opinie uległy znacznej radykalizacji (podobnie jak pozostała działalność ruchu narodowego): na sile przybierała krytyka rządzącej Sanacji i wystąpienia antyżydowskie. Porównując numery „Głosu” z roku 1926 np. z tymi z roku 1936, bez trudu da się to zjawisko zauważyć.

2
Zapewne taki właśnie, nieprzychylny ówczesnej władzy, artykuł nadesłał do „Głosu” czytelnik St. Białynia, recenzując „Strzępy meldunków” Felicjana Sławoja Składkowskiego („Strzępy…” to wspomnienia Składkowskiego o współpracy z Jozefem Piłsudskim). Redakcja chętnie by rzecz tą opublikowała, ale niestety musi odmówić, gdyż mamy zbyt inteligentnego cenzora, by móc umieścić nadesłane nam rozważania (…) – pozna się na rzeczy dodaje. I ze smutkiem konstatuje: A szkoda, bo są świetne!
Jednak, mimo wszystko, najgorszą formą cenzury jest niewątpliwie auto…

Głos Lubelski z 25.I.1936 r. (Nr 24) i Express Lubelski i Wołyński z 25.I.1936 r. (Nr 25)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej oraz Wikipedii
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Kluska ten nasz niedzielny

PK 1936 nr 25

Przewodnik Katolicki 1936, nr 25

Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Pogodowe kryminałki

1

24 stycznia 1936 r. słońce nad Lublinem wzeszło o godzinie 7 minut 50, a zaszło o 16 minut 7. W kinie „Apollo”, tego właśnie dnia, doszło do radykalnej zniżki cen, zatem nic nie stało na przeszkodzie, by obejrzeć najnowszy dramat wojenny z Jackiem Holtem, zatytułowany „Burza nad Andami”.

lf

W mieście pogoda była o wiele spokojniejsza, zupełnie nieburzowa: temperatura dnia poprzedniego według termometru Bramy Krakowskiej była następująca: godz. 6-ta rano +1, godz. 12 w południe +0, godz. 18 +0. Codzienny raport o pogodzie publikował „Głos Lubelski”. Z tegoż „Głosu” dowiadujemy się też co nieco o kryminalnej codzienności naszego miasta.

2

      Wyobraźcie sobie, że – w owym czasie – przy ulicy Jezuickiej 14 w Lublinie, mieszkał niejaki Józef Czapczyński. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież musiał gdzieś mieszkać. Z drugiej strony, przez te wszystkie lata, był on nie pierwszym, i zapewne nieostatnim mieszkańcem z Jezuickiej 14. To taki żart w stylu angielskim, a zatem wcale nie musi być śmieszny. I pewnie nie jest… Wracając do meritum: Józio pewnego dnia, na drodze swego życia, spotkał Leokadję Oleskównę. Leokadja była panną, na co wskazuje forma zapisu jej nazwiska. Mieszkała w Majdanie Moniackim (pow. Janów). Źródła milczą jak długo trwała ich znajomość i w jaki sposób kształtowały się jej losy. Co nie jest tak ważne, jak to, że nasz bohater obiecał pannie Leokadji ożenek. Miał zająć się formalnościami związanymi ze ślubem: w tym też celu otrzymał od Leosi 150 zł – wtedy też zerwał zaręczyny. Pieniędzy oczywiście nie oddał i… ostatnio aresztowano kilku sprawców napadu a mianowicie… A mianowicie, spytacie zgorszeni, co to ma wspólnego ze sprawą oszusta matrymonialnego z Jezuickiej? Jak się okazuje, zupełnie nic, ale dzięki temu możemy przejść do kolejnej opowieści.

3

      Aresztowani (Stanisław Siczka ze wsi Chmiel, Józef Skrzypek ze wsi Piotrków, Władysław Podsiadły oraz Szczepan Mazura ze wsi Piotrkówek w pow. lubelskim) w listopadzie roku poprzedniego dokonali napadu rabunkowego na Szmula Mitaka i inn. kupców z osady Żółkiewka w pow. Krasnystaw. W owym czasie (to nasz ulubiony zwrot w tym tekście) lubelski Zamek pełnił funkcję zakładu penitencjarnego, nic więc dziwnego, że sprawców napadu osadzono w więzieniu na Zamku.

POCZ_U_4937_0008

      Potem zdarzenia potoczyły się błyskawicznie: Lidji Chomicz Kościuszki 7 skradziono 40 zł gotówki i zegarek wart. 55 zł, Franciszkowi Gołębiowskiemu Narutowicza 26 skradziono z warsztatu wędliny wart. 65 zł, a Halinie Niewiarowskiej Al. Bartosza Głowackiego 17 skradziono z piwnicy 2 liny i 2 bloki żelazne wart. 60 zł. Mało? Izrael Langer S to Duska 20 zawiadomił policję, że Mendel Krochmalnik Szeroka 20 skradł mu odważnik wart. 4 zł. Odważnik? To zrozumiałe: było trzeba przecież jakoś zważyć zwędzoną (nie wędzoną?) wędlinę! Ale bloki, liny i zegarek? MacGywer jeden wie, co z tego da się zrobić…

4

Lublinianie jednak nie poddali się narastającej fali drobnej przestępczości: Felik[s] Abroży Kr. Leszczyńskiego 7 przyłapał na gorącym uczynku kradzieży desek wart. 40 zł z ogrodu, z których jednego, Stefana Grajczyka (Lubomelska 4) zatrzymał. Sytuacja stawała się coraz bardziej nerwowa, trzeba było coś zapalić: Cecylia Dankiewicz Zamojska 3 zawiadomiła policję, że Ryszard Gumieniak skradł jej z kiosku przy ul. Królewskie[j], papierosy wart. 4.50 zł. A że był styczeń, ludzie marzli: Moszek Goldberg, Kr. Leszczyńskiego 23, zawiadomił policję, że Andrzej Gręga Spokojna 7, skradł mu spodnie i kamizelkę wart. 8 zł. Pamiętajmy, że choć temperatura utrzymywała się w granicach zera, w każdej chwili mogło powiać mroźniejszym powietrzem – spodnie i kamizelka wówczas by nie wystarczyły: Eli Ajchenbaum, Złota 2, skradziono futro wart. 250 zł. z przedpokoju. To przelało czarę goryczy: futra z przedpokoju są bardzo cenione w każdych czasach. Złodziejowi (złodziejom?) pozostała jedynie ucieczka. Rowerem… Stanisławowi Moskwa, Mochnackiego 17 skradziono rower wart. 100 zł.

5P.S. O Borze (to taki las…)!

Głos Lubelski z 24.I.1936 r. (Nr 23)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

[Tytuł nie został zaaprobowany przez Narodowy Instytut Kontroli i Nadzoru]

PK 1936 nr 24

Przewodnik Katolicki 1936, nr 24

Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Gumiś to fajny miś?

Wyobraźcie sobie, że budzicie się któregoś styczniowego ranka, dowiadując się, że oto nocą, Sejm Lepszego Sortu Polaków uchwalił, a rząd jeszcze przed świtem, w „Dzienniku Ustaw”, opublikował, ustawę nakazującą obywatelom oddać wszystkie gumowe płaszcze. Powiecie zapewne: „A co też nas mogą obchodzić gumowe płaszcze?” i wrócicie do swoich spraw. I natychmiast się od nich oderwiecie, bo po chwili okaże się, ze nie chodzi wcale o wykonaną z kauczuku garderobę, a o opony z waszych samochodów, rowerów i wszelkich innych pojazdów… Niemożliwe? Możliwe jak najbardziej – już raz rzecz taka się wydarzyła, a miało to miejsce 100 lat temu, w Lublinie…

Rok 1916 był kolejnym rokiem Wielkiej Wojny i kolejnym rokiem austriackiej okupacji Lublina. Wprawdzie działania wojenne przebiegały obecnie z dala od Lubelszczyzny, tym niemniej miasto podlegało bezwzględnym prawom wojennej gospodarki. Austriacy rekwirowali wszystko, co mogło – jak uważali – przynieść im upragnione zwycięstwo nad państwami Ententy. Wystarczy tylko wspomnieć o problemach z naftą czy żywnością: „Kurier z Lublina” wspominał o nich dosyć często. W styczniu roku 1916 przyszła kolej na raczkującą lubelską motoryzację (i nie tylko). „Głos Lubelski” z 15 stycznia opublikował obwieszczenie wydane na podstawie rozkazu c. i k. wojskowego Generalnego Guberni w Lublinie (…) z listopada 1915 roku. W tymże obwieszczeniu, C. i K. Komendant Obwodu podpułkownik Turnau (nie mamy pojęcia, czy to jakiś antenat pana Grzegorza) zarządził w dniu 11 stycznia rekwizycyę gumy.

1I tu następuje ciekawe, nie tylko ze względów językowych, wyliczenie owej, podlegającej rekwizycji, gumy. A gumą były: gumowe płaszcze do kół automobilowych z okuciem, gumowe płaszcze do kół automobilowych bez okucia oraz stare płaszcze gumowe do kół automobilowych. Trudno powiedzieć, czy wspomniane okucie miało coś wspólnego z dzisiejszym felgami, tym niemniej był to element różnicujący wymieniane w rozporządzeniu opony. W dalszej kolejności wspominano o szarych i czerwonych szlauchach do kół automobilowych: nie sposób tutaj stwierdzić, czy szlauchami określano węże gumowe służące do pompowania kół, czy była to nazwa dętek, które są, jakby na to nie patrzeć, gumowych wężami (pożerającymi swój ogon). Wiadomo, że opony dętkowe znane były już od roku 1891, zatem nic nie stoi na przeszkodzie przyjęciu takiej interpretacji – i ta wersja wydaje się najbardziej prawdopodobna.

Ofiarą gospodarki wojennej padli nie tylko lubelscy automobiliści: ucierpiała również, zapewne o wiele liczniejsza, społeczność cyklistów. Rekwizycji podlegały bowiem również: gumowe płaszcze do kół rowerowych i gumowe szlauchy do kół rowerowych. Posiadacze opon bezdętkowych (z lanej gumy) też nie mogli spać bezpiecznie, należało bowiem oddać wszelkie pełne gumy tak do kół automobilowych jak i rowerowych. Blady strach padł i na woźniców: ciemne, jasne i czerwone pneumatyki i gumy do kół powozowych… Nie daj Borze (to taki las…) ulewnego deszczu lub powodzi, jako że w punkcie dziewiątym zarządzenia wymieniono całe stare kalosze. Co ciekawe, oszczędzono posiadaczy kaloszy nowych, bo i tak prawdopodobnie nie było ich w sprzedaży. Cóż, gospodarka wojenna…

Punkt dziesiąty zarządzenia wymieniał pozostałe gumy: wszystkie odpadki gumowe jakiegokolwiekbądź pochodzenia, stare szlauchy maszynowe, uszczelniacze flaszkowe i maszynowe, pierścienie gumowe, etc… Zauważcie, że obecność na końcu listy zwrotu etc. (i tak dalej) sprawiała, że – na dobrą sprawę – okupant był w możności zarekwirować wszystko, co gumowe.

Za gumy nowe oferowano poszkodowanym rekompensatę finansową, według przyjętego w Generalnej Guberni w Lublinie cennika; gumy stare i zużyte skupowano na wagę. Wszystkie wspomniane gumy należało dostarczyć do siedziby c. i k. Komisarza rządowego miasta Lublina lub do właściwego Komendanta c. i k. Posterunku Żandarmerii. Następnie gumodawca dostawał poświadczenie, na podstawie którego, po sprawdzeniu – przez specjalną komisję – wagi i wartości gum, otrzymywał asygnatę kasową. Oczywiście płatną za zgłoszeniem się, przez Kasę c. i k. Komendy obwodowej w Lublinie. Prosta i nieskomplikowana procedura, nieprawdaż?

Biada jednak tym, co gumę chcieliby zachować dla siebie! Za, przeciwko gumie wystąpienie, groziły wszystkim gumośmiałkom surowe konsekwencje: w razie zatajenia, fałszywego podania i niedotrzymania terminu będzie winny pociągnięty do odpowiedzialności karnej i grzywną do 2000 rubli oraz przepadkiem zarekwirowanego artykułu ukaranym.

I co? Nie wkurzylibyście się? Chcecie wekować słoiki, a władza zabiera Wam gumowe uszczelki do słoików… Józefa Janc nie wytrzymała:

2Za obrazę straży policyjnej. Janc Józefa została aresztowana i osadzona pod kluczem za obrazę straży policyjnej.

Głos Lubelski z 15.I.1916 r. (Nr 13)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Gabinet Figur Woskowych

PK 1936 nr 23

Przewodnik Katolicki 1936, nr 23

Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Co się stało z naszą marmeladą?

Lubelski styczeń roku 1946 nie należał do najweselszych. W zniszczonym wojną i okupacją kraju rozpoczynał się właśnie kolejny rok sowieckiej okupacji i budowania Polski ludowej. Wśród czasopism, wskrzeszonych (w pewnym sensie) po wyzwoleniu Lublina spod okupacji niemieckiej, znalazła się „Gazeta Lubelska”, wydawana jako „niezależne pismo demokratyczne”. Ukazywała się tylko do roku 1947, kiedy to władze komunistyczne ostatecznie rozwiały iluzję niezależności, zamykając „Gazetę”. Nadchodziły czasy monopolu „Sztandaru Ludu” – nie było miejsca na mrzonki o demokracji i wolności.

2Na razie jest jednak rok 1946: łamy wydanej 8 stycznia „Gazety” zdominowała tematyka powinności obywatelskich („Czy donoszenie o nadużyciu jest zasługą i obowiązkiem obywatelskim?”) – żeby nie było żadnych wątpliwości: oczywiście, że tak! Minister Informacji i Propagandy, Obywatel Stefan Muszyński uważał, że donoszenie o nadużyciach i oszustwach i piętnowanie ich jest bezwzględnym obowiązkiem obywatelskim. (…) jest to konieczne w interesie Państwa, (…)wysoce etyczne i przyczyni się tylko do uzdrowienia naszych stosunków. Wtórował mu towarzysz Petruczynik (imię znane Redakcji… – w rzeczywistości Feliks), wojewódzki sekretarz PPS (Polska Partia Socjalistyczna), poseł z ramienia PPS do KRN (Krajowej Rady Narodowej). KRN to stworzona przez komunistów imitacja „demokratycznego” parlamentu (zob. Sejm po ostatnich wyborach). Tow. Petruczynik stwierdził: Na pytanie, czy donoszenie o nadużyciach jest obowiązkiem obywatelskim, każdy logicznie myślący człowiek odpowie twierdząco. Ale… z obserwacji życia codziennego widzimy, że nie wszyscy obywatele poczuwają się do tego obowiązku, jakkolwiek w zasadzie przyznają jej słuszność. Cóż się zatem stało? Tow. Petruczynik wyjaśniał dalej: wydaje mi się, że jest to pozostałość po postawie obywatela w państwie kapitalistycznym, w którym interesy państwa, raczej władzy państwowej, jako czegoś nadrzędnego nie zawsze pokrywały się z interesami czy to poszczególnego obywatela, czy też poszczególnych grup społecznych (teraz to się już skończy, obrońcy „demokracji”…). Tutaj następuje dłuższy wywód, który pomijamy, przechodząc do konkluzji: obywatel Demokratycznego Państwa Polskiego nie zdaje sobie jeszcze sprawy z tego, że władza w Polsce Demokratycznej jest władzą wyłonioną z jego woli, podlega kontroli całego społeczeństwa i musi postępować tak, jak tego wymaga interes całości. Ciekawe, czy ktoś w to rzeczywiście wierzył… A Wy wierzycie?

Nie o polityce jednak chcemy dziś mówić, a o handlu. Czas powojenny nie należał do najłatwiejszych: żywność podlegała reglamentacji i sprzedawano ją na kartki. Kończący się okres świąteczny pozwalał na podsumowanie sytuacji panującej w handlu: jak się bowiem okazało w okresie przedświątecznym, wielu posiadaczy karty I-ej kategorii (mowa o kartkach żywnościowych)  spotkało dotkliwe rozczarowanie, gdyż nie mogli otrzymać rozdzielanych śledzi, śliwek czy też marmelady. Co się stało: czy – nie daj Borze (to taki las!) – śledzie zeżarły wszystkie śliwki i zagryzły je marmeladą? Na szczęście wyjaśnienie przynosi, zacytowany już przed chwilą, artykuł „Urząd Aprowizacyjny wyjaśnia…”.

1Urząd otrzymał 21.200 śledzi na 21.000 kart zaopatrzeniowych – jak łatwo policzyć dysponował rezerwą aż 200 śledzi! Niestety, to nie wystarczyło: na skutek nieprzewidzianego manka w beczkach ze śledziami. Jak wielu konsumentów zostało pokrzywdzonych, tego akurat artykuł nie podaje. Milczy również o ewentualnych przyczynach deficytu tej, jakże popularnej również i dzisiaj, ryby. Można tylko przypuszczać, że braki powstały w czasie transportu, a ryby trafiły na czarny rynek (rozkradzione przez spekulantów, na których najwidoczniej nikt nie chciał donosić…). Tym niemniej, choć było już za późno, by śledzie trafiły na wigilijny stół, wprowadzono rejestrację tymczasowo pokrzywdzonych, dzięki czemu ok. 20 stycznia mieli otrzymać upragnione śledzie, gdy tylko ich odpowiednia ilość zostanie przydzielona do sklepów.

Śledzie można było kupić w każdym sklepie (zakładając, że posiadał zgodę władz na sprzedaż reglamentowanych towarów), jednak już monopol na sprzedaż śliwek (przypuszczalnie suszonych), posiadała naonczas jedynie Lubelska Spółdzielnia Spożywców: wydawano je tym konsumentom, którzy jeszcze nie zdołali wykorzystać swych kuponów. Dodatkowo, posiadacze kart I kategorii otrzymać mieli jako „prezent” świąteczny jeszcze po pół kg. cukru. LSS wydawał też posiadaczom kart I kategorii marmeladę jako artykuł przeznaczony jeszcze na święta.

Jak wyjaśnił wspomniany Urząd, przyczyną niedociągnięć technicznych w rozdziale artykułów żywnościowych na karty, było w pierwszym rzędzie zwolnienie tych artykułów do rozdziału już w ostatnim terminie przedświątecznym, a także niezdyscyplinowanie samych konsumentów, którzy nie poczuwają się do rejestrowania kart, a przez to wprowadzają zamęt w obliczeniach i rozdziale artykułów. Stąd też, by uniknąć podobnej sytuacji w styczniu i lutym, apel do obywateli o zdyscyplinowanie się i wcześniejsze zarejestrowanie kartek. To jednak nadal nie wyjaśnia losu zaginionych śledzi…

Ale co tam śledzie! Krucho było również z pieczywem: Na poruszoną przez nas sprawę złego wypieku chleba kartkowego, otrzymaliśmy wyjaśnienie, że chleb musi być dobrze wypieczony, odpowiednio jasny i podsypany otrębami, a nie, jak często zdarza się, masą trudną do określenia, przypominającą sieczkę. Zupełnie jak w czasach obecnych. Z tą jednak różnicą, że dzisiejsi piekarze nie muszą obawiać się konsekwencji swojej działalności, a w roku 1946 w wyniku przeprowadzonej kontroli aresztowano kilku nieuczciwych piekarzy… A dzisiaj?

A dzisiaj dwa pytania na zakończenie:
1. Co się stało ze śledziami?
2. W roku 1946 Lublin zamieszkiwało 99 400 osób (wg spisu powszechnego), zatem jeśli konsumentów z kartkami I kategorii było 21 000, to co jadło pozostałych 78 400 Lublinian? Kartki II kategorii?

Podziękowanie

Komenda Wojewódzka M. O. składa gorące podziękowanie społeczeństwu m. Lublina za paczki świąteczne dla rodzin poległych milicjantach [pisownia oryg.] i dla szeregowych milicjantów.

Poległych na polu chwały?

Gazeta Lubelska z 8.I.1946 r. (Nr 8)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Uroczystość Objawienia Pańskiego

canvas[Boże Narodzenie], autor nieznany, XVIII w.
Ilustracja ze zbiorów polona.pl

 

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Wycieczka do Gdańska (11)

k. 230 1

k. 230 2

k. 231

k. 232

k. 232-2

k. 232-3

k. 232-4

Tygodnik Ilustrowany 1861, T.IV, nr 116.

Ilustracje ze zbiorów Biblioteki Cyfrowej Uniwersytetu Łódzkiego.

Część: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Post Navigation