Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the tag “Gazeta Lubelska”

Lubelskie szopki

pocz_u_6448_0016

Dziecięciem będąc, lubiłem nawiedzać szopki w kościołach lubelskich w czasie Bożego Narodzenia egzystujące (Uwaga! To stare słowo…). Bez wdawania się w szczegóły, zdradzę Wam, że zawsze najbardziej podobały mi sę szopki tradycyjne, figuralne, zaś te wszystkie ojczyźnianopatryjotyczne – niekoniecznie… I do tej pory lubię szopki oglądać… niestety, w tym roku słabość organizmu pozbawiła mnie tej przyjemności i…

chorobą złożonym w łoże

ich nie widziałem – o Borze! (to taki las)

dlatego też z prawdziwą przyjemnością przedstawiam Wam wędrówkę po lubelskich szopkach 70 lat temu. Nie ukrywam, że ogromną radość sprawiło mi odnalezienie tego artykułu w „Gazecie Lubelskiej” z roku 1947.

1

Warto również poznać, zapomnianą już chyba dzisiaj, historię dzwonów z kościoła O.O Dominikanów lubelskich.

pocz_u_6401

I na koniec smutna wiadomość: to już naprawdę ostatnia nasza wizyta w Lublinie roku 1947…

2

Gazeta Lubelska nr 6 z 8 I 1947 r.


Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej (a konkretnie z tej obchodzącej w tym roku 105-lecie istnienia Niepowtarzalnej Książnicy)
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Z pustego i Salomon nie naleje, czyli 5 styczeń w Lublinie…

Oto przed Wami krótki przegląd tego, co przed laty wydarzyło się w Lublinie dnia 5 stycznia. Zaczynamy od roku 1917: przypomnijmy, że właśnie zaczął się kolejny rok Wielkiej Wojny, a miasto znajduje się pod okupacją austriacką. Tym niemniej od 5 listopada poprzedniego roku ludzie oddychają zupełnie innym powietrzem, bo teraz są obywatelami, wprawdzie o mocno ograniczonej autonomii, ale jednak zawsze, Królestwa Polskiego. Ulica – jak to ulica – z reguły żyje swoimi sprawami. Czasy nie były łatwe, nic więc dziwnego, że i ludzie nerwowi…

1

Głos Lubelski nr 5 z 5 I 1917 r.


Nadal rok 1917: okazuje się, że zima nie jest przeszkodą w realizacji nowych inwestycji. Władze wojenne rozpoczęły budowę nowego mostu na Czerniejówce. W planach (podobno) była również budowa drugiego toru do młyna Krausego.

2

 

Ziemia Lubelska nr 8 z 5 I 1917 r.


Dziesięć lat później… – coś się zapewne wydarzyło piątego stycznia, ale wobec braku materiałów źródłowych pozostawiamy to miejsce niewypełnione. O Borze! (to taki las).


Rok 1937 udowodnił, że „chodzenie po kolendzie” wcale nie było zajęciem łatwym i bezpiecznym.

3

Express Lubelski i Wołyński nr 5 z 5 I 1937 r.


I znów minęło dziesięć lat: w tym czasie wybuchła i skończył się wojna, a Lublin trafił pod okupację: najpierw niemiecką, potem sowiecką. Rok 1947 był ostatnim rokiem ukazywania się „niezależnej” Gazety Lubelskiej, ostatni numer dziennika datowany jest na 17 stycznia (jest to ostatni numer zachowany w zbiorze Biblioteki Cyfrowej UMCS).  A zatem już wkrótce pożegnanie z rokiem 1947  (no,  chyba że stanie się cud i ktoś wrzuci do sieci zdigitalizowany Sztandar Ludu…) Na razie jednak wracamy do naszej narracji: 2 stycznia otworzono pierwszą w Polsce stację „ambulatoryjnego leczenia penicyliną”. Niestety, nie w Lublinie, lecz w byłej wiosce rybackiej t.j. Gdyni. Zapowiedziano otwarcie kolejnych stacji w Sopocie i innych miejscowościach województwa gdańskiego. A w Lublinie? No cóż, jak śpiewa Grzegorz Turnau „lecz na wschodzie przynajmniej życie płynie zwyczajnie słońce wschodzi i dzień się zaczyna…” 

4

Gazeta Lubelska nr 4 z 5-6 I 1947 r.


Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Boże Narodzenie w Lublinie! Wszystkiego najlepszego!

Jak wyglądało Boże Narodzenie w Lublinie w dawnych latach? Dziś, specjalnie dla Was, mała próbka tego, o czym niegdyś pisała lubelska prasa. A że okazja jest wyjątkowa, zawieszamy więc na moment komentarz odautorski (czyli np. dzisiaj nie użyjemy zwrotu: O Borze! (to taki las…)), pozwalając obcować Wam, Drodzy Czytelnicy, z oryginalnym materiałem. A w prezencie świątecznym historia ulicy Królewskiej ze świątecznego wydania „Głosu Lubelskiego” autorstwa Jana Riabinina. A zatem – Wszystkiego Najlepszego!

1936

1

2

Express Lubelski i Wołyński z 24-25 XII 1936 r. (Nr 357)


3

4

5

7

Głos Lubelski z 24 XII 1936 r. (Nr 352)


1946

(jeszcze można było świętować…)

9

Gazeta Lubelska z 25-27 XII 1946 r. (Nr 355)


 

1916

100 lat temu lubelskie gazety nie miały najwyraźniej  w zwyczaju przygotowywać specjalnych wydań świątecznych. Może z powodu wojny? A może po prostu nie było to przyjęte. Mimo to, specjalnie dla Was, wyłuskaliśmy coś z „Ziemi Lubelskiej”:

8

„Pamiętajcie Matki przyprowadzić dziatki!” czyli jasełka w „Rusałce”…

Ziemia Lubelska z 24 XII 1916 r. (Nr 637)


Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

PanDa?

Sto lat temu w Lublinie był dzień trzydziestego października. Czy równo sto? To zależy od tego, jakiego dnia to czytacie. Wszak ten tekst też nie powstał trzydziestego października, a nawet tego dnia nie został opublikowany. A co dziś w programie? Jest wszystkiego więc po trochu: ciut kapusty, nieco grochu… w każdym kątku po dzieciątku. Koniec rymów.

W dniu dzisiejszym, sto lat temu będącym, „Głos Lubelski” zaanonsował dymisję gabinetu – ku rozczarowaniu niektórych naszych czytelników – nie „Osobliwości”, a austryjackiego.

1

Tego dnia w mieście Lublinie doszło do kilku drobnych incydentów natury kryminalnej, z których każdy jest / żaden nie jest* (*niepotrzebne skreślić) specjalnie godnym odnotowania. Z kronikarskiego obowiązku, wybieramy jedno wydarzonko i… przywołujemy z mroków przeszłości (wskrzeszamy nawet!), kamasznika Bronikowskiego z Zamojskiej. Staje przed Wami żywy ten, o którym być może nikt spośród żyjących już nie pamięta… A człowiek żyje tak długo, jak pamięć o nim… Taka jest moc Słowa!

2

Kamasznika Bronikowskiego z ulicy Zamojskiej 1 okradziono, pozbawiając różnych wyrobów skórzanych na sumę około 1000 koron.

Tego samego dnia ukazały się również dwa wydania „Ziemi Lubelskiej” – dwa, ponieważ „Ziemia” ukazywała się w edycji porannej i popołudniowej. Wydanie poranne „Ziemi” opublikowało m.in. kilka słów o nauczycielstwie:

3

4

Tekst niewątpliwie ciekawy – myślę, że wart jest przeczytania, chociażby w kontekście „dobrej zmiany” w szkolnictwie (czy to już ten czas, by się do lasu odwołać? Być może i morze… O Borze! (to taki las)) [Dwa nawiasy, chronią lasy!].

Z roku 1926 nie posiada „Gabinet Osobliwości” żadnych źródeł prasowych

(nie posiada?

jest i rada

na nieposiadanie:

kontynuuj więc czytanie!),

przenosimy się zatem o kolejnych dziesięć lat do przodu i lądujemy w roku 1936.

Na początek sięgamy po „Express Lubelski i Wołyński” z 30 października 1936 r. i omiatając wzrokiem reklamę lampek nagrobkowych „Polo”…

5

…oraz zastanawiając się dlaczego Pan dał dziecku coś innego…

6

…natrafiamy na informację o wrednych krowach, które spowodowały katastrofę samochodową na szosie pomiędzy Garwolinem. Pomiędzy Garwolinem? Tak, pomiędzy Garwolinem. Czyli między stacją kolejową Garwolin a miastem Garwolin. Pasażerowie na szczęście z opresji wyszli bez szwanku. Krowie szczęście nie dopisało…

7

A w Lublinie? W tych dniach obradował zjazd  przewodniczących oddziałów szkolnych Ligi Morskiej i Kolonialnej z terenu 10 powiatów woj. lubelskiego. „Express” odnotował z radością, że w całym województwie lubelskim LMiK miała w swych szeregach 17.000 młodzieży, zgrupowanej w 300 Kołach Szkolnych.

8

„Głos Lubelski” o Lidze nie pisał, zajął się natomiast róznymi przypadkami zasłabnięcia na ulicy: przy ulicy Lubartowskiej 8 zasłabła Chaja Akierman z Szerokiej 41. Na rogu Unickiej i Lubartowskiej wił się w boleściach Bolesław Oberwajs, przybyły do Lublina w poszukiwaniu pracy. U Oberwajsa stwierdzono silne zaburzenia żołądkowe. Znaczy się głodny…

9

Przewijamy czas o kolejnych 10 lat i trafiamy do roku 1946 i „Gazety Lubelskiej”. W tejże „Gazecie” znajdujemy niezwykle interesującą informację o… tym, co pisał „Głos Lubelski” 20 lat wcześniej, czyli w roku 1926! W ten sposób nasze koło czasu domyka się z głuchym łoskotem: oto przed Wami dzień 30 października 100…, 90…, 80  i 70 lat temu w Lublinie.

10

P.S. Teza, którą stara się udowodnić rzeczony artykuł jawi się prostą i oczywistą. Teza: „Wy, którzy narzekacie, że teraz [t.j. w roku 1946/2016] jest źle i do dudy, przeczytajcie, że naprawdę źle to było 20 lat temu! Nie narzekajcie! Bądźcie dumrni! To mówiłem Ja, ten co rację zawsze ma! Wasz na wieki: Catschy Yayek i Wyłnierze Zaklęci”

P.S. 2 Tak wiem: ten cytowany artykuł jest nie z 29, a z 30 października.

P.S. 3 „Awanturnicza wyprawa na Kijów?” A teraz jest już Inne Podejście do historii. Nie?

Głos Lubelski z 30.X.1916 r. (Nr 300) i 30.X.1936 r. (Nr 297), Ziemia Lubelska z 30.X.1916 r. (Nr 537), Express Lubelski i Wołyński z 30.X.1936 r. (Nr 302), Gazeta Lubelska z 30.X.1936 r. (Nr 517)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Szóstego października!!!

p-10

Ćwiczenie dla spostrzegawczych: znajdź dworzec autobusowy przy ulicy Nowej!

Dzisiaj migawka z roku 1946. W tym miejscu powinien nastąpić wstęp wyjaśniający Czytelnikowi, że w Lublinie, po tzw. wyzwoleniu w roku 1944, było niezwykle trudno, bo ruina, bo spustoszenie, bo dewastacja… i tak co najmniej akapit tekstu w ten deseń…  Poprzestańmy jednak na stwierdzeniu, że dobrze nie było i problemów ówcześni Lublinianie mieli bez liku. O jednym z nich napisała siedemdziesiąt lat temu „Gazeta Lubelska” w wydaniu z dnia szóstego października, w artykule zatytułowanym Sezamie, otwórz się! O co konkretnie chodziło autorowi tego tekstu, dowiadujemy się już z podtytułu: Czyli kłopoty podróżujących Lublinian. Z lektury dowiadujemy się, że źródłem utrapień dla wędrownych mieszkańców Lublina była w owym czasie PKS. Tu ciekawostka: przez lata PKS zmienił(a) płeć: kiedyś mówiło się „lubelska PKS”,  teraz „lubelski PKS”. To nic dziwnego, bo przecież skrót ten oznacza Państwową Komunikację Samochodową, jednoznacznie wskazując, że PKS zawsze była kobietą (tu Waszczyk wykrzyknąć już może: O Borze! (to taki las)…).

1

Teraz kilka faktów porządkujących zwariowaną narrację: w kwietniu 1945 utworzono w Warszawie Państwowy Urząd Samochodowy, któremu podlegały Wojewódzkie Urzędy Samochodowe. 1 lipca 1945 z PUS-u wydzielono organizację samochodową pod nazwą Państwowa Komunikacja Samochodowa. Istnienie PKS zostało usankcjonowane prawnie dekretem Rady Ministrów z dnia 16 stycznia 1946 o utworzeniu przedsiębiorstwa państwowego „Państwowa Komunikacja Samochodowa” (Dz. U. z 1946 r. Nr 4, poz. 31). Jako, że czasy były niezwykle ciężkie, pierwsze przewozy pasażerskie odbywały się za pomocą samochodów ciężarowych, adaptowanych do przewozu osób – w kraju zniszczonym wojną, autobusy również uległy zniszczeniu.

Lubelska PKS miała w tym czasie „pięknie prezentujący się garaż przy ul. Wieniawskiej” i bazę przy ul. Spokojnej. Co ciekawe „wszędzie panował ład, porządek i czystość” – rzecz w późniejszych latach historii PRL już nie tak oczywista… Podobnie jak oczywistym nie był w późniejszym okresie personel, „który życzliwie i bardzo grzecznie” obsługiwał pasażerów – takie były plusy lubelskiej PKS. Były też i minusy, a w zasadzie jeden duży minus: brak odpowiedniej infrastruktury do obsługi pasażerów, czyli poczekalni i kas biletowych. Jednak – jak postulowała „Gazeta” – jedno i drugie można było urządzić na „dworcu” autobusowym w budynku przy ul. Nowej. Wspomniany budynek był własnością Zarządu Miejskiego i mieściła się w nim knajpa o szumnej nazwie „Bar Sezam i gdyby pogadać z właścicielką niemniej „pożytecznego” a z wiekowymi tradycjami „Sezamu”… Właścicielka może by zgodziła się na urządzenie w swoim lokalu poczekalni i kasy „uświetnionej” jej bufetem. Nie wiemy, jak skończyła się ta historia i co stało się z barem „Sezam” – wiadomo jedynie, że rzeczywiście – w późniejszych latach – dworzec autobusowy przeniósł się ulicę Nową. Czy właścicielka baru „Sezam” miała tu w ogóle coś do powiedzenia? Pamiętajmy, że były to czasy niezbyt pod tym względem ciekawe…

Wspomnieliśmy również o braku kas biletowych: w jaki więc sposób sprzedawano bilety? No cóż, raczej nie chcielibyście być konduktorem w roku 1946. „Wozy dalekobieżne” były zatłoczone już na godzinę przed odjazdem i biedny konduktor, czepiając się ścian ciężarówki (autobusów na stanie lubelskiej PKS jeszcze nie było), sprzedaje bilety, wydaje resztę, a także… tłumaczy się przed pasażerami, że nie może udzielić zniżek! Maszyna ruszała o oznaczonej godzinie, a w drodze były przystanki, było więc wysiadanie i wsiadanie podróżnych. W takich właśnie warunkach wiózł konduktor państwowe pieniądze (czyli wpływy ze sprzedanych biletów) np. do Siedlec. Uruchomienie kasy na lubelskim „dworcu” uwolniłoby konduktora od tej troski, ale – co ważniejsze – kasa sprzedawałaby tylko tyle biletów, ile jest miejsc. Dzięki temu pasażerowie nie musieliby zajmować miejsc na godzinę przed odejściem samochodu. I to ostatnie twierdzenie, jest kluczowe do zrozumienia, na czym – przed laty – polegały kłopoty podróżujących Lublinian.

P.S. Fajne streszczenie, nie?

Gazeta Lubelska z 6.X.1946 r. (Nr 275)

Ilustracje ze zbiorów własnych i Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej.
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Pa!(miątki) Lubelskie…

FOT_766_II

„Wyzwolenie” Lublina…

Lipiec 1944 to w Lublinie czas kiedy okupację niemiecką zastąpiła sowiecka. Oczywiście na początku wielu Lublinian uległo iluzji, że odzyskali wolność, jednak z biegiem czasu przekonali się… ale my nie o tym. Okazuje się, że ucieczka Niemców z Lublina wcale nie zakończyła tematu Niemców w Lublinie. 7 lipca 1946 r. „Gazeta Lubelska” opublikowała artykuł pod wiele mówiącym tytułem: Czy mieszkają jeszcze Szwaby w Lublinie. Trudno powiedzieć, czy było to pytanie, bo znaku pytania nie postawiono. Zgorszeniście użyciem obraźliwej dla Niemców formy „Szwaby”? Ludzie nie mogli zapomnieć, tego – co zaledwie wczoraj – „te Szwaby w Polsce zrobiły” (przypomnę: około sześciu milionów Polaków zostało przez Szwabów w latach 1939-45  zamordowanych). Ale „Szwabów” przynajmniej pisano dużą literą, „niemcy” często nie mieli tego szczęścia…

1

Wojna się skończyła – zaczyna autor, kryjący się pod inicjałami JD, po chwili przechodząc do żartu: mamy już dwa lata niepodległą Polskę… Szczęśliwie w drugim zdaniu wyłuszcza istotę problemu i wspomina o śladach niemieckiej obecności w Polsce, nie ma przy tym na myśli tych najbardziej oczywistych: nie mówimy o ruinach czy spalonych budynkach. Aby przekonać się, co to za pamiątki, musicie skorzystać z zaproszenia do… bramy pierwszego lepszego domu w Lublinie, gdzie odnaleźć można pisma i druki pochodzące jeszcze z czasu okupacji niemieckiej. Swoich druków zostawili Niemcy w Lublinie całkiem sporo: wystarczy zajrzeć do dokumentów wytworzonych po wojnie w lubelskim archiwum czy Bibliotece Łopacińskiego, druki takie powszechnie wykorzystywano bardzo powszechnie ze względu na brak zwykłego papieru. Tu chodzi jednak o co innego – i tu autor wymienia np., ogłoszenie wiszące w bramie domu przy ul. Wyszyńskiego 6 (obecnie Niecała), zawierające zarządzenie nr 16 w sprawie obrony przeciwlotniczej z datą… 19 września 1944. Błąd drukarski? W tym czasie Lublin nie był już okupowany przez Niemców: może chodziło więc nie o „niemieckość”, a raczej o „wojenność” rzeczonego obwieszczenia?

3

Obok niego spis przedmiotów potrzebnych do ratunku domu w razie pożaru od wybuchu bomby. A przecież wojna opuściła Lublin już dwa lata wcześniej… W innych miejscach: nie zdjęto z bram spisów lokatorów, pochodzących z czasów okupacji, a na spisach obok nielicznych nazwisk polskich figurują nazw firm niemieckich. Zgroza… I nazwiska różnych Hoffmanów, czy innych Szwabów (jeden z Hoffmanów jest obecnie twarzą zmiany (tej właśnie, o której myślicie), co rodzi podejrzenie, że i innych Szwabów też nie trzeba szukać zbyt daleko….

4

Artykuł ten dowodzi również potrzeby czytania ze zrozumieniem – otóż przykład Pana Krzysztofa (o Borze! – to taki las…) z Krasnegostawu pokazuje, że – wbrew pozorom – nie jest to rzecz prosta i łatwa. Pamiętajcie, nie popełnijcie tego samego błędu co Krzysztof, który uznał, że zdanie Uważamy, że już najwyższy czas, aby te „pamiątki” usunąć jest zachętą do wyburzenia połowy Lublina!  

2

P.S. W ostatniej chwili głos zabrał Pan Krzysztof. Napisał: To nieprawda, ze nie rozumiem. Rozumiem. To ja sprawiłem, że już NIGDY na Placu Litewskim nie dojdzie do takiego wypadku! Do żadnego wypadku tam nie dojdzie. Do niczego tam nie dojdzie! Nigdy! Ha ha ha, ha ha ha, ha…

P.S. 2 Też uważam, że to bez sensu.

Gazeta Lubelska z z 7.VII.1946 r. (Nr 185)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Ballada druga tunelowa

Tunel nigdy się nie kończy? Wszak to noc, która trwa chwilę krótką. Po czym jest już raniutko. Jednak nie w Lublinie. Problem to nie nowy: oto 25 lutego 1946 r. w „Gazecie Lubelskiej”, w rubryce Listy do Redakcji, ukazał się list Czytelnika zatytułowany Uporządkować wejście do tunelu. Pierwsze lata powojenne to czas upowszechniania się nowej nomenklatury: na szpaltach gazet zaroiło się od towarzyszy i obywateli – takie nadchodzą były czasy… Wielce Szanowny Obywatelu Redaktorze! zaczynają swój list Mieszkańcy za Tunelem, po czym – komplementując „Gazetę” – proszą Redakcję o zamieszczenie niniejszego listu w swym poczytnym piśmie.

1

W następnym zdaniu Mieszkańcy przekonują, że są ludźmi niezwykle szczęśliwymi: mamy szczęście mieszkać w dzielnicy „za Tunelem”, po czym przystępują do opisu swojej codzienności: mieszkańcy tej dzielnicy muszą przebywać tunel przynajmniej dwa razy dziennie, spiesząc do pracy, do miasta, lub na Targ przy ul. Pocztowej i z powrotem. Tu przerywamy narrację Mieszkańcom, by przybliżyć Czytelnikowi ówczesną sytuację: rok 1946 to kolejny już rok od czasu, kiedy to okupant niemiecki został zastąpiony okupantem sowieckim. Miasto jest zrujnowane i zdewastowane, głód i bieda są na porządku dziennym: ludzie żyją z dnia na dzień… Luty – zima sroży się w najlepsze. Tunel przy Kunickiego w roku 1946 osiąga pełnoletniość – zbudowano go zaledwie osiemnaście lat wcześniej, w roku 1928. I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie pojawiła się ona: Zima Czarodziejka! Od pewnego czasu miejsce, gdzie znajdują się schody przy tunelu – o dziwo! Zima Czarodziejka zamieniła na tor saneczkowy! Zima znów zaskoczyła. I tu pojawił się problem, ponieważ nie wszyscy mieszkańcy wspomnianej dzielnicy posiadają sanki lub narty. No właśnie, z tego powodu zjazd odbywa się wbrew zasadom sportu zimowego. Miast sprzętu narciarskiego, przechodnie używają różnych części ciała. Zjeżdżają na kolanach, plecach, brzuchu lub… Hmm, na du… pierwszorzędną zabawę mieli i narzekali? Dziwne, zaiste. To samo dzieje się na schodach prowadzących na Plac Targowy. Mieszkańcy nie chcieli jednak zamykać otwierającej się szansy na rozwój sportów zimowych: w celu ułatwienia mieszkańcom dzielnicy „za Tunelem” przebycia schodów zasypanych śniegiem, prosimy tą drogą Zarząd Miejski – Wydz. Gospodarczy (obecnie byłby to Departament Kultury, Sportu i Relacji Zewnętrznych Urzędu Miejskiego [zamierzona ironia]) o otwarcie wypożyczalni sanek lub nart. Zdając sobie najwyraźniej sprawę z tego, że, mimo wszystko, schody mogą nie spełniać standardów nowoczesnego obiektu sportowego proponują Zarządowi Miejskiemu: skasowanie toru saneczkowego i urządzenie takowego gdzieś w innym, więcej odpowiednim miejscu. List kończą wyrazy głębokiego szacunku i poważania.
Redakcja „Gazety” uznała postulaty Mieszkańców za Tunelem za słuszne i b. na czasie, wyrażając nadzieję, iż Zarząd Miejski zainteresuje się nie tylko tą sprawą, lecz również i fatalnymi warunkami dla komunikacji pieszej w innych częściach miasta, których ofiarą padają przechodnie.

Czy Zarząd Miejski wziął sobie do serca te słowa? „Dziennik Wschodni” pisał w styczniu roku 2016 o rzeczonym tunelu: Nowe przejście jest, ale nie dla wszystkich. Ani osoby na wózkach inwalidzkich, ani te z wózkami dziecięcymi nie mogą przejść nad ul. Kunickiego po odnowionym przez kolej wiadukcie. Dla pozostałych to całkiem wygodny skrót.

2

A może wystarczyłoby zadzwonić… ale gdzie? No, gdzie trzeba! O Borze! (to taki las) wszędzie jest to możliwe, wszędzie, tylko nie w Lublinie: Telefon, ten cudowny wynalazek, pozwalający nam na błyskawiczne pokonywanie przestrzeni stracił w naszym drogim Lublinie całkowicie rację bytu czytamy w artykule zatytułowanym: Telefon, Lublin i… cierpliwość. Autor, skrywający się pod inicjałami JD, pisał: Nie mamy tu ogromnych odległości, ot, np. chce człowiek porozmawiać z dworcem kolejowym, siedząc w redakcji gazety. Całkiem naturalne człowieka pragnienie, nieprawdaż? Na dworze czaruje Zima Czarodziejka: za oknem śnieg, zawierucha, samochód – jak zwykle – odmawia posłuszeństwa: szanowna „Dekawka” (czyli coś w rodzaju samochodu) w remoncie, więc naturalnie mamy zamiar skorzystać z telefonu. Coś w rodzaju samochodu to pojazd wyprodukowany przez niemiecką firmę DKW: stąd nazwa dekawka. Akronim DKW w Polsce złośliwie tłumaczono jako dykta, klej i woda, odnosząc się tym samym do prostej konstrukcji tych aut.

1Lubelska książka telefoniczna z roku 1945

I wtedy zaczyna się prawdziwa tragedia – w tym miejscu JD przechodzi do istoty dramatu – warto zwrócić uwagę na to, ile emocji w człowieku wywołać może próba nawiązania rozmowy telefonicznej. W owych czasach, by uzyskać połączenie telefoniczne, należało podnieść z widełek słuchawkę i wykręcić żądany numer (żadnego stukania, klikania czy macania ekranu). Podnosimy słuchawkę – nie ma sygnału. Czekamy chwilę i ponawiamy próbę z takim samym skutkiem. Zaczynamy się troszkę denerwować: serce wali w przyspieszonym tempie, na twarz występują rumieńce; zdejmujemy znowu słuchawkę z widełek, tym razem nieco energiczniej – nic, cisza. Zaczyna się robić nerwowo: Potrząsamy aparatem, uderzamy nim kilka razy rytmicznie w stół i o ścianę (aparaty były solidne, ebonitowe), tak na zmianę: raz stół, raz ściana! w końcu – jest! Absolutnie oszałamiający sukces – jest sygnał! Przeciągłe „buczenie” daje nam znać, że możemy się połączyć. Oddychamy z ulgą pełną piersią, wykręcamy żądany numer i… nowe rozczarowanie – bo sygnał to dopiero początek.
„Hallo, czy to dworzec kolejowy? O której odchodzi pociąg do…?” Oto kolejny zwrot akcji: Słuchacz „po drugiej stronie” przerywa ci słodziutkim głosem (to chyba słuchaczka) „Obywatel chce dworzec? Tu zakład pogrzebowy! Mamy eleganckie trumienki na składzie! Może potrzeba?” JD zamiast do np. Ciechocinka, powędruje chyba w zaświaty… Trudno więc dziwić się narastającej irytacji: Zwróć się pan do Zarządu telefonów, to dostaniesz hurtowe zamówienia dla abonentów” – krzyczysz z wściekłością i rzucasz słuchawkę. Po fazie buntu, pojawia się rezygnacja. I – być może – akceptacja: Rezygnujesz z telefonu, naciskasz czapkę na oczy i wędrujesz (per pedes apostalorum) na miasto. Po drodze o mało nie straciłeś życia: pod same stopy spada ci aparat telefoniczny, wyrzucony energicznie z drugiego piętra (ha!, dobre, dobre…). Uśmiechasz się tylko! Już wiesz, co to znaczy! W tym miejscu JD uśmiecha się z gorzką ironią: Gorzej, gdy zdarzy się jakiś wypadek w mieście! Zanim wezwie się pogotowie, chory może umrzeć! Wtedy zupełnie aktualny będzie zakład pogrzebowy! (Choć wcale nie ma gwarancji, że dzwoniąc do zakładu pogrzebowego, nie dodzwonicie się do Żuka Skarabeusza…).
Antyfona telefoniczna pod adresem Zarządu Telefonów kończy się wezwaniem: jeśli nie możecie nic poradzić, aby usunąć uszkodzenia, to zamieńcie abonentom lubelskim aparaty telefoniczne przynajmniej na rowery! Nie wymagamy samochodów, bo może nie wytrzymałoby to kalkulacji! Jeśli nie możecie nam dać rowerów, to przydzielcie nam chociaż dobre buty! Bo wędrując pieszo, prędzej załatwimy pilną sprawę, niż przy pomocy lubelskiego telefonu.

Nie wiemy, czy Zarząd Telefonów ustosunkował się do całej tej sytuacji – tym niemniej olbrzymia popularność Lubelskiego Roweru Miejskiego nie wydaje się być przypadkową…

Gazeta Lubelska z 25.II.1946 r. (Nr 56)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Co się stało z naszą marmeladą?

Lubelski styczeń roku 1946 nie należał do najweselszych. W zniszczonym wojną i okupacją kraju rozpoczynał się właśnie kolejny rok sowieckiej okupacji i budowania Polski ludowej. Wśród czasopism, wskrzeszonych (w pewnym sensie) po wyzwoleniu Lublina spod okupacji niemieckiej, znalazła się „Gazeta Lubelska”, wydawana jako „niezależne pismo demokratyczne”. Ukazywała się tylko do roku 1947, kiedy to władze komunistyczne ostatecznie rozwiały iluzję niezależności, zamykając „Gazetę”. Nadchodziły czasy monopolu „Sztandaru Ludu” – nie było miejsca na mrzonki o demokracji i wolności.

2Na razie jest jednak rok 1946: łamy wydanej 8 stycznia „Gazety” zdominowała tematyka powinności obywatelskich („Czy donoszenie o nadużyciu jest zasługą i obowiązkiem obywatelskim?”) – żeby nie było żadnych wątpliwości: oczywiście, że tak! Minister Informacji i Propagandy, Obywatel Stefan Muszyński uważał, że donoszenie o nadużyciach i oszustwach i piętnowanie ich jest bezwzględnym obowiązkiem obywatelskim. (…) jest to konieczne w interesie Państwa, (…)wysoce etyczne i przyczyni się tylko do uzdrowienia naszych stosunków. Wtórował mu towarzysz Petruczynik (imię znane Redakcji… – w rzeczywistości Feliks), wojewódzki sekretarz PPS (Polska Partia Socjalistyczna), poseł z ramienia PPS do KRN (Krajowej Rady Narodowej). KRN to stworzona przez komunistów imitacja „demokratycznego” parlamentu (zob. Sejm po ostatnich wyborach). Tow. Petruczynik stwierdził: Na pytanie, czy donoszenie o nadużyciach jest obowiązkiem obywatelskim, każdy logicznie myślący człowiek odpowie twierdząco. Ale… z obserwacji życia codziennego widzimy, że nie wszyscy obywatele poczuwają się do tego obowiązku, jakkolwiek w zasadzie przyznają jej słuszność. Cóż się zatem stało? Tow. Petruczynik wyjaśniał dalej: wydaje mi się, że jest to pozostałość po postawie obywatela w państwie kapitalistycznym, w którym interesy państwa, raczej władzy państwowej, jako czegoś nadrzędnego nie zawsze pokrywały się z interesami czy to poszczególnego obywatela, czy też poszczególnych grup społecznych (teraz to się już skończy, obrońcy „demokracji”…). Tutaj następuje dłuższy wywód, który pomijamy, przechodząc do konkluzji: obywatel Demokratycznego Państwa Polskiego nie zdaje sobie jeszcze sprawy z tego, że władza w Polsce Demokratycznej jest władzą wyłonioną z jego woli, podlega kontroli całego społeczeństwa i musi postępować tak, jak tego wymaga interes całości. Ciekawe, czy ktoś w to rzeczywiście wierzył… A Wy wierzycie?

Nie o polityce jednak chcemy dziś mówić, a o handlu. Czas powojenny nie należał do najłatwiejszych: żywność podlegała reglamentacji i sprzedawano ją na kartki. Kończący się okres świąteczny pozwalał na podsumowanie sytuacji panującej w handlu: jak się bowiem okazało w okresie przedświątecznym, wielu posiadaczy karty I-ej kategorii (mowa o kartkach żywnościowych)  spotkało dotkliwe rozczarowanie, gdyż nie mogli otrzymać rozdzielanych śledzi, śliwek czy też marmelady. Co się stało: czy – nie daj Borze (to taki las!) – śledzie zeżarły wszystkie śliwki i zagryzły je marmeladą? Na szczęście wyjaśnienie przynosi, zacytowany już przed chwilą, artykuł „Urząd Aprowizacyjny wyjaśnia…”.

1Urząd otrzymał 21.200 śledzi na 21.000 kart zaopatrzeniowych – jak łatwo policzyć dysponował rezerwą aż 200 śledzi! Niestety, to nie wystarczyło: na skutek nieprzewidzianego manka w beczkach ze śledziami. Jak wielu konsumentów zostało pokrzywdzonych, tego akurat artykuł nie podaje. Milczy również o ewentualnych przyczynach deficytu tej, jakże popularnej również i dzisiaj, ryby. Można tylko przypuszczać, że braki powstały w czasie transportu, a ryby trafiły na czarny rynek (rozkradzione przez spekulantów, na których najwidoczniej nikt nie chciał donosić…). Tym niemniej, choć było już za późno, by śledzie trafiły na wigilijny stół, wprowadzono rejestrację tymczasowo pokrzywdzonych, dzięki czemu ok. 20 stycznia mieli otrzymać upragnione śledzie, gdy tylko ich odpowiednia ilość zostanie przydzielona do sklepów.

Śledzie można było kupić w każdym sklepie (zakładając, że posiadał zgodę władz na sprzedaż reglamentowanych towarów), jednak już monopol na sprzedaż śliwek (przypuszczalnie suszonych), posiadała naonczas jedynie Lubelska Spółdzielnia Spożywców: wydawano je tym konsumentom, którzy jeszcze nie zdołali wykorzystać swych kuponów. Dodatkowo, posiadacze kart I kategorii otrzymać mieli jako „prezent” świąteczny jeszcze po pół kg. cukru. LSS wydawał też posiadaczom kart I kategorii marmeladę jako artykuł przeznaczony jeszcze na święta.

Jak wyjaśnił wspomniany Urząd, przyczyną niedociągnięć technicznych w rozdziale artykułów żywnościowych na karty, było w pierwszym rzędzie zwolnienie tych artykułów do rozdziału już w ostatnim terminie przedświątecznym, a także niezdyscyplinowanie samych konsumentów, którzy nie poczuwają się do rejestrowania kart, a przez to wprowadzają zamęt w obliczeniach i rozdziale artykułów. Stąd też, by uniknąć podobnej sytuacji w styczniu i lutym, apel do obywateli o zdyscyplinowanie się i wcześniejsze zarejestrowanie kartek. To jednak nadal nie wyjaśnia losu zaginionych śledzi…

Ale co tam śledzie! Krucho było również z pieczywem: Na poruszoną przez nas sprawę złego wypieku chleba kartkowego, otrzymaliśmy wyjaśnienie, że chleb musi być dobrze wypieczony, odpowiednio jasny i podsypany otrębami, a nie, jak często zdarza się, masą trudną do określenia, przypominającą sieczkę. Zupełnie jak w czasach obecnych. Z tą jednak różnicą, że dzisiejsi piekarze nie muszą obawiać się konsekwencji swojej działalności, a w roku 1946 w wyniku przeprowadzonej kontroli aresztowano kilku nieuczciwych piekarzy… A dzisiaj?

A dzisiaj dwa pytania na zakończenie:
1. Co się stało ze śledziami?
2. W roku 1946 Lublin zamieszkiwało 99 400 osób (wg spisu powszechnego), zatem jeśli konsumentów z kartkami I kategorii było 21 000, to co jadło pozostałych 78 400 Lublinian? Kartki II kategorii?

Podziękowanie

Komenda Wojewódzka M. O. składa gorące podziękowanie społeczeństwu m. Lublina za paczki świąteczne dla rodzin poległych milicjantach [pisownia oryg.] i dla szeregowych milicjantów.

Poległych na polu chwały?

Gazeta Lubelska z 8.I.1946 r. (Nr 8)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Jak zawsze…

1


Dzień dzisiejszy

pokrzyżuje nasze projekty

Od rana będą się manifestowały gorsze wpływy, nie obiecujące powodzenia finansowego. Okres ten może przenieść straty przynieść w spekulacjach.

Obietnice dane około godz. 12-ej w poł. nie będą dotrzymane.

Po godz. 14 następuje dodatnia następuje dodatnia passa życiowa, która jednakże wieczorem ulega zmianie na gorsze.


Pogoda na dziś

Dość pogodnie. Nocą silniejszy, dniem umiarkowany mróz. Umiarkowane wiatry północne i północno-zachodnie.


Widmo groźnego

niebezpieczeństwa

zawisło nad Lublinem.

Wściekłe psy pokąsały kilka osób.

Na ulicach naszego miasta, szczególniej w ostatnich czasach, spotkać można dość często bezpańskie psy.

Wobec urzędowego stwierdzenia kilku przypadków wścieklizny, taki stan rzeczy grozi obecnie poważnem niebezpieczeństwem.

Kilka osób pokąsanych przez wściekłe psy z terenu Lublina znajduje się na kuracji.

Zachodzi obawa, że ilość dotkniętych wścieklizną psów jest dużo większa od ilości  urzędowo stwierdzonej, co prawdopodobnie spowoduje większą liczbę wypadków pokąsania tak ludzi, jak również i zwierząt.

W walce z groźnem niebezpieczeństwem wskazane jest, by właściciele psów zwrócili specjalną uwagę na ich zachowanie się i w razie zauważenia podejrzanych objawów natychmiast psy izolowali.

Odpowiednie czynniki zarządziły specjalne środki ostrożności, by w najbliższym czasie groźne to niebezpieczeństwo zlikwidować.


Pożar w składzie aptecznym.

W dniu onegdajszym, w godzinach popołudniowych, w składzie materjałów aptecznych przy ulicy Bernardyńskiej 24, z powodu nieostrożnego obchodzenia się z lampą gazową, wybuchł pożar.

Dzięki natychmiastowej interwencji Miejskiej Straży Ogniowej pożar w przeciągu kilku minut ugaszono.

Pastwą płomieni padły znajdujące się na wystawie specyfiki [lek]arskie ocenione na sumę 1000 złotych.


Na lubelskim bruku.

Bieliznę wartości 40 złotych skradziono niejakiej Chanie Blumenfeld zamieszkałej przy ulicy Jatecznej 26.

*

Z podwórka Wydziału Drogowego (Fabryczna 5) skradziono mieszkańcowi Izbicy pow. krasnystawskiego niejakiemu Józefowi Wiśniewskiemu oponę samochodową wartości 100 zł.

*

Abramowi Kacelenbegonowi (Lubartowska 24) skradziono z przedpokoju futro męskie wartości 1200 złotych.

*

Walizkę zawierającą próbki sztucznego nawozu oraz farby znaleziono w rzece Czerniejówce przy ulicy Lubartowskiej [!!!].

Gazeta Lubelska z 6 III 1931 r. (Nr 62)

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

…gdy tu błądzisz, wszędy ci, zapomniana, nikła, lśni… jakaś mara przeszłych dni…

Dzień

interesujących przeżyć

Już w godzinach rannych zaznaczą się zmiany na lepsze, rozbudzenie psychiczne i szersze zainteresowania.

Po godz. 10 rano nasza energia życiowa i aktywność będzie się potęgować, obiecując powodzenie w poczynaniach życiowych, wymagających przedsiębiorczości i odwagi.

Godz. 14 zapowiada dobre wpływy kosmiczne, obiecując powodzenie w miłości. Wieczór przedstawia się mniej pomyślnie.


Pogoda na dziś

Na wschodzie i południu chmurno  i mglisto z drobnemi opadami, pozatem dość pogodnie o zachmurzeniu wzrastającym, lekki, na wschodzie umiarkowany mróz. Słabe wiatry z kierunków północnych.


1

Krwawa rozprawa nożowa

na ulicy Grodzkiej

Ciężko rannego uczestnika bójki

przewieziono do szpitala Szarytek

W dniu wczorajszym w późnych godzinach wieczorowych przy ulicy Grodzkiej miała miejsce krwawa rozprawa nożowa, ofiarą której padł niejaki Alfons Arciszewski, lat 29, zamieszkały przy ulicy Dawnej 1.

Nieznani na razie osobnicy, na tle prawdopodobnie porachunków osobistych, napadli na wyżej wymienionego Arciszewskiego, zadając mu szereg ran w głowę oraz ramiona.

Widząc Arciszewskiego padającego na ziemię, napastnicy rozbiegli się, znikając w ciemnych zakamarkach przyległych ulic.

Wezwane Pogotowie Ratunkowe, po udzieleniu pierwszej pomocy, ofiarę porachunków osobistych przewiozło w stanie groźnym do szpitala Szarytek.


Trup noworodka

W dniu onegdajszym, wieczorem, jeden z mieszkańców Kośminka, idąc obok oparkanienia otaczającego gmach elektrowni miejskiej, natknął się na leżące w zawiniątku z łachmanów zwłoki noworodka płci męskiej.

Powiadomiona o powyższym wypadku policja wszczęła energiczne dochodzenie celem ujęcia i przykładnego ukarania zwyrodniałej matki.


Na lubelskim bruku.

Bronisławowi Zakościelnemu (Kalinowszczyzna 8) wybiwszy otwór w murze,nieznani sprawcy skradli 19 kur wartości 100 złotych.

*

Dwie obrączki ślubne, zegarek oraz garnitur męski łącznej wartości 550 złotych skradziono niejakiemu Hukielowi Antoniemu (Dolna 3-go Maja 3.)

*

Rajsowi Izraelowi-Hunie (Jezuicka 5) skradziono 50 złotych.

*

Na targu przy ulicy Bychawskiej skradziono niejakiemu Małosze Janowi, mieszkańcowi wsi Czerniejów pow. lubelskiego, 70 złotych.

*

Za handel mięsem z potajemnego uboju pociągnięto do odpowiedzialności sądowej niejaką Cypę Lew (Bychawska 48) u której zakwestjonowano 4 kg. mięsa wołowego.

Gazeta Lubelska z 5 III 1931 r. (Nr 61)

Ilustracje ze zbiorów Biblioteki Cyfrowej WBP w Lublinie
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

Post Navigation