Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the tag “1936”

Strzeżcie się wszystkich składających życzenia!

4

Wszystkiego dobrego

w Nowym Roku!

***

P.S. Lecz czy Zakon pomoże odzyskać Pomorze,

Czy znowu – O Borze! – rezultat jest taki, że przyjdą Krzyżaki?

Poznać odpowiedź – najwyższy już czas;

Lecz jedno jest pewne, że bór to las.

(stwierdzam po niewczasie, że zawsze w nawiasie)

***

Głos Lubelski  z 31.XII.1936 r. (Nr 356)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

 

Chleba naszego powszedniego…

klosy

Osiemdziesiąt lat temu spadło na Lublin prawdziwe nieszczęście. Nie po raz pierwszy i – zapewne – nie ostatni. Tym nieszczęściem był strajk piekarzy. Jak wyglądał ów protest, tego z szesnastopaździernikowej prasy się nie dowiemy, a po innodatową – zgodnie z konwencją – sięgamy niechętnie lub wcale. Dzisiaj więc wcale. Nie zdradzimy Wam wielkiej tajemnicy, jeśli przyznamy, że powodem strajku były zbyt niskie ceny chleba. O zbytniskości cen pieczywa orzekli sami jego producenci i przystąpili do strajku, który zakończył się sukcesem protestujących. „Express Lubelski i Wołyński” z dnia 16 października 1936 r., pisał: Starostwo Grodzkie w Lublinie ustaliło w porozumieniu z piekarzami nowe ceny na chleb. Ceny, które zobaczyć możecie na załączonych obrazkach, były cenami ostatecznymi i w razie ich nieprzestrzegania, groziło nieprzestrzegaczom pociągnięcie do odpowiedzialności karno-administracyjnej.

I w tym momencie opowieść o chlebie mogłaby zakończyć się, gdyby nie chęć nasza, by ją z  tegosamodniowego „Głosu Lubelskiego” wyciągnąć i przed Was na ubitą ziemię ciepnąć. „Głos” bowiem lakoniczną notkę „Expresu” uszczegółowił, dzięki czemu, jeszcze bardziej dowiedzieć się można, jak to z tym chlebem było. A więc posłuchajcie (no chyba, że nie macie przy sobie nikogo, kto by Wam ten tekst przeczytał, w takim wypadku przeczytajcie posłuchajcie” jako przeczytajcie” ([nawias w nawiasie]: co za zmyślne cudzysłowów użycie [koniec nawiasu w nawiasie, a zarazem  nawiasu kwadratowego w nawiasu nawiasie zastosowanie]  ):

2

Najpierw chleba nie było – pisał „Głos Lubelski” – bo był strajk pracowników piekarskich. Jednak spełnienie postulatów strajkujących nie rozwiązało problemów i nadal trudno było kupić pieczywo, jako że rynek został zakłócony i nie może ani rusz odzyskać równowagi. Powodem zakłócenia rynku stały się podwyżki cen żyta i mąki. W rezultacie piekarnie  chleb wypiekały, ale nie dostarczały go do sklepów! Tłumaczenie tego faktu było niezwykle proste: cena chleba jest tak niska, że nie mogą w żaden sposób dawać sklepom spożywczym procentu od sprzedaży. No i masz babo placek! A nie, placka też nie masz, bo za tani…

Jak zatem w tej sytuacji radzili sobie klienci sklepów spożywczych. Najbardziej ucierpieli zarabiający najmniej, a zwłaszcza świat urzędniczy (słyszysz świecie urzędniczy? kiedyś mało zarabiałeś!), którzy kupowali na kredyt (kartkę, zeszyt, kreskę… jakkolwiek byśmy tego nie zwali), bo oni – jak zauważa „Głos” – koło 15-go są już zazwyczaj bez grosza. Jeśli więc sklep kredytujący ich zakupy, chleba nie miał, to zostawali z niczym… bo przecież pieniędzy na zakup pieczywa z innych źródeł nie mieli. Niektórzy właściciele sklepów spożywczych próbowali ratować sytuację, kupując chleb w piekarniach i odstępując go klientom bez zarobku. Ale co się przy tej okazji taki kupiec musiał nabiegać… ponieważ jednak wypiek jest wogóle ograniczony, kupiec musi nieraz oblecieć kilka piekarń, nim zbierze odpowiednią ilość bochenków, na których notabene nic nie zarobi.

Sytuację miało uratować podniesienie cen urzędowych za chleb. Tak, tak, moi drodzy: ceny urzędowe, to wcale nie wymysł PRL i – z punktu widzenia kupującego niektóre podstawowe i niezbędne do życia produkty – wcale niegłupi pomysł. Tak samo niegłupi jak to, że służba zdrowia, kultura, oświata, etc., etc. to nie są dziedziny gospodarki produkcyjnej i zysk jaki przynoszą całemu społeczeństwach nie może być liczony w złotówkach. Sorry, ale zysk finansowy to może przynosić sprzedawanie majtek, a nie wyrywanie zębów i wypożyczanie książek! Myślę, że na chlebie i wodzie też się nie godzi robić majątku… na pączusiach i owszem, ale na chlebie… W dzisiejszych czasach nie byłoby więc możliwe takie rozwiązanie, jak to z roku 1936: dziś sklepy same ustalają swoje marże i nie są związane żadnymi urzędowymi ograniczeniami. No i powiedzcie sami, że przed wojną nie było lepiej, bo: 1) chleb był chlebem, nie zaś wyrobem chlebopodobnym, 2) wszędzie kosztował tyle samo… A dziś? Za grosze sprzedają pieczone w marketach powietrze, a chleb prawdziwy – jeśli jest jeszcze – kosztuje fortunę. Kiedyś chleb żytni był pożywieniem zwykłego człowieka; obecnie trafił na salony (ze smalcem i ogórkiem). Pieczywo jasne z menu bogaczy trafiło pod strzechy, przestając jednocześnie być pieczywem w ogóle.

Czas zmierzać ku szczęśliwemu zakończeniu dzisiejszej opowieści: urzędowe regulacje cen pieczywa uspokoiły sytuację w mieście. I wtedy zastrajkowali stolarze…

3

P. S. O Borze! (to taki las…) 

Głos Lubelski z 16.X.1936 r. (Nr 283)  i Express Lubelski i Wołyński z 16.X.1936 r. (Nr 288)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej i ze strony Sławokosław.pl
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Dnia 1 września roku…

POCZ_U_2768

… tysiąc dziewięćset szesnastego…

4 1

 

Jak możemy zobaczyć poniżej, ulica Bernardyńska – dość nieoczekiwanie – zmieniła się w ulicę Bernardyńskiego. Kim był Bernardyński… tego nie wiemy. 😉

2 3

Głos Lubelski z 1.IX.1916 r. (Nr 241)


56

 

Ten sam kierownik, ta sama szkoła i to samo ogłoszenie, co powyżej (w Głosie Lubelskim), ale w nieco innym wykonaniu:

7

 

I ładniejsza wersja gimnazjum z ulicy Bernardyńskiego Bernardyńskiej:

8

 

Reklamowało się też szkolnictwo specjalistyczne, nawet z Warszawy:

9

 

Nauczyciele poszukiwani! Poniżej ogłoszenie „Biura” – być może biura pośrednictwa pracy…

10

Ziemia Lubelska z 1.IX.1916 r. (Nr 429)


…dwadzieścia lat później, czyli w roku 1936…

12

13

 

Podręczniki! Podręczniki! Kupujcie podręczniki!

14

 

Wspominaliśmy już o ulicy Bernardyńskiego – poniżej inny kwiatek czyli ulica… Rusałkowska. Rusakowską została – jak nietrudno się domyślić – Rusałka, przez niektórych (O Borze! – to taki las…) tzw. „lubelaków” zwana nieprawidłowo ulicą Rusałki. Janowi Budzyńskiemu oczywiście współczujemy, a Edwardowi Pruchniakowi mniej.

15

Express Lubelski i Wołyń z 1.IX.1936 r. (Nr 243)


 

Ktoby jechał? Piszcie!

16

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Kur suma czyli dodawanie drobiu

8I nadszedł maj roku 1936. W mieście Lublinie (a nie mieście Lublin, jak się obecnie, po barbarzyńsku zwykło mówić) opadł już świąteczny kurz: obchody Święta Narodowego Trzeciego Maja były, jak co roku, niezwykle udane i jeszcze zupełnie nieskażone  zarazą zmiany dobrej (na tąż przyszło Lublinianom czekać lat jeszcze bez mała osiemdziesiąt).

9

Temat obchodów majowych uważa się więc niniejszym za zamknięty, do odchodów (nie tylko majowych) to nic nie da się obiecać… ale, ale… ad kury domowe alias drób pospolity wracamy. Dnia 5 maja „Express Lubelski i Wołyński” donosił o wielu wydarzeniach wielkiej dla Lublina doniosłości i znaczenia: oto Stefanowi Drasowi z ulicy Wirowej 4 skradziono cztery kury, wartości 10 złotych… Dras mieszkał pod numerem czwartym i skradziono mu… ile kur? Cztery! Przypadek? Nie sądzę… Ale to jeszcze nie koniec tej tajemniczej sprawy: Marii Dubacz, zamieszkałej przy ulicy Żelaznej 53, również ukradziono kury. Zgadnijcie ile. Pięćdziesiąt trzy? A figę! Siedem… Przypadek? Nie sądzę… Sprawy nie udało się wyjaśnić do dnia dzisiejszego i – prawdopodobnie – pozostanie ona jedną z tych nierozwiązanych zagadek historii, w jakie obfitują podręczniki. Lublin drobiowym Trójkątem Bermudzkim. Hmyzie, Dentkiewiczu i wy z Instytutu Prawdy Nieomylnej! Przed wami nowe zadanie…

1

2

            Nie wiem, czy w ogóle jest sens pisać o kradzieży sztaby żelaznej Szrajerowi z Kalinowszczyzny 45, dokonanej przez braci Kalinowskich (a może Vice Kalinowski z tych Kalinowskich – wszak złodziejski gen dominującym jest) z Sierakowszczyzny Nr. 5 (sztaba została odebrana) czy o kontuzji nogi, której doznał 10-letni Andrzej Wajncyld, wpadłszy pod przejeżdżające auto. Nie ma też sensu wspominać o desce, która w czasie kopania  studni spadła na głowę 53-letniemu Stanisławowi Kołtunowi (kopał Kołtun, nie deska) z Biłgorajskiej 25. Nieszczęście w czasie pracy. Nieszczęście?! Ale czyje? Kołtuna czy deski? A może jednak cyklisty?

3

4

5

            Bo  spadł z roweru i doznał wstrząsu mózgu? A z cyklistą było to tak: Aleksander Skrzypiec, młodzian dziewiętnastoletni, choć przy ulicy Dobrej zamieszkały, cyklistą zbyt dobrym nie był najwyraźniej. Po mieście jeździł jak wariat: któregoś razu pędził ulicą z nadmierną szybkością i wtedy przyszła kryska na matyska: złamała się przednia część roweru i o Olek zaliczył glebę. Po prostui upadł na szosę i uderzył o bruk głową z taką siłą, że doznał wstrząsu mózgu.

6

O Borze! (to taki las) chciałoby się rzec,  a skoro wywołano już las (bo wilków z lasu wywołać się już nie dało), to nie pozostaje już nic innego, cytując Krzysztofa Daukszewicza, wódka! tylko wódka!: Wacławowi Lewandowskiemu (Zgodna 3) skradziono z wystawy sklepowej wódkę wartości 18 złotych.

7

P.S. Jedenaście!

Express Lubelski i Wołyński z 6.V.1936 r. (Nr 125)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Problem wielki ubogiej Marcelki

Jak to mówią: kwiecień plecień, bo przeplata… trochę… Trochę? Żadne tam trochę! Plecie ten kwiecień całkiem sporo. Jest tak i było również przed laty, w roku 1936. Oto w numerze 94 z 2 kwietnia roku 1936 „Głos Lubelski” przedstawił ciekawe i dosyć oryginalne rozwiązanie polskich problemów motoryzacyjnych, proponując… furmanizację kraju.

1

Źródłem pomysłu stała się informacja o wzrastającym ruchu furmanek na trasie Warszawa – Brześć, czemu sprzyjały dwa czynniki: niska cena paliwa furmankowego (czyli owsa) oraz bezrobocie na wsi, skłaniające ludzi do poszukiwania dodatkowego zarobku. Koszt podróży trasą liczącą xx km wynosił tylko 5 zł – musiała być to cena konkurencyjna w stosunku do nowocześniejszych sposobów podróżowania, jako że liczba furmanek obsługujących trasę brzeską wciąż wzrastała. A że czas podróży nie był w tym wszystkim sprawą najistotniejszą…

            Ile by ta podróż nie trwała, dotarliśmy w końcu do Lublina, gdzie dziś spotykamy Marcelkę. Marcelka była niewidomą żebraczką, która od dłuższego już czasu włóczyła się po mieście.

23

W swych wędrówkach po lubelskich brukach natykała się co rusz na gromady wyrostków wałęsających się całemi dniami po ulicach miasta, którzy nieustannie Marcelkę zaczepiali i drażnili. Marcelka nie pozostając im dłużna klęła i wymyślała w najordynarniejszy sposób, po prostu aż uszy więdły. A co gorsza na te wymysły i przeklinanie nikt z przechodniów nie reagował. Szkoda tylko, że Redakcja nie chciała zauważyć, że na, równie naganne, zachowanie wyrostków też nikt nie reagował i że piszący te słowa dziennikarz prezentował dość jednostronne podejście do problemu, co można dostrzec w zaproponowanym przez „Głos” rozwiązaniu problemu: Należałoby zająć się tą nieszczęśliwą kobietą i umieścić ją w przytułku dla starców i kalek, gdyż niepodobna dalej tolerować takiego zgorszenia. Gwoździem programu jest, w tym kontekście, propozycja obłożenia nieszczęsnej Marcelki karą administracyjną. Tym niemniej, w zakończeniu artykułu, znajdujemy konkluzję, że Marcelce można pomóc i że powinno tym się zająć Lubelskie Towarzystwo Dobroczynności, bo przecież dla takich ludzi powinno zawsze znaleźć się miejsce.

            A czy wiecie, że tygrysy boją się niebieskiej farby? O Borze! (to taki las)

4

 

Głos Lubelski  z 2.IV.1936 r. (Nr xx)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Krótki tekst ratunkowy czyli dyliżansem po zdrowie

1

W marcu roku 1936 zdarzyło się w Lublinie coś tak potwornie koszmarnego, że aż… w sumie, tak naprawdę, to nie wiemy co… Wiemy jedynie, że niejaki Rembkowski (imienia niestety historia nie przekazała potomności), słowem obraźliwym ranił ciężko pana Jabłońskiego. Dlaczego? Co nim powodowało? To właśnie owa wielka niewiadoma: sprawa musiała być poważna, a pan Jabłoński prawdopodobnie zażądał satysfakcji. Możliwe też, że zagroził wstąpieniem na drogę sądową. Rembkowski, ochłonąwszy, najwyraźniej zmitygował się, a zdając sobie sprawę z ewentualnych skutków swej zapalczywości, postanowił działać. Niestety nie wiemy jak wyglądały rozmowy pokojowe szanownych adwersarzy: wiadomo tylko tyle, że efektem stało się porozumienie: Rembkowski na wezwanie p. Jabłońskiego odwołał obraźliwe słowa. Ponadto przekazał 3 złote na Pogotowie Ratunkowe…

2…Pogotowie Ratunkowe, które było – zdaniem Expressu Lubelskiego i Wołyńskiego – jedyną w mieście instytucją pracującą z tak wielkim poświęceniem dla dobra społeczeństwa. Pracę Pogotowia obrazowały nie tylko statystyki: jak sam już zapewne dostrzegłeś, Szanowny Czytelniku, codziennie w kronikach wypadków codziennych wszystkich pism, dostrzegamy stale powtarzający się zwrot „pierwszej pomocy udzieliło Pogotowie Ratunkowe”. Oczywiście, jak napisała gazeta, to tylko suchy zwrot, nie oddający nawet w części wielkiego wysiłku samarytańskiego, tej niezwykle pożytecznej instytucji. Niestety instytucja tak istotna dla całego Lublina, nie miała stałych źródeł finansowania swej działalności – dochody Pogotowia składały się ze składek nielicznych członków, wpływających – jak zauważył „Express” – dosyć nieregularnie oraz ofiar publicznych. Ale to było zbyt mało, nawet na skromne pensje personelu, pracującego bez przerwy całą dobę, nie mówiąc już o zakupie niezbędnych środków leczniczych i opatrunkowych. Tak finansowane Pogotowie, niejeden raz zetknęło się nawet z groźbą likwidacji! A jeśli chodzi o karetkę… o Borze! (to taki las): jaką znowu karetkę?! Zapewne w całej cywilizowanej Europie, w mieście posiadającym taką ilość ludności jak Lublin, niema konnej karetki Pogotowia Ratunkowego. A Lublin, miasto mające ambicje europejskie miał karetkę z konnym zaprzęgiem… W dodatku w stanie technicznym, w skrócie zwanym lada moment może rozlecieć się na kawałki. „Wandę” – jak Express nazwał konną karetkę – postanowiono zastąpić automobilem z prawdziwego zdarzenia, w tym celu powołując do życia komitet Zakupu Karetki Samochodowej i licząc na ofiarność społeczeństwa lubelskiego. Inicjatywa ze wszech miar słuszna i – zdaniem gazety – nikt nie powinien odmówić zadeklarowania ofiary bodaj najmniejszej, bodaj groszowej, ponieważ dając na karetkę Pogotowia nigdy się nie wie czy kiedyś nie odda nam ona usługi – nam, lub naszym najbliższym.

3I co z tego wynika? Że KOSMOS to prawdziwa muzyka!   

 

Express Lubelski i Wołyński z 22.III.1936 r. (Nr 82)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Skradziono bieliznę…

1Wiktorowi Jankowskiemu (Narutowicza 34). Ponieważ za bieliznę Wiktor zapłacił 100 zł., był więc piątek 13 marca 1936 r. dla niego dniem pechowym. Pecha nie mieli natomiast Zygmunt Miechowski i Zdzisław Guz (Sieroca 1), bo nie chodzili głodni. A że głód zażegnali ciastem skradzionym Jakubowi Tulerowi (Lubartowska 28)… By nie skupiać się znowu wyłącznie na kradzieżach, odnotujmy tylko, że cytowany „Express Lubelski i Wołyński” sprzed 80 lat wspomniał m.in. o zaginięciu: dziesięcioletniego chłopczyka, dwóch kur, sześciu gołębi i roweru męskiego.

2345


Oraz skarbu żebraczki, co było już sprawą większej rangi, ponieważ „Express” poświęcił jej osobny artykuł (artykulik – mówiąc ściślej). Ryfce Szulmajster, żebraczce, skradziono 298 zł. z kuferka oddanego na przechowanie. Żebractwo okazuje się być więc całkiem intratnym zajęciem – dla porównania: pracownik umysłowy zarabiał w tym czasie od 160 do 300 zł, a wspomniany przed chwilą skradziony rower wart był 250 zł. Moi drodzy: wszyscy na ulicę!

6


Gazeta poświęciła swe łamy nie tylko sprawom kryminalnym: w krótkiej notce zaprezentowano Czytelnikom efekty pracy lubelskiej komisji sanitarnej. Sytuacja nie przedstawiała się zbyt dobrze, czego dowiadujemy się już w tytule: Brud i niechlujstwo. Smutne wyniki lustracji komisji sanitarnej w Lublinie. Komisja kontrolowała posesye kilkudziesięciu zakładów przemysłowych, handlowych i.t.p., stwierdzając brud i niechlujstwo w piętnastu jatkach, sześciu sklepach spożywczych i trzech sodówkach.

9


Przejdźmy do rzeczy mniej przyziemnych: oto wielkimi kroki zbliżał się dzień 19 marca, czyli corocznie obchodzone imieniny Marszałka Józefa Piłsudskiego. W roku 1936 Marszałka nie było już pomiędzy żyjącymi, dlatego też, w dzień Jego imienin, postanowiono uczcić w nastroju poważnym pamięć Tego, który Polskę wywiódł z niewoli i na drogi rozwoju mocarstwowego skierował. Naczelny Komitet Uczczenia Pamięci Marszałka Józefa Piłsudskiego postanowił, że nie będą urządzane akademje ani w szerszym zakresie obchody żałobne. Nie uczczono więc, w sposób uroczysty, nawet Tego, który niewątpliwie na wdzięczność i pamięć Narodu sobie zasłużył; co powiedzieliby nasi szlachetni Przodkowie, widząc, że obecnie chce się urządzać miesięcznice każdej (o Borze! – to taki las) pękniętej gumy!

7Tak, nie mylicie się: zgodnie z panującym obecnie klimatem na skanie powyżej zastosowano C E N Z U R Ę! To po to, żebyście nie mogli wszystkiego przeczytać…

Jedyną formą uczczenia pamięci Marszałka miało być przemówienie radiowe Pana Prezydenta Rzeczpospolitej (tak, byli wtedy Panowie Prezydenci) wygłoszone w dniu 18 marca. W związku z tym Komitet zwrócił się z prośbą do wszystkich posiadaczy głośników aby je tak umieścili by przemówienie Pana Prezydenta mogło być słyszane przez domowników ale i na ulicy. Przemówienie miało być utrwalone na stillu i dwukrotnie wyemitowane przez Polskie Radio w dniu 19 marca. W lubelskiej katedrze, na godzinę 10 zapowiedziano uroczyste nabożeństwo za spokój duszy Zmarłego Wodza Narodu, z udziałem władz państwowych i instytucyj. Władze wojskowe przygotowały ponadto przemarsz oddziałów wojskowych przed sztandarem w tak werbla. Jedyną melodią odegraną przez wojskową orkiestrę miał być Hymn Narodowy. Czasem to naprawdę wystarczy…

8

Express Lubelski i Wołyński z 13.III.1936 r. (Nr 73)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Autobus z Radzynia jednak nie przyszedł…

Zazgrzytało, zaświstało (choć mógłbym przysiąc, że i załomotało), po czym zapadła cisza. Nareszcie – pomyślałem z ulgą i spojrzałem na tarczę chronometru ­– i to by było na tyle, jeżeli chodzi o dobre wiadomości… chronometr znowu pokazywał rok 1936. Miałem nadzieję, że ten dzien, 8 lutego, przyjdzie mi spędzić w innym roku. A tu tylko trzydziesty szósty i trzydziesty szósty! No cóż, los znów zadecydował inaczej. Jakby już nie wystarczyło nieszczęście o nazwie Lublin. Wyjątkowo pechowe, by nie rzec przeklęte. Zarzuciłem na plecy cieplutki paletocik, wzułem buty, czapkę na głowę i rękawice… na ręce i ruszyłem na miasto.

SM0_1-G-3845Zima na Placu Litewskim

Ale tu śniegu!

1

Śniegi jakie padają od paru dni w lubelskiem, nie są bynajmniej takie małe jakby się zdawało ludziom w mieście, gdzie śnieg topniał przez szereg dni i utrzymuje się dopiero od wczoraj. Czyli, że co? Że gdzieś jest gorzej niż w Lublinie? Na prowincji śniegi są duże, a zaspy potworzyły się na drogach tak wielkie, że spowodowały poważne utrudnienia w komunikacji. Znów zima zaskoczyła drogowców? Najwyraźniej tradycje w zaskakiwaniu liczą już sobie co najmniej 80 lat. Nieźle. Jeśli chodzi o komunikację samochodową, to Lublin jest w tej chwili niemal odcięty od świata. Jeśli jeszcze trochę busiarze posabotują Polskiego Busa, to tak się właśnie skończy… Funkcjonują tylko dwie linje: na Kurów-Warszawa i na Puławy-Kazimierz-Opole. Reszta linji została unieruchomiona od czwartku. Rzeczywiście, dała się zima ludziom we znaki, a teraz to wystarczy, że lada śnieżek poprószy i już klęska narodowa. Na pewno o wielkim szczęściu mogli mówić podróżni wybierający się do Radzynia – dziś rano odszedł jeszcze autobus do Radzynia, ale już wracający do Lublina mieli olbrzymiego pecha: autobus z Radzynia jednak już nie przyszedł… Ale kto by tam chciał w taką pogodę jechać do Radzynia: to nie mój problem, ja tylko do Lubartowa chcę skoczyć na chwil kilka. Lecz cóż to?! Dokumentnie zasypane! „Natomiast na linji lubartowskiej na dziesiątym kilometrze od Lublina, ugrzązł wczoraj autobus, który nie może przedostać się ani w jednym ani w drugim kierunku. Dobrze przynajmniej, że w ogóle można te kilometry jakoś przebrnąć, dzięki czemu przynajmniej pasażerowie dotarli do Lublina na piechotę. Ale autobus pozostał w polu. Zatem nici z podróży do Lubartowa.

SM0_1-U-3461-1Mimo trudnych warunków pogodowych, podjęto próbę przywrócenia normalnej komunikacji samochodowej: Na niektórych linjach autobusowych próbują obecnie rozkopywać zaspy, tak że niedługo podjęte będą próby uruchomienia tych linji. Nieustannie padający śnieg i wiejący wiatr czynił te wysiłki daremnymi: ponieważ jednak śniegi padają z małemi przerwami dalej, a wiatr zdmuchuje śnieg z miejsc odsłoniętych – nie wiadomo czy rozkopywanie miejsc da rezultaty. I dlatego też trzeba się (…) liczyć z kilkudniową przerwą w ruchu autobusowym.

Pomyślałem, że nic tu po mnie – rzeczywiście rok 1936 nie był najlepszym pomysłem. Spróbujmy zatem szczęścia w innym czasie… wróciłem do Wehikułu: szast, prast, świst, zgrzyt… rok 1916!

1Śnieg się jeszcze dobrze nie roztopił na mym szykownym paletociku, a już ponownie wychodziłem na miasto. – Co za smród! – ledwie zdążyłem pomyśleć i już leżałem na plecach w stercie pośniegowego błota. A niech mnie, co tym razem?!

Z miasta. (j) Na ulicach naszego miasta leżą po bokach kupy śniegu i błota, które zwolna topniejąc, wydzielają niemiły zapach i zarażają powietrze. Zacząłem się zastanawiać, gdzie są służbypo prostu, nie mogłem wyjść ze zdumienia, kto za to wszystko odpowiada? Zgadzam się z tym, że „należy je jak najrychlej usunąć i wywieźć za miasto”.

SM0_1-U-3467Za dużo, jak na jeden dzień, tych wszystkich podróży temporalnych. Czas zbierać manatki i wracać do 2016.

Wiiizg, śliiizg, stuku, puku… ­– Ok, wychodzę na miasto – wyszedłem – O Borze! (to taki las…)

 

Głos Lubelski z 8.II.1936 r. (Nr 36) i Ziemia Lubelska z 8.II.1916 r. (Nr 59)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej i Narodowego Archiwum Cyfrowego
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Powiedz, powiedz, błagam w męce!” Kruk odrzecze: „Nigdy więcej.

Ze wspomnień redaktora Pielesza:

Rankiem 6 lutego 1936 r. wzniósł się nad Lublinem gromki mieszkańców okrzyk: „Chaaaliera jaaasnaa! Ot i znów podeptali!” Wiatr złowieszczo zawodził, trzaskając niedomkniętymi okiennicami. Na sznurach rozpaczliwie łopotały pojedyncze sztuki nierozkradzionej jeszcze bielizny. Kogut na wieży furgotał zmieszany: Quo vadis Wędrowcze, jakie masz plany… Arma Gideon z chichotem zacierał ręce… – w tym miejscu przerwał, nie pozwalając, by niczym nie skrępowana fantazja opanowała szpalty „Głosu Lubelskiego”. Przekreśliwszy tekst z rezygnacją, rozpoczął nową linijkę: Niszczenie plantacji miejskichtak, taki neutralny tytuł może być jak najbardziej – pomyślał. Trzeba by teraz przypodobać się chlebodawcom i napisać o nich coś pochlebnego – dumał, przygryzając ołówek – ostatnio jak dowaliłem Zarządowi za dziury na Granicznej, Pan Prezydent nie był zadowolony – wzdrygnął się odruchowo – dobrze, że jest wyrozumiały, bo mógł zabić… . Hmm, to może tak: „Zeszłego roku Zarząd m. Lublina regulując ulicę Zamojską, uporządkował miedzy innemi i skarpy boczne, obkładając je pięknie darniną, przez co ulica Zamojska uzyskała piękny wygląd, miły dla oka ludzkiego.”

POCZ_U_4937_0010

– Teraz powinien być zadowolony – skonstatował pochłaniając kolejny centymetr ołówka – swoją drogą, po co cały czas regulować te ulice? Nowy wiek już w pełni… wieku (dziwne sformułowanie, ale mi się podoba), ludzie tu obok mieszkający, chodnika nie mają: co wiosna w błocku toną okrutnym, lampy wszystkie nie palą się, nieczystości – dla braku kanalizacji – po ulicach rozlewa się, a ten (cholera!) Technokrata pier…wszypsuj jeden, kwiatki wtyka w latarnie! Chyba jaki ułomny… jeśli uważa, że ulice nie dla ludzi są… Tylko patrzeć, a zabroni nam mostami chodzić, bo stwierdzi, że są do tańczenia … – zarechotał, omal nie połykając ołówka – … nie, tu chyba mnie trochę poniosło, bo przecież takim kretynem nie jest. No dobra, wracajmy do artykułu – spoważniał w jednej chwili, jakby obawiając się, że jego myśli są na podsłuchu (były, choć 7 luty jeszcze nie nadszedł) – skoro Miasta nie mogę tykać, to komu by tu dowalić tym razem? Wegetarianom? Nie, raczej nikt nie zżera tych trawników… Cyklistom?

POCZ_U_1981

Ale kto uwierzy, że miast jechać po równym, męczą się na skarpie (rzeczywiście miał rację, ale w jego czasach nie było jeszce telewizji po „dobrej zmianie”). O psach już pisałem przy Saskim, a koty są teraz nie do ruszenia (sorry, taki mamy klimat). Już wiem! Dzieci! Nie mogą się bronić więc…: „Nie wiele to pomogło, bo oto dzieci, uczęszczające do szkoły powszechnej, mieszczącej się przy ul. Miedzianej nic z sobie z napisów nie robią i łażą po trawnikach, a głównie po skarpach i psują takowe, obsuwając darninę”. W myślach już zacierał ręce, przygryzając kolejne centymetry ołówka. – A teraz dowalę szkole – uśmiechnął się w duchu – to teraz takie modne: „Jak z tego widać, dzieci te niewiele korzyści wynoszą ze szkoły, gdzie poza nauką czytania i pisania…”, czytania? – żachnął się, tym razem bez udziału ołówka – przecież „nic z napisów sobie nie robią”, czyż nie napisałem? Napisał.  – A dlaczego? BO NIE UMIEJĄ CZYTAĆ! Niezła mi szkoła… Gdzie to ja skończyłem… A tak! O wychowaniu teraz: „…powinne być wychowywane na pożytecznych obywateli kraju, a nie szkodników społecznych, ponieważ szkoła, w naszem rozumieniu, powinna być jednym z głównych czynników wychowawczych.” Nieźle napisane! – pokraśniał z dumy – No nieźle, ale co się dziwić – w końcu to ja napisałem! Przerwał rozważania, jako że w tym momencie usłyszał w głowie cichutki szept: r o d z i c e… Z wrażenia zaniemówił, pakując do ust to, co jeszcze zostało z ołówka. Po chwili jednak odzyskał równowagę ducha i przegonił Zdrowy Rozsądek – bo to on podszeptywał – słowami: Mogę ci podać 500 plus nie wiadomo ile jeszcze powodów, że nie masz racji… – Zdrowy Rozsądek czmychnął w jednej chwili: wiedział, że z głupotą nie wygra. Wyjąwszy spomiędzy zębów, pomniejszony o kolejny centymetr, ołówek, wrócił do pisania.

POCZ_U_2831

I od razu wpadł na pomysł idealnego zakończenia: Trzeba dowalić prywatnym właścicielom nieruchomości! To nieważne, że na miejskich gruntach bajzel – entuzjazmował się czekającą go nagrodą – wszak Pan Prezydent zawsze powtarza, że Miasto jest po to, by walczyć z jego mieszkańcami: „Wina jest i dozorcy domu, który pamiętać powinien nie tylko o zamiataniu, ale również dbać o plantacje, położone przy tymże chodniku”. Niechby strzelał do gówniarzy, he, he…  – zaśmiał się triumfalnie. I wtedy połknął ołówek.

1

2

Głos Lubelski z 6.II.1936 r. (Nr 36)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Wołanie o inteligentnego. Niekoniecznie cenzora…

Z pewnością trudno w to uwierzyć, ale zrządzenie losu (wtajemniczeni wiedzą, iż można to sformułowanie traktować dosłownie) spowodowało, że dziś ponownie odwiedzamy Lublin w roku 1936. Ten sam los sprawił, że naprawdę niewiele uwagi godnych rzeczy wydarzyło się dnia 25 stycznia tegoż roku. Przynajmniej według ówczesnej prasy. I w tym miejscu moglibyśmy (O Borze! – to taki las…) zakończyć dzisiejsze wydanie „Kuriera z Lublina” – szczęśliwie z pomocą przyszli nam… złodzieje bielizny! Jak zapewne pamiętacie, rok miniony obfitował w doniesienia o bieliźnianych kradzieżach. Nie inaczej jest i w roku bieżącym.

1
Okazuje się, że majtkowi gangsterzy obrali sobie za siedzibę Majdan Tatarski i stamtąd kierowali operacjami odzieżowymi w całym mieście. Za którymś jednak razem opuściło ich szczęście… Śledztwo ustaliło, że kradzieży bielizny i pościeli na sumę 500 zł. w mieszkaniu Jana Urbanowicza Majdan Tatarski 24 dokonali Stanisław Listos, Majdan Tatarski 51 i Stefan Szczygielski Majdan Tatarski 54. Złodzieji aresztowano. W więzieniu z pewnością nie mogli spodziewać się ciepłej pierzynki…

1To samo wydarzenie z innej perspektywy…

Ciekawostka: redaktorzy „Expressu Lubelskiego i Wołyńskiego” mieli dla miłośników halki i kalesonów znacznie mniej zrozumienia, niż ich koledzy z „Głosu Lubelskiego”. Opisując bowiem całe zdarzenie napisali, że: złoczyńców aresztowano i przekazano władzom sądowym. Najwyraźniej ktoś z redakcji „Expressu” stracił ulubioną kołderkę…


Minister_SkladkowskiFelicjan Sławoj Składkowski, w latach 1936-1939 pzemier rządu RP,
tutaj jako minister spraw wewnętrznych

 

A teraz coś o czasach: czasy mamy paskudne. Cóż poradzić, takie życie… Nie rozwodzimy się jednak nad tematem, pozostając przy konstatacji, że zapewne nadchodzą złote lata dla cenzury. Oczywiście, nie chciałbym być złym prorokiem, ale nawet Ukochana Żona zauważyła moją niezwykłą skuteczność w tej dziedzinie (znaczy prorokowania). Co – tak na marginesie – wcale mnie nie cieszy („prorokowanie”, nie „Ukochana Żona”!). Ponieważ jednak nie mam wpływu na dar prorokowania, powrót kontroli publikacji i widowisk jest już w zasadzie przesądzony (jedno z widowisk już się nawet skontrolowało). Nawiązując do dziejów cenzury w Polsce, warto przypomnieć, że zupełnie niesłusznie przyjęto kojarzyć tę instytucję wyłącznie z PRL. Nadzór nad publikacjami ma bowiem kilkuwiekową tradycję: wystarczy wspomnieć kościelny indeks ksiąg zakazanych. Cenzura, co oczywiste, istniała i w czasach zaborów i w czasie wojennej zawieruchy 1914-1918. Nie wszyscy jednak wiedzą, że publikacje cenzurowano również w Niepodległej (1918-1939). Zjawisko przybrało na sile zwłaszcza po przewrocie majowym roku 1926, kiedy to do władzy doszedł obóz polityczny zwany Sanacją. Nie dopuszczano wówczas do druku nie tylko artykułów szkodliwych dla polskiej racji stanu (np. propagujących wspieraną przez Sowietów ideologię komunistyczną), ale zdejmowano z łam gazet również artykuły krytyczne dla ówczesnej władzy.

Rzad_Skladkowskiego_1936Rząd Sławoja Składkowskiego (1936) – premier czwarty od lewej

 

W tym też kontekście warto przytoczyć krótką notkę z przywołanego już dziś „Głosu Lubelskiego”. „Głos” był gazetą związaną z ruchem narodowym: w latach 30-tych wyrażane na jego łamach opinie uległy znacznej radykalizacji (podobnie jak pozostała działalność ruchu narodowego): na sile przybierała krytyka rządzącej Sanacji i wystąpienia antyżydowskie. Porównując numery „Głosu” z roku 1926 np. z tymi z roku 1936, bez trudu da się to zjawisko zauważyć.

2
Zapewne taki właśnie, nieprzychylny ówczesnej władzy, artykuł nadesłał do „Głosu” czytelnik St. Białynia, recenzując „Strzępy meldunków” Felicjana Sławoja Składkowskiego („Strzępy…” to wspomnienia Składkowskiego o współpracy z Jozefem Piłsudskim). Redakcja chętnie by rzecz tą opublikowała, ale niestety musi odmówić, gdyż mamy zbyt inteligentnego cenzora, by móc umieścić nadesłane nam rozważania (…) – pozna się na rzeczy dodaje. I ze smutkiem konstatuje: A szkoda, bo są świetne!
Jednak, mimo wszystko, najgorszą formą cenzury jest niewątpliwie auto…

Głos Lubelski z 25.I.1936 r. (Nr 24) i Express Lubelski i Wołyński z 25.I.1936 r. (Nr 25)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej oraz Wikipedii
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Post Navigation