Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the tag “styczeń”

Lublin w okowach…

…zimy. Aż chciałoby się wykrzyknąć O Borze! (to taki las…) ależ pieruńsko zimno, ale… się nie wykrzyknie: wszak jest zima i musi być zimno. Tak jest teraz, tak było i kiedyś w Lublinie (w innych miejscach takoż). Sześć dekad temu miasto znalazło się więc w zimowych okowach, co z lubością relacjonował ówczesny „Kurier Lubelski, zwracając uwagę na plusy tej sytuacji:

  • że miasto w nocy ładniejsze (to prawda, lecz nie tylko nocą, bowiem śnieg świeży ma tę magiczną właściwość skrywania wszelkich nieporządków miejskich, że w śniegu świat zawsze piękniejszy);

  • że dzieci śniegiem się cieszą (czy i dzisiaj? Bo raz, że często nie wiedzą, czym się cieszyć, dwa, że dzieci na dworze…?, a trzy… podobno za spacer po Saskim z dzieckiem będzie się dostawać mandaty… ).

Zauważa też kurier minusy zimowej aury:

  • że autobusy w szczerym polu, w sen zimowy po zaspach zapadają;

  • że z zaopatrzeniem w odzież zimową kiepściutko, oj kiepściutko…

  • że śniegu się tak nie sprząta (a no napisali…)

A puenta? Zamarzła, bo nieogacona w porę…

P.S.

„Kurier Lubelski”  nr  25 z 25 I 1958 r. i „Gazeta Gdańska – Echo Gdańskie” z 24 II 1928 r.

Ilustracje własne, ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej i Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

 

Krótka rozprawa między Osobami

Szczególny widok ogólny Lublina (ok. 1918 r.)

Sto lat minęło, jak jeden dzień… O Borze!  (to taki las…) jak ten czas szybko leci. W styczniu roku 1918 „Głos Lubelski” postulował przeprowadzenie w Lublinie pewnych zmian. Sto lat minęło…

Rzeczywiście, czas by Lublin pomyślał o godnym przygotowaniu się do roli, którą niezawodnie wypadnie mu odgrywać w dziejach Polski.

Prawda: czas najwyższy (plus sto lat).

Wszak, pod wieloma względami jest on miastem drugiem po Warszawie. Łódź liczebnie większa, nie będzie miał nigdy tego znaczenia kulturalnego, dla kraju, które Lublin miał zawsze, a które musi wzmacniać w przyszłości. jest on pięknym zabytkiem architektonicznym, pełno w nim pamiątek narodowych, ogniskuje (…) ruch handlowy, będzie zawsze niesłychanie ważną strażnicą polskich kresów.

Już nie jest drugim… Wszak mamy Poznań, Gdańsk, Szczecin, Wrocław, Kraków i… sporo innych miast. Nawet Rzeszów…

Sił żywotnych miasta posiadającego tyle wartości, spełniającego tyle zadań, nie wolno osłabiać, nie wolno pomniejszać przez niedbalstwo i skąpstwo. 

I cóż z tego, że nie wolno, skoro wciąż się i pomniejsza, i osłabia…

 Zaspokoić potrzeby kulturalne mieszkańców.

No niby jest Centrum Spotkania Kultur. Bakteryjnych? Są Cosienalia. Most też jest kulturalny. Pod mostem z kulturą już gorzej…

Stworzyć wreszcie takie warunki, któreby nie wyganiały z miasta najlepszych obywateli – tych którzy czują najwrażliwiej, więc nie mogą znieść istniejących urządzeń sanitarnych i innych.

Musicie wiedzieć, że Gdynia jest fajna. Gdańsk też niczego sobie. Sopot? Trochę przereklamowany…

Wyposażenie Lublina w jakie takie warunki schludności i hygieny odbije się natychmiast na zdrowiu i dobrobycie ludności. Wzmoże się szczęście jednostki i gromady.

Już dwa lata wzmaga się szczęście jednostki i gromady z ulicy Wesołej. Ergo: prawda to.

Zakwitnie ta i owa sztuka.

Przybysz z innej miejscowości Polski, znalazłszy w Lublinie środowisko kultury i chyżego postępu w tej czy innej dziedzinie pracy, nawiąże z ludnością stosunki handlowe, przemysłowe, a, wróciwszy do swoich, nie będzie ich bawił opowiadaniami o „porządkach lubelskich”.

Chodź, opowiem Ci bajeczkę.

Nikt nie wątpi, że wobec mających się rozpocząć robót miejskich, czasy brudu, zaduchu, błota i ohydnych kurzaw ulicznych, są w Lublinie na schyłku. Z każdym rokiem będzie lepiej. Musi być lepiej…

…optymizm jest bowiem cechą prawdziwie lubelską.

Zapewne ani Magistrat, ani jego Wydział Budowlany, ani Rada Miejska nie myślą opóźnić sprawy. Ale mogą działać mniej lub bardziej energicznie.

„Mniej działać” już się nie da, energiczniej – c’est impossible.

Otóż stopień tej energii napewno się podwyższy, jeśli opina publiczna miasta nie poskąpi Zarządowi bodźców, przypominań, pochwał i nawet oznak niecierpliwości.

Panie Prezydencie, proszę nie dziękować!

Nie wstydźmy się naszej chęci zdobycia warunków kulturalnych. Więc na wieść o podjętych pracach budowlanych i sanitarnych w naszem mieście, powiedzmy Panu Prezydentowi i panom Radnym: nigdy zawiele wysiłków, nigdy zawiele pośpiechu!

Mówimy więc.

P. S. W Lublinie fajne są trolejbusy. Ale w Gdyni też są, ale nie zamarzają…

 

„Głos Lubelski”  nr  19 z 19 I 1918 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Nie pożądaj żadnej rzeczy, która jego jest!

Owoców nie swoich też nie pożądajcie!  Lublin, ul. Cyrulicza  w 1938 r.

Bez zbędnych dywagacji, bez zbędnych O Borze! (to taki las…), przechodzimy do konkretów. Nie pożądaj więc:

  • 1) torebki Pani Klepki Bronisławy (ani żadnej innej takoż);

  • 2) zakąsek, piwa i wina (zwłaszcza jeśli nie możesz za nie zapłacić);

 

  • 3) garderoby nadesłanej paczką wprost z Ameryki (jeśli paczka nie do ciebie, nawet jeśliś amerykańskiej garderoby wielkim amatorem);

  • 4) artykułów spożywczych ze spiżarki (kompociku się zachciało?);

  • 5) szyn nieswoich (nawet jeśli liczba ich nieparzysta);

  • 6) SZYN?

  • 7) Nie pożądaj również nie swojej broni, nawet jeśli Bronia nie ma nic przeciwko (tu już wchodzi inne przykazanie, lecz: jej torebki również nie pożądaj, zob. p. 1).

Po prostu, nie pożądaj! Nawet jeśli nie jest to rok 1938 i nie jest to Lublin, a rzeczy, które chciał(a)byś porządnie pożądać, nie ma na naszym wykazie…

…NIE POŻĄDAJ I JUŻ!

 

„Głos Lubelski”  nr 10 z 11 I 1938 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej i fotopolska.eu
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Lustereczko, lustereczko… Powiedz przecie…

Okazuje się, że teza postawiona w poprzednim naszym wpisie jest (przynajmniej na razie) na wyrost i oto jutro nadeszło i jest już dzisiaj: mamy zatem rok dwa tysiące i osiemnasty, a w roku tym pełno roczNIC, przeczNIC i obietNIC. A także nadziei, że nie ostanie nam się, jak temu chamowi z Wyspiańskiego, jeno sznur (czyli właśnie nic). Nic to, trza się otrzepać i wznowić wędrówkę przez czas i przestrzeń, przy akompaniamencie słynnego już „O Borze! (to taki las…) wezwania. Zatem do roboty!

I na początek dobra wiadomość: wraca na łamy „Kuriera z Lublina” „Express Lubelski i Wołyński”, wzmacniając tym samym, skromną bazę źródłową „Gabinetu”. A korzystając z okazji, wyrażamy nadzieję, że w roku nowym, Sympatyczni Koledzy z lubelskiej Wszechnicy (tej, co sto jedenasty rok ma już na karku), dorzucą trochę zdigitalizowanych czasopism lubelskich. I chociaż podobno spes mater jest stultorum, ja jednak contra spem – spero. Koniec wymądrzania się, czas na gołe (nie zimno im w styczniu?) fakty…

Mamy więc 1 styczeń roku 1938. Lublin i Lubelszczyzna oddają się refleksji nad czasem minionym:

O roku ów:

  • przyniosłeś poprawę gospodarczą: dla miasta i regionu;
  • rynek pracy znacząco podreperowałeś (fabrykami Hessa i Moritza, tudzież innymi);
  • suszą wielką dopiekłeś wszystkim, dzięki czemu „wielki zjazd rolniczy” w Lublinie miał o czym rozprawiać;
  • Centralny Okręg Przemysłowy ku nam żeś przybliżyć raczył (choć wojną niedaleką, jego zniweczenia żeś przewidzieć nie potrafił);
  • dałeś nam płonną nadzieję na szkołę cywilną dla pilotów w Świdniku (nie wspominając już o niezrealizowanym planie przeniesienia na ten teren jednego z poważniejszych ośrodków wyszkoleniowych wojskowych;
  • pokazałeś, jak wielkie trzeba podjąć wysiłki w kierunku uporządkowania miasta (1937-2017);
  • w sporcie żeś specjalnie nie zachwycił;
  • ujawniłeś, że w Lublinie dziedzina życia umysłowego i kulturalnego w dalszym ciągu tkwi w impasie, nie mogąc wyjść na twórcze ścieżki…

…zaraz, zaraz czy aby na pewno chodzi o rok 1937?

Lublin (sed in loco Gdańsk et Gdynia), Anno Domini 2018.

 

„Express Lubelski i Wołyński”  nr 1  z 1 I 1938 r. – dodatek świąteczny

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Dla potrzebujących… Rusałka

W dzisiejszym wydaniu „Kuriera” taka oto sytuacja: mamy Lublin, mamy rok 1917, mamy „Głos Lubelski, mamy wreszcie rzecz dzisiaj przez „prawdziwych” tak znienawidzoną – pomoc potrzebującym. Czego zaś nie mamy? O Borze! (to taki las…) – czy to takie istotne?

pocz_u_6344

Ale jest i Rusałka…

1

2

I dowód na to, że „żywe trupy ” nie są wcale wymysłem twórców serialu „The Walking Dead”:

3

Głos Lubelski  z 29.I.1917 r. (Nr 28)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Lubelskie szopki

pocz_u_6448_0016

Dziecięciem będąc, lubiłem nawiedzać szopki w kościołach lubelskich w czasie Bożego Narodzenia egzystujące (Uwaga! To stare słowo…). Bez wdawania się w szczegóły, zdradzę Wam, że zawsze najbardziej podobały mi sę szopki tradycyjne, figuralne, zaś te wszystkie ojczyźnianopatryjotyczne – niekoniecznie… I do tej pory lubię szopki oglądać… niestety, w tym roku słabość organizmu pozbawiła mnie tej przyjemności i…

chorobą złożonym w łoże

ich nie widziałem – o Borze! (to taki las)

dlatego też z prawdziwą przyjemnością przedstawiam Wam wędrówkę po lubelskich szopkach 70 lat temu. Nie ukrywam, że ogromną radość sprawiło mi odnalezienie tego artykułu w „Gazecie Lubelskiej” z roku 1947.

1

Warto również poznać, zapomnianą już chyba dzisiaj, historię dzwonów z kościoła O.O Dominikanów lubelskich.

pocz_u_6401

I na koniec smutna wiadomość: to już naprawdę ostatnia nasza wizyta w Lublinie roku 1947…

2

Gazeta Lubelska nr 6 z 8 I 1947 r.


Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej (a konkretnie z tej obchodzącej w tym roku 105-lecie istnienia Niepowtarzalnej Książnicy)
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Wołanie o inteligentnego. Niekoniecznie cenzora…

Z pewnością trudno w to uwierzyć, ale zrządzenie losu (wtajemniczeni wiedzą, iż można to sformułowanie traktować dosłownie) spowodowało, że dziś ponownie odwiedzamy Lublin w roku 1936. Ten sam los sprawił, że naprawdę niewiele uwagi godnych rzeczy wydarzyło się dnia 25 stycznia tegoż roku. Przynajmniej według ówczesnej prasy. I w tym miejscu moglibyśmy (O Borze! – to taki las…) zakończyć dzisiejsze wydanie „Kuriera z Lublina” – szczęśliwie z pomocą przyszli nam… złodzieje bielizny! Jak zapewne pamiętacie, rok miniony obfitował w doniesienia o bieliźnianych kradzieżach. Nie inaczej jest i w roku bieżącym.

1
Okazuje się, że majtkowi gangsterzy obrali sobie za siedzibę Majdan Tatarski i stamtąd kierowali operacjami odzieżowymi w całym mieście. Za którymś jednak razem opuściło ich szczęście… Śledztwo ustaliło, że kradzieży bielizny i pościeli na sumę 500 zł. w mieszkaniu Jana Urbanowicza Majdan Tatarski 24 dokonali Stanisław Listos, Majdan Tatarski 51 i Stefan Szczygielski Majdan Tatarski 54. Złodzieji aresztowano. W więzieniu z pewnością nie mogli spodziewać się ciepłej pierzynki…

1To samo wydarzenie z innej perspektywy…

Ciekawostka: redaktorzy „Expressu Lubelskiego i Wołyńskiego” mieli dla miłośników halki i kalesonów znacznie mniej zrozumienia, niż ich koledzy z „Głosu Lubelskiego”. Opisując bowiem całe zdarzenie napisali, że: złoczyńców aresztowano i przekazano władzom sądowym. Najwyraźniej ktoś z redakcji „Expressu” stracił ulubioną kołderkę…


Minister_SkladkowskiFelicjan Sławoj Składkowski, w latach 1936-1939 pzemier rządu RP,
tutaj jako minister spraw wewnętrznych

 

A teraz coś o czasach: czasy mamy paskudne. Cóż poradzić, takie życie… Nie rozwodzimy się jednak nad tematem, pozostając przy konstatacji, że zapewne nadchodzą złote lata dla cenzury. Oczywiście, nie chciałbym być złym prorokiem, ale nawet Ukochana Żona zauważyła moją niezwykłą skuteczność w tej dziedzinie (znaczy prorokowania). Co – tak na marginesie – wcale mnie nie cieszy („prorokowanie”, nie „Ukochana Żona”!). Ponieważ jednak nie mam wpływu na dar prorokowania, powrót kontroli publikacji i widowisk jest już w zasadzie przesądzony (jedno z widowisk już się nawet skontrolowało). Nawiązując do dziejów cenzury w Polsce, warto przypomnieć, że zupełnie niesłusznie przyjęto kojarzyć tę instytucję wyłącznie z PRL. Nadzór nad publikacjami ma bowiem kilkuwiekową tradycję: wystarczy wspomnieć kościelny indeks ksiąg zakazanych. Cenzura, co oczywiste, istniała i w czasach zaborów i w czasie wojennej zawieruchy 1914-1918. Nie wszyscy jednak wiedzą, że publikacje cenzurowano również w Niepodległej (1918-1939). Zjawisko przybrało na sile zwłaszcza po przewrocie majowym roku 1926, kiedy to do władzy doszedł obóz polityczny zwany Sanacją. Nie dopuszczano wówczas do druku nie tylko artykułów szkodliwych dla polskiej racji stanu (np. propagujących wspieraną przez Sowietów ideologię komunistyczną), ale zdejmowano z łam gazet również artykuły krytyczne dla ówczesnej władzy.

Rzad_Skladkowskiego_1936Rząd Sławoja Składkowskiego (1936) – premier czwarty od lewej

 

W tym też kontekście warto przytoczyć krótką notkę z przywołanego już dziś „Głosu Lubelskiego”. „Głos” był gazetą związaną z ruchem narodowym: w latach 30-tych wyrażane na jego łamach opinie uległy znacznej radykalizacji (podobnie jak pozostała działalność ruchu narodowego): na sile przybierała krytyka rządzącej Sanacji i wystąpienia antyżydowskie. Porównując numery „Głosu” z roku 1926 np. z tymi z roku 1936, bez trudu da się to zjawisko zauważyć.

2
Zapewne taki właśnie, nieprzychylny ówczesnej władzy, artykuł nadesłał do „Głosu” czytelnik St. Białynia, recenzując „Strzępy meldunków” Felicjana Sławoja Składkowskiego („Strzępy…” to wspomnienia Składkowskiego o współpracy z Jozefem Piłsudskim). Redakcja chętnie by rzecz tą opublikowała, ale niestety musi odmówić, gdyż mamy zbyt inteligentnego cenzora, by móc umieścić nadesłane nam rozważania (…) – pozna się na rzeczy dodaje. I ze smutkiem konstatuje: A szkoda, bo są świetne!
Jednak, mimo wszystko, najgorszą formą cenzury jest niewątpliwie auto…

Głos Lubelski z 25.I.1936 r. (Nr 24) i Express Lubelski i Wołyński z 25.I.1936 r. (Nr 25)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej oraz Wikipedii
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Pogodowe kryminałki

1

24 stycznia 1936 r. słońce nad Lublinem wzeszło o godzinie 7 minut 50, a zaszło o 16 minut 7. W kinie „Apollo”, tego właśnie dnia, doszło do radykalnej zniżki cen, zatem nic nie stało na przeszkodzie, by obejrzeć najnowszy dramat wojenny z Jackiem Holtem, zatytułowany „Burza nad Andami”.

lf

W mieście pogoda była o wiele spokojniejsza, zupełnie nieburzowa: temperatura dnia poprzedniego według termometru Bramy Krakowskiej była następująca: godz. 6-ta rano +1, godz. 12 w południe +0, godz. 18 +0. Codzienny raport o pogodzie publikował „Głos Lubelski”. Z tegoż „Głosu” dowiadujemy się też co nieco o kryminalnej codzienności naszego miasta.

2

      Wyobraźcie sobie, że – w owym czasie – przy ulicy Jezuickiej 14 w Lublinie, mieszkał niejaki Józef Czapczyński. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież musiał gdzieś mieszkać. Z drugiej strony, przez te wszystkie lata, był on nie pierwszym, i zapewne nieostatnim mieszkańcem z Jezuickiej 14. To taki żart w stylu angielskim, a zatem wcale nie musi być śmieszny. I pewnie nie jest… Wracając do meritum: Józio pewnego dnia, na drodze swego życia, spotkał Leokadję Oleskównę. Leokadja była panną, na co wskazuje forma zapisu jej nazwiska. Mieszkała w Majdanie Moniackim (pow. Janów). Źródła milczą jak długo trwała ich znajomość i w jaki sposób kształtowały się jej losy. Co nie jest tak ważne, jak to, że nasz bohater obiecał pannie Leokadji ożenek. Miał zająć się formalnościami związanymi ze ślubem: w tym też celu otrzymał od Leosi 150 zł – wtedy też zerwał zaręczyny. Pieniędzy oczywiście nie oddał i… ostatnio aresztowano kilku sprawców napadu a mianowicie… A mianowicie, spytacie zgorszeni, co to ma wspólnego ze sprawą oszusta matrymonialnego z Jezuickiej? Jak się okazuje, zupełnie nic, ale dzięki temu możemy przejść do kolejnej opowieści.

3

      Aresztowani (Stanisław Siczka ze wsi Chmiel, Józef Skrzypek ze wsi Piotrków, Władysław Podsiadły oraz Szczepan Mazura ze wsi Piotrkówek w pow. lubelskim) w listopadzie roku poprzedniego dokonali napadu rabunkowego na Szmula Mitaka i inn. kupców z osady Żółkiewka w pow. Krasnystaw. W owym czasie (to nasz ulubiony zwrot w tym tekście) lubelski Zamek pełnił funkcję zakładu penitencjarnego, nic więc dziwnego, że sprawców napadu osadzono w więzieniu na Zamku.

POCZ_U_4937_0008

      Potem zdarzenia potoczyły się błyskawicznie: Lidji Chomicz Kościuszki 7 skradziono 40 zł gotówki i zegarek wart. 55 zł, Franciszkowi Gołębiowskiemu Narutowicza 26 skradziono z warsztatu wędliny wart. 65 zł, a Halinie Niewiarowskiej Al. Bartosza Głowackiego 17 skradziono z piwnicy 2 liny i 2 bloki żelazne wart. 60 zł. Mało? Izrael Langer S to Duska 20 zawiadomił policję, że Mendel Krochmalnik Szeroka 20 skradł mu odważnik wart. 4 zł. Odważnik? To zrozumiałe: było trzeba przecież jakoś zważyć zwędzoną (nie wędzoną?) wędlinę! Ale bloki, liny i zegarek? MacGywer jeden wie, co z tego da się zrobić…

4

Lublinianie jednak nie poddali się narastającej fali drobnej przestępczości: Felik[s] Abroży Kr. Leszczyńskiego 7 przyłapał na gorącym uczynku kradzieży desek wart. 40 zł z ogrodu, z których jednego, Stefana Grajczyka (Lubomelska 4) zatrzymał. Sytuacja stawała się coraz bardziej nerwowa, trzeba było coś zapalić: Cecylia Dankiewicz Zamojska 3 zawiadomiła policję, że Ryszard Gumieniak skradł jej z kiosku przy ul. Królewskie[j], papierosy wart. 4.50 zł. A że był styczeń, ludzie marzli: Moszek Goldberg, Kr. Leszczyńskiego 23, zawiadomił policję, że Andrzej Gręga Spokojna 7, skradł mu spodnie i kamizelkę wart. 8 zł. Pamiętajmy, że choć temperatura utrzymywała się w granicach zera, w każdej chwili mogło powiać mroźniejszym powietrzem – spodnie i kamizelka wówczas by nie wystarczyły: Eli Ajchenbaum, Złota 2, skradziono futro wart. 250 zł. z przedpokoju. To przelało czarę goryczy: futra z przedpokoju są bardzo cenione w każdych czasach. Złodziejowi (złodziejom?) pozostała jedynie ucieczka. Rowerem… Stanisławowi Moskwa, Mochnackiego 17 skradziono rower wart. 100 zł.

5P.S. O Borze (to taki las…)!

Głos Lubelski z 24.I.1936 r. (Nr 23)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Gumiś to fajny miś?

Wyobraźcie sobie, że budzicie się któregoś styczniowego ranka, dowiadując się, że oto nocą, Sejm Lepszego Sortu Polaków uchwalił, a rząd jeszcze przed świtem, w „Dzienniku Ustaw”, opublikował, ustawę nakazującą obywatelom oddać wszystkie gumowe płaszcze. Powiecie zapewne: „A co też nas mogą obchodzić gumowe płaszcze?” i wrócicie do swoich spraw. I natychmiast się od nich oderwiecie, bo po chwili okaże się, ze nie chodzi wcale o wykonaną z kauczuku garderobę, a o opony z waszych samochodów, rowerów i wszelkich innych pojazdów… Niemożliwe? Możliwe jak najbardziej – już raz rzecz taka się wydarzyła, a miało to miejsce 100 lat temu, w Lublinie…

Rok 1916 był kolejnym rokiem Wielkiej Wojny i kolejnym rokiem austriackiej okupacji Lublina. Wprawdzie działania wojenne przebiegały obecnie z dala od Lubelszczyzny, tym niemniej miasto podlegało bezwzględnym prawom wojennej gospodarki. Austriacy rekwirowali wszystko, co mogło – jak uważali – przynieść im upragnione zwycięstwo nad państwami Ententy. Wystarczy tylko wspomnieć o problemach z naftą czy żywnością: „Kurier z Lublina” wspominał o nich dosyć często. W styczniu roku 1916 przyszła kolej na raczkującą lubelską motoryzację (i nie tylko). „Głos Lubelski” z 15 stycznia opublikował obwieszczenie wydane na podstawie rozkazu c. i k. wojskowego Generalnego Guberni w Lublinie (…) z listopada 1915 roku. W tymże obwieszczeniu, C. i K. Komendant Obwodu podpułkownik Turnau (nie mamy pojęcia, czy to jakiś antenat pana Grzegorza) zarządził w dniu 11 stycznia rekwizycyę gumy.

1I tu następuje ciekawe, nie tylko ze względów językowych, wyliczenie owej, podlegającej rekwizycji, gumy. A gumą były: gumowe płaszcze do kół automobilowych z okuciem, gumowe płaszcze do kół automobilowych bez okucia oraz stare płaszcze gumowe do kół automobilowych. Trudno powiedzieć, czy wspomniane okucie miało coś wspólnego z dzisiejszym felgami, tym niemniej był to element różnicujący wymieniane w rozporządzeniu opony. W dalszej kolejności wspominano o szarych i czerwonych szlauchach do kół automobilowych: nie sposób tutaj stwierdzić, czy szlauchami określano węże gumowe służące do pompowania kół, czy była to nazwa dętek, które są, jakby na to nie patrzeć, gumowych wężami (pożerającymi swój ogon). Wiadomo, że opony dętkowe znane były już od roku 1891, zatem nic nie stoi na przeszkodzie przyjęciu takiej interpretacji – i ta wersja wydaje się najbardziej prawdopodobna.

Ofiarą gospodarki wojennej padli nie tylko lubelscy automobiliści: ucierpiała również, zapewne o wiele liczniejsza, społeczność cyklistów. Rekwizycji podlegały bowiem również: gumowe płaszcze do kół rowerowych i gumowe szlauchy do kół rowerowych. Posiadacze opon bezdętkowych (z lanej gumy) też nie mogli spać bezpiecznie, należało bowiem oddać wszelkie pełne gumy tak do kół automobilowych jak i rowerowych. Blady strach padł i na woźniców: ciemne, jasne i czerwone pneumatyki i gumy do kół powozowych… Nie daj Borze (to taki las…) ulewnego deszczu lub powodzi, jako że w punkcie dziewiątym zarządzenia wymieniono całe stare kalosze. Co ciekawe, oszczędzono posiadaczy kaloszy nowych, bo i tak prawdopodobnie nie było ich w sprzedaży. Cóż, gospodarka wojenna…

Punkt dziesiąty zarządzenia wymieniał pozostałe gumy: wszystkie odpadki gumowe jakiegokolwiekbądź pochodzenia, stare szlauchy maszynowe, uszczelniacze flaszkowe i maszynowe, pierścienie gumowe, etc… Zauważcie, że obecność na końcu listy zwrotu etc. (i tak dalej) sprawiała, że – na dobrą sprawę – okupant był w możności zarekwirować wszystko, co gumowe.

Za gumy nowe oferowano poszkodowanym rekompensatę finansową, według przyjętego w Generalnej Guberni w Lublinie cennika; gumy stare i zużyte skupowano na wagę. Wszystkie wspomniane gumy należało dostarczyć do siedziby c. i k. Komisarza rządowego miasta Lublina lub do właściwego Komendanta c. i k. Posterunku Żandarmerii. Następnie gumodawca dostawał poświadczenie, na podstawie którego, po sprawdzeniu – przez specjalną komisję – wagi i wartości gum, otrzymywał asygnatę kasową. Oczywiście płatną za zgłoszeniem się, przez Kasę c. i k. Komendy obwodowej w Lublinie. Prosta i nieskomplikowana procedura, nieprawdaż?

Biada jednak tym, co gumę chcieliby zachować dla siebie! Za, przeciwko gumie wystąpienie, groziły wszystkim gumośmiałkom surowe konsekwencje: w razie zatajenia, fałszywego podania i niedotrzymania terminu będzie winny pociągnięty do odpowiedzialności karnej i grzywną do 2000 rubli oraz przepadkiem zarekwirowanego artykułu ukaranym.

I co? Nie wkurzylibyście się? Chcecie wekować słoiki, a władza zabiera Wam gumowe uszczelki do słoików… Józefa Janc nie wytrzymała:

2Za obrazę straży policyjnej. Janc Józefa została aresztowana i osadzona pod kluczem za obrazę straży policyjnej.

Głos Lubelski z 15.I.1916 r. (Nr 13)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Co się stało z naszą marmeladą?

Lubelski styczeń roku 1946 nie należał do najweselszych. W zniszczonym wojną i okupacją kraju rozpoczynał się właśnie kolejny rok sowieckiej okupacji i budowania Polski ludowej. Wśród czasopism, wskrzeszonych (w pewnym sensie) po wyzwoleniu Lublina spod okupacji niemieckiej, znalazła się „Gazeta Lubelska”, wydawana jako „niezależne pismo demokratyczne”. Ukazywała się tylko do roku 1947, kiedy to władze komunistyczne ostatecznie rozwiały iluzję niezależności, zamykając „Gazetę”. Nadchodziły czasy monopolu „Sztandaru Ludu” – nie było miejsca na mrzonki o demokracji i wolności.

2Na razie jest jednak rok 1946: łamy wydanej 8 stycznia „Gazety” zdominowała tematyka powinności obywatelskich („Czy donoszenie o nadużyciu jest zasługą i obowiązkiem obywatelskim?”) – żeby nie było żadnych wątpliwości: oczywiście, że tak! Minister Informacji i Propagandy, Obywatel Stefan Muszyński uważał, że donoszenie o nadużyciach i oszustwach i piętnowanie ich jest bezwzględnym obowiązkiem obywatelskim. (…) jest to konieczne w interesie Państwa, (…)wysoce etyczne i przyczyni się tylko do uzdrowienia naszych stosunków. Wtórował mu towarzysz Petruczynik (imię znane Redakcji… – w rzeczywistości Feliks), wojewódzki sekretarz PPS (Polska Partia Socjalistyczna), poseł z ramienia PPS do KRN (Krajowej Rady Narodowej). KRN to stworzona przez komunistów imitacja „demokratycznego” parlamentu (zob. Sejm po ostatnich wyborach). Tow. Petruczynik stwierdził: Na pytanie, czy donoszenie o nadużyciach jest obowiązkiem obywatelskim, każdy logicznie myślący człowiek odpowie twierdząco. Ale… z obserwacji życia codziennego widzimy, że nie wszyscy obywatele poczuwają się do tego obowiązku, jakkolwiek w zasadzie przyznają jej słuszność. Cóż się zatem stało? Tow. Petruczynik wyjaśniał dalej: wydaje mi się, że jest to pozostałość po postawie obywatela w państwie kapitalistycznym, w którym interesy państwa, raczej władzy państwowej, jako czegoś nadrzędnego nie zawsze pokrywały się z interesami czy to poszczególnego obywatela, czy też poszczególnych grup społecznych (teraz to się już skończy, obrońcy „demokracji”…). Tutaj następuje dłuższy wywód, który pomijamy, przechodząc do konkluzji: obywatel Demokratycznego Państwa Polskiego nie zdaje sobie jeszcze sprawy z tego, że władza w Polsce Demokratycznej jest władzą wyłonioną z jego woli, podlega kontroli całego społeczeństwa i musi postępować tak, jak tego wymaga interes całości. Ciekawe, czy ktoś w to rzeczywiście wierzył… A Wy wierzycie?

Nie o polityce jednak chcemy dziś mówić, a o handlu. Czas powojenny nie należał do najłatwiejszych: żywność podlegała reglamentacji i sprzedawano ją na kartki. Kończący się okres świąteczny pozwalał na podsumowanie sytuacji panującej w handlu: jak się bowiem okazało w okresie przedświątecznym, wielu posiadaczy karty I-ej kategorii (mowa o kartkach żywnościowych)  spotkało dotkliwe rozczarowanie, gdyż nie mogli otrzymać rozdzielanych śledzi, śliwek czy też marmelady. Co się stało: czy – nie daj Borze (to taki las!) – śledzie zeżarły wszystkie śliwki i zagryzły je marmeladą? Na szczęście wyjaśnienie przynosi, zacytowany już przed chwilą, artykuł „Urząd Aprowizacyjny wyjaśnia…”.

1Urząd otrzymał 21.200 śledzi na 21.000 kart zaopatrzeniowych – jak łatwo policzyć dysponował rezerwą aż 200 śledzi! Niestety, to nie wystarczyło: na skutek nieprzewidzianego manka w beczkach ze śledziami. Jak wielu konsumentów zostało pokrzywdzonych, tego akurat artykuł nie podaje. Milczy również o ewentualnych przyczynach deficytu tej, jakże popularnej również i dzisiaj, ryby. Można tylko przypuszczać, że braki powstały w czasie transportu, a ryby trafiły na czarny rynek (rozkradzione przez spekulantów, na których najwidoczniej nikt nie chciał donosić…). Tym niemniej, choć było już za późno, by śledzie trafiły na wigilijny stół, wprowadzono rejestrację tymczasowo pokrzywdzonych, dzięki czemu ok. 20 stycznia mieli otrzymać upragnione śledzie, gdy tylko ich odpowiednia ilość zostanie przydzielona do sklepów.

Śledzie można było kupić w każdym sklepie (zakładając, że posiadał zgodę władz na sprzedaż reglamentowanych towarów), jednak już monopol na sprzedaż śliwek (przypuszczalnie suszonych), posiadała naonczas jedynie Lubelska Spółdzielnia Spożywców: wydawano je tym konsumentom, którzy jeszcze nie zdołali wykorzystać swych kuponów. Dodatkowo, posiadacze kart I kategorii otrzymać mieli jako „prezent” świąteczny jeszcze po pół kg. cukru. LSS wydawał też posiadaczom kart I kategorii marmeladę jako artykuł przeznaczony jeszcze na święta.

Jak wyjaśnił wspomniany Urząd, przyczyną niedociągnięć technicznych w rozdziale artykułów żywnościowych na karty, było w pierwszym rzędzie zwolnienie tych artykułów do rozdziału już w ostatnim terminie przedświątecznym, a także niezdyscyplinowanie samych konsumentów, którzy nie poczuwają się do rejestrowania kart, a przez to wprowadzają zamęt w obliczeniach i rozdziale artykułów. Stąd też, by uniknąć podobnej sytuacji w styczniu i lutym, apel do obywateli o zdyscyplinowanie się i wcześniejsze zarejestrowanie kartek. To jednak nadal nie wyjaśnia losu zaginionych śledzi…

Ale co tam śledzie! Krucho było również z pieczywem: Na poruszoną przez nas sprawę złego wypieku chleba kartkowego, otrzymaliśmy wyjaśnienie, że chleb musi być dobrze wypieczony, odpowiednio jasny i podsypany otrębami, a nie, jak często zdarza się, masą trudną do określenia, przypominającą sieczkę. Zupełnie jak w czasach obecnych. Z tą jednak różnicą, że dzisiejsi piekarze nie muszą obawiać się konsekwencji swojej działalności, a w roku 1946 w wyniku przeprowadzonej kontroli aresztowano kilku nieuczciwych piekarzy… A dzisiaj?

A dzisiaj dwa pytania na zakończenie:
1. Co się stało ze śledziami?
2. W roku 1946 Lublin zamieszkiwało 99 400 osób (wg spisu powszechnego), zatem jeśli konsumentów z kartkami I kategorii było 21 000, to co jadło pozostałych 78 400 Lublinian? Kartki II kategorii?

Podziękowanie

Komenda Wojewódzka M. O. składa gorące podziękowanie społeczeństwu m. Lublina za paczki świąteczne dla rodzin poległych milicjantach [pisownia oryg.] i dla szeregowych milicjantów.

Poległych na polu chwały?

Gazeta Lubelska z 8.I.1946 r. (Nr 8)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Post Navigation