Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the tag “lublin”

Noc Lublina…

…no bo dzień, jak pisał „Kurier Lubelski” z 28 września 1957 r., to raczej nie był, jako że dzień kojarzy nam się raczej ze światłem i słońcem, a opisane w „Kurierze” sytuacje ukazywały raczej nieco bardziej mroczną stronę życia w naszym mieście. Lecz też i bez przesady z tą mrocznością, bo jak powiadają: „jakie miasto, taka mroczność”. A w tym przypadku może i nawet pomroczność…

Bór

W tym miejscu pozwolimy sobie na tradycyjne wezwanie lasu: „O Borze! (to taki las)


Cóż więc gnębiło mieszkańców Lublina przed siedemdziesięciu laty?

Lokatorzy spod szóstki na Sądowej rozpaczliwie wzywali pomocy: prosili o ratunek przed ciągnącym się niemiłosiernie remontem. Inna rzecz, że w ramach prac remontowych postanowiono wymienić całkiem dobre ściany wewnętrzne… Czegóż więc obawiali się lokatorzy? Zimy? Że ich w takich warunkach zastanie…? No proszę Was…!

Ach Ci niewdzięczni Lublinianie! Już tak mają chyba we krwi (w odróżnieniu od Lubelaków), że gdy Ktoś Kto Wie Lepiej chce im pomóc, to tylko narzekają i są WBN (Władzy Bardzo Niewdzięczni) Jaka zima? Jaka wilgoć? Trochę chłodu i już się ludziom w głowach przewraca!

A na cóż jeszcze owi Lublinianie narzekali? A na to, że – podobno – numery autobusów nieczytelne. Czy to w ogóle wymaga jakiegokolwiek komentarza?! Nie sądzę (aby nie być sądzonym). Jednak pomysł na jeżdżące anonimowo autobusy i trolejbusy  polecam uwadze Szanownego. 

Kończę więc, bo nam dzwonić nie kazano…

28 września 1957 r.

Miarka się przebrała

 

„Kurier Lubelski”  nr 172 z 28 IX 1957 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualneji-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

 

Niezrównoważony wpis o zrównoważonym transporcie (albo odwrotnie)

Zdjęcie ze strony internetowej MPK Lublin

W tym roku „Gabinet” postanowił wziąć udział w trwającym właśnie Europejskim Tygodniu Zrównoważonego Transportu. Nie pierwszy to i – być może (O Borze! (to taki las…)) nie ostatni taki tydzień, lecz pierwszy (lecz, czy nie ostatni? (A czy jeśli ostatni, to pierwszy zarazem? Bo wszak napisane jest, że ostatni będzie pierwszym. Ale jeśli pierwszy, to jest też napisane, że pierwszy będzie ostatnim. Czyli jednak ostatni, lecz i pierwszy zarazem: i tak rzecz cała na powrót… Oszaleć? Można! Lecz po co?) w którym głos zabiera na łamach „Kuriera z Lublina” tenże „Gabinet”.  W celu godnego uczczenia tej wielkopomnej okazji, odkurzamy naszą szafę z gazetami i wyciągamy z niej, wyblakły nieco, numer „Kuriera Lubelskiego” z 22 września 1957 roku. Zamieszczony poniżej artykuł z naddatkiem wyczerpuje poruszoną dziś tematykę, zwalniając nas tym samym od konieczności komentowania czegokolwiek. Miłej lektury!

P.S. Nam najbardziej spodobał się pomysł na kontrolerów przebierańców i przystanki do przeklinania. Korzystając z okazji dziękujemy Zarządowi Transportu Miejskiego i Panu Prezydentowi, którym też się spodobały tak bardzo, że zdecydowali się te pomysły sprzed lat 60 rzeczywiście wprowadzić w życie! GLORIA VAE VICTIS!

„Kurier Lubelski”  nr 166-167 z 22-23 IX 1957 r.

Ilustracje ze zbiorów MPK i Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej (prasa)i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

O straszliwej nawałnicy w Lublinie…

…nic dziś nie napiszemy, bo i nie ma o czym.

Lipiec przynosi niewielkie zmiany w „Kurierze z Lublina”: na pól roku żegnamy się z „Ekspresem Lubelskim i Wołyńskim”, ale w zamian za to witamy ponownie na pokładzie „Głos Lubelski” z roku 1937. Jak to mówią: tak „Gabinet” tworzy, jak Łopaciński przysporzy… Bo może nie wszyscy wiedzą, ale materiały do artykułów czerpiemy z zasobów tej zasłużonej dla Lublina instytucji, które obecnie dostępne są powszechnie dzięki Lubelskiej Bibliotece Wirtualnej. Tym razem w zestawieniu zabrakło też „Kuriera Lubelskiego” z roku 1957. To tyle, jeśli chodzi o laurki i kadzenie, w związku z czym mogę zaprosić Was na lipcowy spacer po Lublinie roku 1937.

Koń (z prawej…) i Marszałek Edward Śmigły-Rydz w Lublinie

Nie przebrzmiały jeszcze echa ostatniej wizyty Pana Prezydenta Rzplitej w Lublinie, a już swą wizytę w mieście zapowiedział sam Naczelny Wódz R.P., czyli Marszałek-Rydz Śmigły (a imię jego Edward). Marsz. Śmigły przybywał do miasta nie ze względu na liczne atrakcje i uroki tutejszej metr(o!)polii… Marszałka skierowała do Lublina… miłość do koni, która przywiodła go do objęcia protektoratem honorowym Wystawy Koni, otwieranej w Lublinie w dniu 1 lipca. Marszałek do nasyego miasta zamierzał przybyć dzień później, samochodem z Warszawy o godzinie 11 rano. Komitet powitalny złożony z Ważnych, Mniej Ważnych, Tych Którym Się Wydaje Że Są Ważni oraz tych Rzeczywiście Najważniejszych (czyli zwykłych mieszkańców miasta) miał powitać Marszałka u bramy tryumfalnej wzniesionej przy Alejach Racławickich. Miasto zaś zostało wezwane do przystrojenia się we flagi, etc. etc. – jak to z reguły bywa przy takich okazjach., więc po co się nad tym rozwodzić…?

 

Lipcowe noce gorące i duszne… można nawet spać pod gołym niebem. Albo i nawet w bramie kamienicy… Tak właśnie czyniły lubelskie murzynki (dziś niektórzy powiedzieliby murzyniątka), czyli chłopcy po lat 9-12, ci wieczorowi sprzedawcy gazet. Niektórzy z nich mieli nawet własne „domy”, lecz – mimo to – woleli wypoczynek na dworzu, niż w dusznych i ciasnych suterynach. Ale wielu nie miało nawet dachu nad głową. I wszystko to działo się w mieście szczycącym się 10 najróżnorodniejszymi towarzystwami [opieki] nad dziećmi! Które to towarzystwa, raz po raz, organizowały zbiórki na misje afrykańskie wykupywanie murzynków. Nie ma oczywiście niczego złego w pomocy wszystkim potrzebującym, ale tylko wówczas, jeśli nie sprowadzają się do tego, że panie „prezeski” i panowie „prezesi” różnych dobroczynnych instytucyj zasypiają błogim snem na wygodnych łóżkach pod puchowymi kołdrami w przeświadczeniu dobrze spełnionego obowiązku po „odwaleniu” 1 lub 2 godzinnego zebrania lub posiedzenia, a biedne „murzynki” śpią półnagie, drżąc z zimna w chłodne noce po różnych cegielniach, starych budynkach lub wnękach bram”.

Letnie upały nie tylko poprawiały komfort termiczny śpiących pod gołym niebem dzieci, ale zwiększały również prawdopodobieństwo powstania i rozszerzania się niebezpiecznych pożarów, takich jak ten, który wybuchł na lubelskich Rurach, gdzie spłonęło bowiem 21 zagród z dobytkiem domowym, inwentarzem martwym, drobiem i.t.p. Jednak gdyby nie tak sprężyście prowadzona akcja – pożar gasiło 9 zastępów straży pożarnej – pożar byłby przyjął znacznie większe rozmiary i zamieniłby się w klęskę. Dzieła zniszczenia dopełniły bandy złodziei, które momentalnie rozkradały wszystko, cokolwiek z płonących domów wynoszono, a co ukraść się dało. Otwartemu rabunkowi zapobiegła policja…

A skoro poruszyliśmy już sprawę kradzieży, dzisiejszy spacer kończymy ogłoszeniem: PROSIMY O POMOC W ODNALEZIENIU roweru męskiego, na balonach, malowanego na kolor żółty ze strzałkami czerwono-niebieskimi, kierownikiem niklowym z rączkami na dół obręczami żelaznymi. UWAGA! Z tyłu roweru znajdował się numer rejestracyjny S. 17662.

 O mój Borze!

(to taki las)

Ktoś pomoże?

Czy stracony czas?

 

„Głos Lubelski”  nr  177 z 1 VII 1937 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Z „Kuriera” wycięte… [4] Poezja lubelskich ulic

Posucha w lubelskiej prasie sprawiła, że znów sięgamy do roku 1957. Niestety, w gazetach z czasów I wojny nadal drobne kradzieże i zakłócenia porządku publicznego, a „Express Lubelski i Wołyński” okazał się tym razem bardziej wołyński niż lubelski. Na placu boju pozostał więc jedynie socjalistyczny „Kurier Lubelski… Nie martwcie się jednak, może od lipca coś w tej materii się zmieni i jeszcze nie raz ujrzycie w tym miejscu nasze święte wezwanie „O Borze! (to taki las…), póki co, zarezerwowane wyłącznie dla epoki przedwojennej.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo oto przed Wami prawdziwa poezja lubelskich ulic. Poezja sprzed lat sześćdziesięciu, która wcale nie straciła na aktualności. A wydawać by się mogło, że budowa i przebudowa ulic uskuteczniana obecnie w naszym mieście, coś w tym względzie zmieniła. Nic bardziej mylnego! Pojawienie się nowych ulic na planie Lublina, zwiększa tylko ilość ulic nie leżących „Naprzeciw Ratusza”. Wadą tą obarczona jest więc nie tylko Szewska, ale i wiele, wiele innych… Na przykład Wesoła:

 

Również ulica Narutowicza nie miała tyle szczęścia, by leżeć „naprzeciw Ratusza” – mało tego, znajdowała się również z dala od… Okręgowego Przedsiębiorstwa Handlu Opałem. A cóż wspólnego ma asfaltowanie ulicy z opałem? – zapytacie. Ano ma. Wybaczcie, ze nie będę się zagłębiał w szczegóły techniczne procesu asfaltowania, ale węgiel był do tego niezbędny. Niestety Rejonowe Przedsiębiorstwo Eksploatacji Dróg Publicznych przydziału węgla nie otrzymało, w związku z czym asfaltować Narutowicza nie było sposobu. I w ten oto sposób załamała się „ofensywa podjęta przez Miejska Radę Narodową przeciw złym drogom”. Od tamtych czasów minęło sześć dekad… czyżby obecnie Pan Prezydent też nie miał węgla?

Kolejną ulicą „z dala” był też Lipowa, która doczekała się nowych bloków, lecz nie chodników.  Zamiast nich ulicę zdobiły leżące na stertach – dość długo – płyty chodnikowe:

Jak czytamy w „Kurierze”, problemem porozrzucanych płyt chodnikowych mogliby się zająć miejscowi chuligani. Niestety ci zajęci byli zupełnie inną działalnością, prowadzoną tradycyjnie w rejonie ulic Rusałki, Buczka (obecnie Zamojska), Przemysłowej i 1-go Maja (obecnie Fabryczna). Dziś tamtych chuliganów już nie ma, możecie się jednak spotkać z ich wnukami. Adres już znacie:

Myślałby kto, że już czas na zmiany… Czas najwyższy! Ale jak, skoro zegarków już nie ma. Przynajmniej w tym miejscu Krakowskiego Przedmieścia, gdzie 60 lat temu dzielny kierownik Stępień tak ładnie zorganizował sprzedaż 110 niemieckich zegarków po 300 złotych. Śp. Kalicki, gdyby żył, na trzeźwo by tego nie ogarnął.

I dlatego Kanadyjczycy wymyślili trzeźwometr…

„Kurier Lubelski”  nr 74-75 z 20-21 VI 1957 r.

Ilustracje ze zbiorów własnych (foto) i Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej (prasa)i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Z „Kuriera” wycięte…[3] Wczoraj i dziś

Prawdziwy Plac Litewski. Tak wyglądał przed zniszczeniem…

Wczoraj i dziś. Co można powiedzieć na ten temat, nie uciekając się do banalnych i oczywistych stwierdzeń, że wczoraj był poniedziałek, a dzisiaj jest wtorek? Lub inne, dowolne dni tygodnia… Dlatego też lepiej wygląda stwierdzenie, że mamy obecnie czerwiec, a niekiedy – z reguły raz w tygodniu – również niedzielę. I od pewnej, czerwcowej niedzieli rozpoczynamy dzisiejszą wędrówkę po Lublinie z roku 1957.

W dzisiejszych czasach zastanawiają się różne mądre głowy… Przepraszam! Nie potrafię kłamać: żadne tam mądre, już raczej łyse i nie z Lublina. Mniejsza o to. Napiszmy więc, że unoszą się w powietrzu różne koncepcje przywrócenia miastu jego głównej rzeki, czyli Bystrzycy.  Tymczasem, jak widzicie poniżej, Lublinianie potrafili korzystać ze swojego Nilu bez konieczności uciekania się do projektów, planów i innych pomysłów na przeistoczenie kolejnego skrawka miasta w pustynię wzorem  Żrewitalizowanego Placu Litewskiego… Było ciasno, było gorąco, nie było Zalewu, ale było:

No więc, jesteśmy nad wodą: słońce pali niemiłosiernie, upał daje się nam we znaki – jednym słowem człowiek wysycha na wiór i chętnie by się czegoś napił. Ot, chociażby mleka. Byle jednak nie sfałszowanego:

Ale mleko nie dla wszystkich, wszak „prawdziwy student” nie skala swego szlachetnego gardła byle cieczą, na dodatek białą i od krowy. Wszak lepsze i zdrowsze są napoje pochodzenia roślinnego. A potem zdziwienie, że na miasteczku akademickim dzikie wrzaski, strumienie wody i grad butelek.  Całe szczęście, ze dzisiejsi studenci już tacy nie są! Nie leją kubłami wody, a w miasteczku akademickim nie słychać dzikich wrzasków i gradu butelek. Miasteczko śpi spokojnie, w przeciwieństwie do reszty miasta….Za sprawą pewnej firmy o ładnej nazwie, rozlała się ta zaraza po całym naszym (coraz mniej) pięknym mieście. Nie wierzysz Czytelniku? Jeśli się nie lękasz, zajrzyj – od czasu do czasu – na zieloną Rusałkę.

Ale, że „przecież młodzież musi się wyszumieć i gdzieś w końcu dać wyraz swym najniższym instynktom, rezultat jest taki, że miasto Lublin zarasta brudem i śmieciem się zasypuje. Lecz nie młodzieży to wina, a zaniedbanie władz miasta, które już nie plakatują naszych ulic specjalnymi regulaminami sanitarno- porządkowymi, które musiały być wywieszone i ściśle przestrzegane w każdej nieruchomości.

Czyżby zupełny brak wiary w sprawczą moc Słowa? 

„Kurier Lubelski”  nr 72 z 19 VI 1957 r.

Ilustracje ze zbiorów własnych (foto) i Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej (prasa)
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

 

Z Panem Prezydentem Rzeczpospolitej w Lublinie…

Wizyta Prezydenta Rzeczpospolitej Ignacego Mościckiego na Lubelszczyźnie, maj 1939 r.

W czerwcu roku 1937 wybraliśmy się z Panem Prezydentem Rzeczpospolitej w podróż pociągiem do Rumunii. Pan Prezydent wolał jechać pociągiem, bo z samolotami i limuzynami różne dziwne rzeczy się działy ostatnimi czasy i Pan Prezydent nie chciał już więcej ryzykować. Wprawdzie linię kolejową prowadzącą z Warszawy do Lublina zamierzano zamknąć wskutek remontu, ale ponieważ jechaliśmy jeszcze przed 11 czerwcem, zaoszczędzono nam podróży drogą okrężną, przez Łuków.

Wsiedliśmy więc do pociągu (nie byle jakiego, prezydenckiego!)  i raźno ruszyliśmy na Lublin.

W Dęblinie dosiadł się do nas jakiś naczelnik, który jechał do Lublina. Co ciekawe specjalnie przyjechał w tym celu… z Lublina! Dziwne, nie uważacie? Przyjechał z Lublina, tylko po to, żeby do niego… się przejechać! Musi jaki miłośnik kolei…  Od naczelnika dowiedzieliśmy się, że na dworcu w Lublinie czekają na Pana Prezydenta jakieś wielkie szychy. Trochę mnie to zdziwiło, bo przecież bym coś wiedział, gdyby Pan Prezydent gustował w tych akurat owocach lasu. Jeżyny, orzechy –  to i owszem. Ale żołędzie, kasztany? A już szyszki?! Może się skusił, bo duże? Chociaż to dziwne, bo przecież wszyscy wiemy, że w Polsce Szyszki są bardzo szkodliwe…

Naczelnik zdradził również, że przed nami jedzie pociąg… pilotowy! Skład złożony z lokomotywy i jednego wagonu. Wyobrażacie to sobie? Ktoś chyba doszedł do wniosku, że nasz maszynista (zresztą inżynier wysokiej klasy) pobłądzi na torach i nie trafi do Lublina. No, ludzie… Jaka to filozofia jechać po torach? Wszak tor, jak po sznurku, prowadzi pociąg do wyznaczonego celu! Jak tu pobłądzić? Kolejna zagadka tej podróży.

Do Lublina przyjechaliśmy punktualnie o godzinie 15 minut 12 (sekund 14 – żeby być bardziej precyzyjnym). Gdy tylko pociąg zatrzymał przy peronie lubelskiego dworca, rzuciłem się do okna, co by te wielkie szychy zobaczyć . Jakież było moje rozczarowanie! Na peronie nie było żadnych szych, a nawet małych szyszek. Kłębił się za to jakiś mały tłumek z flagami, orkiestrą wojskową, z jakimś generałem i towarzyszącym mu, elegancko wyfrakowanym, jegomościem z wąsikiem… Ale szyszek, widzicie,  żadnych… Chyba nie muszę Wam mówić, jak bardzo byłem w tamtym momencie rozczarowany.

A może szychy są zbyt duże, by zmieścić je na peronie – pomyślałem, nie tracąc nadziei – Peron wszak nieduży, pełno na nim wiwatującego luda, pewnie więc szychy zostawili przed dworcem! To duże szychy – uśmiechnąłem się w duchu – przecież na małym peronie nie ma dla nich miejsca!

W tej samej sekundzie wyskoczyłem na peron i energicznie roztrącając tłum (generałowi chyba nawet czapkę w tym rozgardiaszu strąciłem) pobiegłem w stronę wyjścia. Szybko przemierzywszy dworcową halę, wybiegłem na zewnątrz i…

…i…

… i – jak się zapewne już domyśliliście – tu też NIE BYŁO ŻADNYCH WIELKICH SZYCH!!!

Gdy tylko uświadomiłem sobie grozę całej sytuacji, to normalnie, jakby cały świat zawalił mi się w jednej chwili… Pociemniało mi w oczach, nogi mi zmiękły… Żeby nie upaść, musiałem usiąść na ławce. Z dziesięć minut trwało, nim odzyskałem pełnię władz umysłowych. Po kolejnym kwadransie wróciły też siły fizyczne. Wstałem i smętnie powlokłem się w stronę peronów.

 

I tu kolejny szok: na peronie… nikogo już nie było! Pociąg z Panem Prezydentem po prostu zniknął! No tak, nie było mnie z pół godziny… Peron opustoszał, a jedyną żywą duszą w okolicy, był cieć, który energicznymi ruchy wielkiej miotły sprzątał po uroczystości. Pan Prezydent odjechał beze mnie i zostałem w Lublinie! O Borze! (to taki las…) Las? Las! Szychy, nadchodzę!!!

 

„Express Lubelski i Wołyński”  nr 157 z 8 VI 1937 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Z „Kuriera” wycięte… [2] Żeglarze z rozpaczy na jawie

Ulica Lubartowska w roku 1960.

Zapraszamy na kolejną wycieczkę po socjalistycznym Lublinie z roku 1957. Dziś udamy się na zakupy, co – jak zobaczycie – nie było w tamtych czasach rzeczą łatwą. Po pierwsze ulicom naszego miasta po zmroku zdarzało się tonąć  w ciemnościach, czego mogliśmy doświadczyć na ulicy Nowotki (obecnie Radziszewskiego). „Kurier” sugerował, że w ten sposób elektrownia przejawia troskę o pary zakochanych studentów, zapominając jednak przy tym o ludziach samotnych i pozbawionych opiekuńczego ramienia, których opiekuńcze ramię (z powodu nieposiadania tegoż) nie było w stanie uchronić przed wpadnięciem w doły, urozmaicające nawierzchnię wspomnianej ulicy.

Lecz i w dzień na lubelskich ulicach wcale nie było lepiej, o czym mogliśmy się przekonać na „rozbebeszonej” z powodu remontu Lubartowskiej. Obrazek jak z dzisiejszych czasów: samochody robią objazd, szoferzy klną, furmani jeszcze głośniej, a tylko przechodnie nie pozbawieni poczucia humoru, śmieją się. Najweselej jak sami muszą skakać przez rowy i wertepy. Z jednym tylko wyjątkiem: nie ma już furmanów…

…ale może to i dobrze, że ich nie ma (choć osobiście znam jednego, który jest, lecz przez duże F). Bo nie ma też furmanek – a furmanki, jeśli jeszcze tego nie wiecie – zaraz po ciemności i wertepach – były również zmorą lubelskich ulic, o czym przekonuje przypadek ulicy Mełgiewskiej. Znajdowały się tam składy, tak dziś niepopularnego i obwinianego za wszelkie zło, węgla. „Wozarze”, od świtu przyjeżdżający po węgiel, tarasowali furmankami całą ulicę, blokując tym samym przejazd ciężarówkom, które przyjeżdżały do piekarni po chleb. Nie potrzeba już dodawać jak bardzo opóźniły się dostawy chleba do poszczególnych sklepów”.

 

Czy furmanki blokowały jeszcze jakieś inne zakłady produkujące żywność? Można podejrzewać, że mafia złowieszczych węglarzy blokowała też spółdzielnię mleczarską, o czym zdaje się świadczyć relacja ze sklepu spożywczego przy ulicy Wróblewskiego (nadal Wróblewskiego). Miejski Handel Detaliczny, nie zważając na przeciwności losu, stanął na wysokości zadania i – nie chcąc być gorszym od Jezusa – dokonał cudu rozmnożenia masła. Osiemdziesiąt kilogramów masła w ciągu godziny rozeszło się w mgnieniu oka. Aż (a może tylko) trzysta dwadzieścia osób opuściło sklep MHD zadowolonych, a każda z nich dumnie dzierżyła ćwiartkę masła. Ile osób odeszło z kwitkiem? Jednak czasy były lepsze niż obecnie, przynajmniej dla miłośników masła. Bo masło było prawdziwe, a ćwiartka ważyła 25 dkg, a nie 20… Tak, wiem: teraz się mówi kostka, nie ćwiartka, a masło było w osełkach… itd… itd…

Zwróćcie też uwagę, że tytuł tej notki optycznie zajmuje ponad połowę przeznaczonej nań kolumny! I nie trzeba czytać całego artykułu, żeby wiedzieć o czym jest…

 

Spisek furmanów sięgał jednak daleko poza granice miasta. Specjalnie przeszkolone komanda furmańskie blokowały również granice państwowe Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, uniemożliwiając sprowadzanie do kraju części zamiennych do radioodbiorników produkowanych w NRD (Niemiecka Republika Demokratyczna), CRS (Republika Czechosłowacka czyli Československá republikaČSR) i na Węgrzech. Brakowało w handlu lamp do tych urządzeń, co było nieustanną bolączką naszej socjalistycznej ojczyzny (ojczyzny małą literą!), aż do końca jej istnienia. Telewizor mojego dzieciństwa, biało-czarny Beryl 102 też więcej nie działał niż działał. Rozumiecie, lampy… A były to już lata 80-te!

 

Nie tylko furmani spiskowali przeciwko prawu i sprawiedliwości, ale dzięki rewolucyjnej czujności reporterów „Kuriera” udało się i te knowania zniweczyć. A musicie wiedzieć, że wróg czaił się wszędzie… Nawet w szeregach straży przemysłowej LZM (Lubelskich Zakładów Mięsnych) zalęgło się zło: Bolesław Woliński (członek tejże) miał pilnować, aby z zakładów nikt nie ukradł mięsa. Tymczasem patrol MO (Milicji Obywatelskiej) przyłapał go na kradzieży ośmiu kilogramów słoniny.

Reporterzy „Kuriera” nie tylko ganili, ale również uspokajali (że zapas „Giewontów” w handlu uspołecznionym się nie wyczerpał: szukajcie, a znajdziecie!), chwalili (piekarnie nr 1 (bułki) i 7 (chleb) za to, że teraz pieczywo jest bardzo wcześnie nawet chleb można kupić przed 7 rano, a nie jak dawniej o 10.)…

… oraz wyjaśniali zagadki. Na przykład dotyczące sprzedaży motocykli Jawa. Udało się ustalić, że Jawy trafią do handlu i że będą sprzedawane „na talony”, czyli z przydziału. Czy jednak motocykle trafią w ręce najbardziej potrzebujących? – zapytywał „Kurier”. Rada Miejscowa Związków Zawodowych przy WRN (Wojewódzka Rada Narodowa) dostała przydział na dziesięć sztuk. Dlaczego aż tyle i jakim prawem? – grzmiał z oburzeniem „Kurier”. I takim pytaniom nie było końca, bo Lubelskie Zakłady Spożywcze Przemysłu Terenowego dostały motocykl bezpośrednio z WZH, z pominięciem MHW.  CTZ czyli Cokolwiek To Znaczy.

Nie rozumiem natomiast oburzenia „Kuriera” z powodu przekazania jednej maszyny kierowcy dyrektora Lubelskiego Zarządu Budynków. Ów kierowca napisał w podaniu, że daleko mu chodzić piechotą do pracy. A miał do niej około 20 minut pieszej wędrówki – mieszkał bowiem przy ulicy Narutowicza, a pracował tuż za rogatka Lubartowską. I wiecie co? Redakcja opatrzyła ten przypadek krytycznym komentarzem! Pytam się: dlaczego? Przecież sami napisali, że Lubartowska rozkopana i że trzeba objazdem jechać! To co, miał chłopina do pracy zasuwać piechotą przez Racławickie?!

P.S. Szkoda tylko, że [po siedemdziesięciu latach nadal ] „dziesiątek” jest tak mało w Lublinie. Oj tak…

„Kurier Lubelski”  nr 57 z 31 V 1957 r.

Ilustracje ze zbiorów własnych (foto) i Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej (prasa)
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

 

Z „Kuriera” wycięte… [1] Najserdeczniejsze życzenia z okazji Dnia Matki!

1 marca 1957 r. ukazał się pierwszy numer nowego, socjalistycznego „Kuriera Lubelskiego, który ze starym dziewiętnastowiecznym „Kurierem” wspólny miał chyba tylko tytuł. Nowy „Kurier” był siermiężny, socjalistyczny i przaśny – podobnie jak cała ówczesna polska rzeczywistość. Ale był… a dziś, dzięki niemu możemy odwiedzić Lublin sprzed sześćdziesięciu lat. Nasze, niepozbawione swoistego uroku, wizyty w socjalistycznym Lublinie zaczynamy z Dniem Matki w roku 1957.

Na pierwszej stronie omawianego wydania „Kurier” zdemaskował niecne knowania pracownika dyrekcji Lubelskich Zakładów Rymarskich, który sam sobie – z pomocą dyrektora rzeczonych Zakładów – przydzielił mieszkanie 28 w bloku nr 12 przy ulicy Lipowej, administrowane przez Miejski Zarząd Budynków Komunalnych. Kwiatkowskiego jednak ktoś podkablował i dzielna załoga LZR, stojąca na straży socjalistycznej sprawiedliwości, ten niecny spisek udaremniła.

Zdemaskowawszy spisek wymierzony w socjalistyczne poczucie prawa i sprawiedliwości, rzucił „Kurier” zdumionego Czytelnika na front zdarzeń cudownych i zdumiewających. Rodzi się w tym miejscu pytanie: dlaczego tygrys bengalski, miast podziwiać we wsi Chilunka zakonserwowaną głowę Yeti, podróżował ekspresem z Berlina do Hanoweru? I to jeszcze bez ważnego biletu…

I kolejne pytanie: czy wolność w roku 1957 była nic nie warta? Albo przynajmniej mniej warta niż obecnie? Do takich wniosków dojść można po lekturze relacji z rusztowań Lublina opisującej budowę budynku mieszkalnego Lubelskiej Spółdzielni Spożywców przy Placu Wolności… o przepraszam placu wolności. No i szkoda, że dziś budów nowego, lepszego Lublina nie uświetniają wiklinowe ogrodzenia…

„Społeczeństwo ma prawo wiedzieć!” uznał organ prasowy socjalistycznej sprawiedliwości i – nie owijając w bawełnę, nie przejmując się ochroną danych osobowych i dobrego imienia – opublikował listę tych, „którzy nas okradali”, ukrócając tym samym proceder nielegalnego handlu alkoholem i… flanelą.

Ale przecież wiadomo, że picie alkoholu szkodzi. Zamiast szkodliwej dla organizmu substancji, lepiej więc wlewać w siebie lemoniadę. Tyle, że nie tę o smaku wody z rzeki, produkowaną przez Wytwórnię Wód Gazowych przy ulicy Lubartowskiej 28, jak również nie tę prywatnej (z prywatnej! w dobie powszechnej własności państwowej i społecznej!) firmy „Z. Winiarczyk i S-ka” , będącą jeszcze gorszym świństwem. Na szczęście z pomocą spragnionym Lublinianom pospieszył niezawodny, jak zawsze, LSS i wyprodukował „napój bogów” czyli „Oranż-Róż”. „Oranż-Róż”? „Oranż-Żenada”? A! „OranŻada”!

Jak tak dalej pójdzie w Lublinie, to nie wiadomo co to będzie. Prorocze słowa…

„Kurier Lubelski”  nr 53 z 26 V 1957 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

 

O potrzebie z przedmieścia zrobienia Śródmieścia

Lublin. Ok. 1939 r.

O! Nowe wydanie „Kuriera z Lublina”! Ba… cóż w tym dziwnego… W „Gabinecie” do Świąt jeszcze daleko, ale o tym, że nieuchronnie nadchodzą świadczy rosnąca ilość wzmianek o tychże świętach. Nawet w tytułach cytowanych przez „Kurier z Lublina” gazet. A zatem przytoczony poniżej artykuł zaczerpnięto nie z „Ekspresu Lubelskiego i Wołyńskiego”, a z „Dodatku Świątecznego” do tegoż „Ekspresu” z dnia 27 marca 1937 r. Jaki z tego wniosek? Wniosek? Tak wniosek! A taki, że przed 80 (słownie: osiemdziesięciu) czy laty Wielkanoc wypadała pod koniec marca. Co do meritum sprawy poruszonej w niniejszym artykule, „Gabinet” postanowił ponownie skorzystać z prawa do zachowania milczenia, pozwalając Czytelnikowi na samodzielne przemyślenia i wyciągnięcie własnych wniosków. W prezencie gratisowo dostajecie ilustrowaną reklamę motopomp i ogłoszenia dwóch instytucji związanych z ulicą Narutowicza nr 4. Tu powinienem zakończyć wielokropkiem, dla lepszego efektu dramatycznego, ale… (jak widzicie to nie zawsze działa)

P.S. Odpowiedź skrywa się w tekście…

„Dodatek Świąteczny” do „Expressu Lubelskiego i Wołyńskiego z 27.III.1937 r. 

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Nikczemna zdrada…

…a co ja się będę patyczkował. Niech przemówi Wiech, a ja wraz z nim zdradzę sobie nikczemnie (O Borze! – to taki las…). Bardzo proszę:

Ilustracja Świąteczna – Dodatek do „Expressu Lubelskiego i Wołyńskiego z 21.III.1937  

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Post Navigation