Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the tag “Aleje Racławickie”

O straszliwej nawałnicy w Lublinie…

…nic dziś nie napiszemy, bo i nie ma o czym.

Lipiec przynosi niewielkie zmiany w „Kurierze z Lublina”: na pól roku żegnamy się z „Ekspresem Lubelskim i Wołyńskim”, ale w zamian za to witamy ponownie na pokładzie „Głos Lubelski” z roku 1937. Jak to mówią: tak „Gabinet” tworzy, jak Łopaciński przysporzy… Bo może nie wszyscy wiedzą, ale materiały do artykułów czerpiemy z zasobów tej zasłużonej dla Lublina instytucji, które obecnie dostępne są powszechnie dzięki Lubelskiej Bibliotece Wirtualnej. Tym razem w zestawieniu zabrakło też „Kuriera Lubelskiego” z roku 1957. To tyle, jeśli chodzi o laurki i kadzenie, w związku z czym mogę zaprosić Was na lipcowy spacer po Lublinie roku 1937.

Koń (z prawej…) i Marszałek Edward Śmigły-Rydz w Lublinie

Nie przebrzmiały jeszcze echa ostatniej wizyty Pana Prezydenta Rzplitej w Lublinie, a już swą wizytę w mieście zapowiedział sam Naczelny Wódz R.P., czyli Marszałek-Rydz Śmigły (a imię jego Edward). Marsz. Śmigły przybywał do miasta nie ze względu na liczne atrakcje i uroki tutejszej metr(o!)polii… Marszałka skierowała do Lublina… miłość do koni, która przywiodła go do objęcia protektoratem honorowym Wystawy Koni, otwieranej w Lublinie w dniu 1 lipca. Marszałek do nasyego miasta zamierzał przybyć dzień później, samochodem z Warszawy o godzinie 11 rano. Komitet powitalny złożony z Ważnych, Mniej Ważnych, Tych Którym Się Wydaje Że Są Ważni oraz tych Rzeczywiście Najważniejszych (czyli zwykłych mieszkańców miasta) miał powitać Marszałka u bramy tryumfalnej wzniesionej przy Alejach Racławickich. Miasto zaś zostało wezwane do przystrojenia się we flagi, etc. etc. – jak to z reguły bywa przy takich okazjach., więc po co się nad tym rozwodzić…?

 

Lipcowe noce gorące i duszne… można nawet spać pod gołym niebem. Albo i nawet w bramie kamienicy… Tak właśnie czyniły lubelskie murzynki (dziś niektórzy powiedzieliby murzyniątka), czyli chłopcy po lat 9-12, ci wieczorowi sprzedawcy gazet. Niektórzy z nich mieli nawet własne „domy”, lecz – mimo to – woleli wypoczynek na dworzu, niż w dusznych i ciasnych suterynach. Ale wielu nie miało nawet dachu nad głową. I wszystko to działo się w mieście szczycącym się 10 najróżnorodniejszymi towarzystwami [opieki] nad dziećmi! Które to towarzystwa, raz po raz, organizowały zbiórki na misje afrykańskie wykupywanie murzynków. Nie ma oczywiście niczego złego w pomocy wszystkim potrzebującym, ale tylko wówczas, jeśli nie sprowadzają się do tego, że panie „prezeski” i panowie „prezesi” różnych dobroczynnych instytucyj zasypiają błogim snem na wygodnych łóżkach pod puchowymi kołdrami w przeświadczeniu dobrze spełnionego obowiązku po „odwaleniu” 1 lub 2 godzinnego zebrania lub posiedzenia, a biedne „murzynki” śpią półnagie, drżąc z zimna w chłodne noce po różnych cegielniach, starych budynkach lub wnękach bram”.

Letnie upały nie tylko poprawiały komfort termiczny śpiących pod gołym niebem dzieci, ale zwiększały również prawdopodobieństwo powstania i rozszerzania się niebezpiecznych pożarów, takich jak ten, który wybuchł na lubelskich Rurach, gdzie spłonęło bowiem 21 zagród z dobytkiem domowym, inwentarzem martwym, drobiem i.t.p. Jednak gdyby nie tak sprężyście prowadzona akcja – pożar gasiło 9 zastępów straży pożarnej – pożar byłby przyjął znacznie większe rozmiary i zamieniłby się w klęskę. Dzieła zniszczenia dopełniły bandy złodziei, które momentalnie rozkradały wszystko, cokolwiek z płonących domów wynoszono, a co ukraść się dało. Otwartemu rabunkowi zapobiegła policja…

A skoro poruszyliśmy już sprawę kradzieży, dzisiejszy spacer kończymy ogłoszeniem: PROSIMY O POMOC W ODNALEZIENIU roweru męskiego, na balonach, malowanego na kolor żółty ze strzałkami czerwono-niebieskimi, kierownikiem niklowym z rączkami na dół obręczami żelaznymi. UWAGA! Z tyłu roweru znajdował się numer rejestracyjny S. 17662.

 O mój Borze!

(to taki las)

Ktoś pomoże?

Czy stracony czas?

 

„Głos Lubelski”  nr  177 z 1 VII 1937 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Każdy chce się wyspać!

1

Głos Lubelski z 21.V.1925 r. (Nr 139)

Ilustracje ze zbiorów Biblioteki Cyfrowej WBP w Lublinie
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

Ale akurat DZISIAJ (sprzedany)?!

12Głos Lubelski z 10.V.1935 r. (Nr 126)

Ilustracje z Biblioteki Cyfrowej WBP w Lublinie
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

Rozdają za darmo telefony! ZOBACZ GDZIE

Image0002_0001

Abonentów telefonicznych przybywa!

Nowa taryfa korzystna dla abonentów?

LUBLIN, 11. 2. Jak się informujemy, darmowa instalacja telefonów wprowadzona przez Pastę na tych linjach, gdzie istniał zapas wolnych połączeń, dała niezłe rezultaty. W ciągu niespełna sześciu tygodni zgłosiło się 150 nowych abonentów, którym natychmiast aparaty zainstalowano.

Mimo, że termin przyjmowania zgłoszeń na darmowe instalacje wyznaczony został do 1 maja, kto chce mieć telefon w domu , musi się spieszyć. Okazuje się bowiem, że ilość wolnych połączeń jest już na wyczerpaniu, a do połowy marca wyczerpana zostanie. Już dzisiaj wyczerpaną została w Alejach Racławickich na odcinku od ulicy Bartosza Głowackiego, jak również w rejonie ulicy Lubomelskiej. Kto chce mieć telefon, musi więc się spieszyć – bo wkrótce będzie zapóźno.

Nowa taryfa licznikowa okazała się narazie dla abonentów korzystna. Ludzie przerażeni nową taryfą tak oszczędzali na rozmowach, że często nie wyczerpali kontyngentów. Faktem jest, że w styczniu dochody Pasty okazały się mniejsze od grudniowych. Zrównoważy zresztą ubytek zwiększenie liczby abonentów, nie licząc tego, że gdy pierwsze wrażenie nowej taryfy przeminie, ludzie zrobią się nieco znów gadatliwsi i liczniki rejestrować będą zapewne wyższe cyfry.

Zobaczymy, jakie cyfry przyniesie luty. Trudno oczywiście przypuszczać, aby ludzie mający telefon mogli poprzestać na 2 i pół rozmowach dziennie. To też pewnie Pasta sobie z czasem stratę odbije.


Jeszcze o partaczach dentystycznych

Cienkie koronki z kiepskiego złota stanowią tajemnice ich taniości

LUBLIN, 11 2 Omówiliśmy niedawno zalew dentystyki przez nieuprawnionych do praktyki techników dentystycznych a często i przez partaczy, niemających nic wogóle wspólnego z dentystyką, stwierdzając, że ten stan rzeczy nie może być tolerowany przez władze nie tylko w interesie lekarzy dentystów, ale przedewszystkiem w interesie pacjentów, narażonych często na niebezpieczeństwo przez nieumiejętne leczenie. Obecnie powracamy do tej sprawy, chcemy bowiem zwrócić uwagę na jeszcze jedną stronę tego zagadnienia.

Otóż zdarza się często, że nieposiadający prawa praktyki technik posiada gabinet, a prowadzi go pod firmą młodego lekarza-dentysty, któremu za to płaci jakąś kwotę miesięczną, a czasem nie płaci nic zgoła. Taki młody lekarz dentysta ponosi całkowitą odpowiedzialność za wszelkie wypadki jakie mogą się zdarzyć praktykującemu technikowi, pomaga mu obchodzić ustawę, a wzamian za to otrzymuje bardzo niewielkie wynagrodzenie.

Sądzimy, że władze powinny zająć się tym smutnym objawem i po stwierdzeniu, że w gabinecie firmowanym przez lekarza dentystę praktykę faktycznie pełni nieuprawniony technik – powinny zarówno w stosunku do lekarza jak i w stosunku do technika wyciągać wielkie konsekwencje.

Publiczność powinna rozumieć, że poszukiwanie „tanich” dentystów nie prowadzi do niczego, bo „taniość” prowadzi do tandety. Np. złote koronki robione być muszą z wysokoprocentowego złota, aby nie były zbyt twarde i sztywne, w przeciwnym razie łatwo pękają. Muszą też mieć odpowiednią grubość. Różni „tani” majstrowie dentystyczni dają niższą próbę złota, a koronki robią o połowę cieńsze niż być powinny, dzięki czemu zużywają się b. szybko. Nim się jednak pacjent o tym przekona, już jest zapóźno. Kontrola ze strony władz jest więc nad tem wszystkiem niezbędna. Jak już pisaliśmy – partactwem dentystycznem zajmują się przeważnie żydzi, często nawet nie żydzi , tylko technicy dentystyczni. Czas byłby ten proceder ukrócić.


Przeniesienia lubelskiego Karcelaka

Domagają się mieszkańcy ul. Rybnej. „Psia górka” zatruwa miazmatami całą dzielnicę.

LUBLIN 11.2. Pisaliśmy jesienią ub. roku o fatalnych warunkach sanitarnych, jakie się wytworzyły na ul. Rybnej spowodu ulokowania handlu starzyzną na t. zw. Psiej górce, u zbiegu Rybnej i Noworybnej. Obecnie, jak się dowiadujemy, mieszkańcy tych ulic złożyli specjalny memorjał do Prezydenta i Rady Miejskiej, żądając ulokowania naszego lubelskiego Karcelaka w jakimś innem miejscu.

Prośbę dwoją podpisani motywują w sposób wysoce przekonywujący, przedewszystkiem sam punkt stanowi jezdnię i zbieg kilku zaułków, które są zazwyczaj całkiem zatarasowane przez wystawione na sprzedaż używane meble i tłumy handlujące starzyzną: przymierzanie używanyh ubrań odbywa się w bramach i na klatkach schodowych sąsiednich domów, co jest mało przyjemne dla ich mieszkańców i przyczynia się do zanieczyszczenia owych bram i klatek schodowych. Skupienie większej ilości ludzi w miejscu nieposiadającem ubikacji ogólnej sprawia, że w okolicy panuje niemożliwy zaduch zatruwający powietrze w mieszkaniach. Handel starzyzną ściąga w to miejsce całe masy szumowin, powstają nieustanne zatargi, krzyki i bójki. Krótko mówiąc, zarówno warunki sanitarne, jak i bezpieczeństwo mieszkańców są coraz w opłakanym stanie i ich żądanie przeniesienia lubelskiego Karcelaka jest całkowicie usprawiedliwione.

Ze swojej strony dodamy, że targowisko tego rodzaju powinno zostać ulokowane w miejscu mniej gęsto zabudowanem, i że znacznie odpowiedniejszem byłoby ulokowanie go na jakichś pustych placach na Czechówce, niż w zabłoconem śródmieściu przy żydowskiej dzielnicy. Petenci mają zupełną rację, gdy domagają się, aby im ten cały bałagan zabrano z pod okien i należy mieć nadzieję, że p. Prezydent sprawę pozytywnie załatwi.

1

 Głos Lubelski z 12 II 1935 r. (Nr 42)

Ilustracje ze zbiorów Biblioteki Cyfrowej WBP w Lublinie oraz Biblioteki Cyfrowej UMCS
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

Sweter

1

Wysłańcy proroka Eljasza w Lublinie

Apostołowie „nowej wiary” z dalekiego Polesia

LUBLIN, 31. 1. Dziś w naszej redakcji zjawili się dwaj „wysłańcy proroka Eljasza”, sekty o której piszemy na innej stronie. Są to dwaj chłopi białoruscy z Motola w powiecie Drohiczyńskim pod Pińskiem. Miał im się okazać prorok Eljasz, i dawszy się poznać cudami, o których wysłańcom mówić nie wolno – kazał im iść w świat głosić ową wiarę.

Wiara ta ma na celu zjednoczenie ludzi we wspólnej religii. Świętować się ma dwa dni w tygodniu – sobotę i niedzielę. Nie wolno jeść świńskiego mięsa, bowiem świnia jest nieczysta i ma zły charakter, który udziela się ludziom spożywającym jej mięso.

Zasadniczą podstawą „nowej religii” jest zachowywanie Dziesięciorga przykazań. Wysłańcy wędrują na piechotę, nie wolno im przyjmować datków pieniężnych i żywieni są w drodze przez ludzi.

Owi dwaj poleszucy robią dziwne wrażenie ludzi zahipnotyzowanych. Obaj są drobnymi rolnikami. Porzucili sadyby, żony i dzieci którymi opiekują się tymczasem ich sąsiedzi – współwyznawcy. Wędrują już tak od żniw, głosząc zasady swej sekty.

Zasady te m. in. jak nam oświadczyli wysłańcy proroka Eljasza, zabraniają używania tytoniu i alkoholu. Związki małżeńskie są dozwolone i nie uważane za grzech. W Lublinie mają zamiar zostać koło tygodnia. Dokąd się udadzą następnie – jeszcze nie wiedzą.


Elektryfikacja Sławinka. Kilkunastu właścicieli willi na Sławinku zdawna oczekuje już przedłużenia miejskiej sieci elektrycznej. Jak nas informują sprawa obecnie posunęła się do naprzód, ponieważ ustalono podział kosztów z elektryfikacją związanych. Zarząd elektrowni własnym kosztem doprowadziłby kabel wysokiego napięcia (6600 v) i pobudował transformator na Sławinku na prąd użytkowy 220 v., właściciele zaś willi wpłaciliby sumy potrzebne na doprowadzenie linii od transformatora do ich posiadłości. Koszta te wyniosłyby do paruset złotych, zależnie od długości pojedyńczej linii, jednak elektrownia koszta te zwróciłaby każdemu w formie dostarczanego prądu. Obecnie wskazane jest żeby każdy właściciel willi na Sławinku  zgłosił się do Zarządu Elektrowni Miejskiej i złożył deklarację pokrycia kosztów swego odcinka linji.


Też „spoczynek niedzielny”. Nie tylko handel w sklepach jest chyba zakazany w niedzielę, ale również zapewne funkcjonowanie innych przedsiębiorstw, jak np. przewozowych. Tymczasem nie byle gdzie, bo na Krakowskim Przedmieściu widzieć można ciągnące wysoko ładowane fury, pełne towaru jadące w kierunku Alei Racławickich w każdą niemal niedzielę i święto. Są to wozy żydowskich przedsiębiorstw przewozowych, które obecnie przewożą końmi towary, zastępując w ten sposób drogie i wysoko opodatkowane samochody. Sądzimy, że ustawa o spoczynku niedzielnym rozciąga się również na przedsiębiorstwa tego rodzaju, tak że władze owemu procederowi w niedzielę i święta kres położyć powinny.


Hazard uliczny. Na ulicy Zamojskiej jacyś trzej osobnicy urządzili sobie znowu istne Monte Carlo. Ustawiają stół, na nim kilka wygranych (przeważnie budzików) i wciągają do gry naiwnych przechodniów. Grę prowadzi jeden z przedsiębiorców, dwaj drudzy stoją na czatach i w razie pojawienia się na horyzoncie policjanta alarmują towarzysza, który porywa stolik, budziki i wszystko ukrywa się w najbliższej bramie. Wartoby posłać na miejsce po cywilnemu ubranych wywiadowców, aby z tem zrobili porządek.

Specjalista od takich gier Ekiert, znany bojówkarz sanacyjny z okresu wyborów, siedzi podobno w więzieniu. Jak widać – znalazł następców.


Historja skradzionego wieprza. Władze policyjne pociągnęły do odpowiedzialności karnej Adolfa Fijałkowskiego (Skibińska 29) który dokonał kradzieży wieprza u St. Filipowicza. Fijałkowski zabił wieprza i zamierzał mięso sprzedać. Zabitego wieprza zwrócono Filipowiczowi.


Żydzi okradli sklep żydowski. W związku z okradzeniem sklepu Symchy Szypra przy ul. Szerokiej (gdzie skradziono towarów na około 1000 zł.) policja po przeprowadzeniu dochodzeń aresztowała sprawców kradzieży w osobach Samuela Cukiermana (ul. Krawiecka 5) i Moszka Gurfinkla (Krawiecka 5). Obu złodziei osadzono na Zamku.


Specjalista od kiosków w areszcie. W związku z ciągłem okradaniem kiosków inwalidzkich zatrzymany został sprawca tych kradzieży Czesław Ogrodowski zam. przy ul. Krochmalnej 15. Ogrodowski dokonał kradzieży w kioskach przy ul. Szopena 15, Kapucyńskiej 5 i usiłował dokonać kradzieży w jednym z kiosków przy ulicy Narutowicza.


Codzienne kradzieże. Wiktorii Jasińskiej zam. przy ul. Konopnickiej 5 skradziono z mieszkania sweter wartości 30 zł. Kradzieży tej dokonała Helena Szymańska bez stałego miejsca zamieszkania.

Głos Lubelski z 1 II 1935 r. (Nr 32)

Ilustracje ze zbiorów Biblioteki Cyfrowej WBP w Lublinie
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

Memu miastu na do widzenia…

1

Słowa o Lublinie – dawnem mieście

O duszy starych miast

Kroki błądzące w murach Wilna, Lublina czy Krakowa, wszystko jedno zima to, lato lub jesień złotolistna, powolne są, jak zmiany pór roku. Bo czy podobna szybkiemi stopami przemierzać wąziutkie chodniki zaułków, przy których dom patrzy domowi przeciwległemu zbliska w twarz, gdzie arki klamrami spinają mur z murem, gdzie szkarpa się wysuwa na chodnik pochyła, wysoka, niby noga olbrzyma w dostojnej pozie zastygłego.

Powolność, spokój, echo niepowrotności czasów sprawiają, że po starem mieście chodzimy cicho, poważnie. A chodząc tak, przystając, na piętra, załomy, cienie, napisy patrząc, ani wiemy kiedy i jak zaczyna do nas mówić dusza starych kątów. Słuchajmy.

Mury lubelskie

Przy kościołach, cmentarzach jakże wabią oko stare ogrodzenia murowane. To przy kościele Ewangielickim, niziutkie, tu wyższe, tam niższe, nierówne jak szereg rekrutów, zamglone cieniem starych kasztanów, liczy sobie lat sto kilkadziesiąt.

A mury Misjonarskie od ulicy tejże nazwy, również asymetryczne, tylko bardziej okazałe, zdobią niepozorną ulicę niebywale.

Ci, którzy przechodzą obok cerkwi ulicą Ruską mijają obojętnie jej ogrodzenie murowane i piękny w nim murowany występ, zdobiony geometrycznym fryzem. Któż pamięta, że ten występ to dawna furta z czasów, gdy jeszcze ulica przebiegała o 3 łokcie niżej.

A dalej jeszcze, ku Kalinowszczyźnie, w odwiecznym murze kirkuta ileż uroku. Linją kapryśnie łamaną, jak ramię, otacza on wzgórze ciężkie od wielkich drzew i masywnych głazów grobowych, które czas odchylił od pionu ku starości. Powierzchnia odwiecznych cegieł szara i chropawa, ukosy wsporników, romantyczne latarnie gazowe bez szyb i świateł, nawskroś przebijane przez wiatr – ileż mają uroku. Nie mijajmy ich obojętnie.

Rzeczy, których już nie ma

Odbudować w wyobraźni rzeczy, których już nie ma i dopełnić niemi obraz rzeczywistości – to piękne zadanie. Spróbujmy.

Gdzie ulica Rybna krzyżuje się z Grodzką, była ongiś arkada pod dwupiętrowym domem. Tamtędy, w cieniu łukowatego sklepienia wchodziło się na Rybną alias Menniczą. Bezmyślność czyjaś obdarła Lublin z tego pięknego motywu architektonicznego.

Znamy wszyscy zachwycające kościoły drewniane (Rabka, Sękowa), ale mało kto wie, że pod Lublinem, jeszcze w końcu XVIII wieku, na polach między Czechówką, a Czwartkiem stała taka właśnie urocza drewniana budowla jak to w piosence: „kosciółek z descułek, a dzwonnica z tarcic…” Być może, że znajdował się on na gruntach zwanych Lemszczyzna, w pobliżu samotnego pomnika „Szwedzkiego”.

Ongi, plac pochyły za kościołem św. Ducha zajmowały szpital i cmentarz szpitalny, a dalej nieco, w nimbie grozy i złej sławy jarzyły się po nocach wąskie okienka domu, który zamieszkiwał mistrz, kat miejski.

A teraz…?

Drobiazgi

Garść piasku rzuć na wiatr – zagra kolorami. Piach rozsypie się, a każda jego drobinka inna, odmienną naznaczona barwą. Wspominki drobne o dawnych rzeczach, niech rozpadną się sypką tęczą jak piasku garść. Więc:

…Znana kamienica Sobieskich w Rynku ma teraz tylko 2 piętra. Drugie dwa górne rozebrano w czasach Królestwa Kongresowego.

…Wielka ilość starych budowli zmurowana jest z opoki, lub z cegły zmieszanej z opoką. Łatwo to sprawdzić na walącem się domostwie obok wieży Grodzkiej.

…Sierpiński pisze w r. 1839: nie słychać dzwonków zimowych jak w Warszawie i innych miastach stołecznych; dotąd bowiem ani jednej publicznej dorożki miasto nie posiada”.

…Ulice przemianowano. Nie tak się za wieku starego nazywały: Dzisiejsza Bramowa – dawniej Przyrynek, Dzisiejsza Rybna – dawniej Mennicza, Lipowa zwała się Grobową, Namiestnikowska – ulicą Maryji Panny, Królewska – to Przedmieście Korce, Aleje Racławickie zwano ulicą Warszawską.

…Kompleks budynków wieńcem otaczający górę zamkową nietylko był poza juryzdycją miasta Lublina, ale nawet miał osobnego wójta, którego wójtem podzameckim (że to na Podzamczu) zwano. Ostatniego wójta mianował tam Stanisław August. A jeszcze przypomnieć warto, że Podzamcze i herb miało własny: łeb barani bez rogów, pod złotą koroną.

Ot, drobiazgi, drobiazgi.

Dola rośnie

Na Białorusi mówią: „ty śpisz, a dola twoja rośnie”. Otóż tak. Dola rośnie, mijają lata. Kiedyś,  w sto lat po nas, ze wzruszeniem będą nowi ludzie oglądali ślady naszego czasu. Historja Polski urośnie, nowemi faktami obciążona, dzieje Lublina wzrosną razem z nią. W zimowy wieczór, w subtelnym blasku neonowych lamp będą wówczas chodzili po Lublinie, jak dziś, młodzi entuzjaści. Zatrzymają się na ulicy: „To tędy Beliniacy wjeżdżali do miasta witani kwiatami, to w murach tej szkoły zrodził się strajk 1905 roku, to tu urzędował Rząd Republiki Ludowej, to tu Piłsudski, wielki Marszałek, przemawiał wśród sztandarów i tłumów…”

I z pożółkłych gazet, z wystrzępionych dokumentów zbierać będą nowe drobiazgi, o ludziach i murach, o rzeczach których już nie ma, o duszy starego miasta.

J. C.

Ziemia Lubelska z 26 I 1931 (Nr 25)

Ilustracja autorstwa Autora wpisu (nie zaś cytowanego tekstu)
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

Upadli z Lublina – ciąg dalszy nastąpi(ł)

Liczba ofiar ślizgawicy stale wzrasta

Od kilku dni na terenie Lublina wydarzają się nieprzerwanym łańcuchem wypadki spowodowane przez ślizgawicę. W dniu wczorajszym wydarzyły się następujące wypadki.

Małka Bekierman lat 28 zamieszkała przy ulicy Krawieckiej 39, idąc ulicą upadła i doznała złamania lewej ręki.

– Dwojra Oksenbaum lat 56 Unicka 2, wskutek poślizgnięcia się upadła i doznała niebezpiecznej kontuzji krzyża i głowy.

– Antoni Adamczyk lat 28, zamieszkały Wesoła 10, wskutek upadku doznał zranienia głowy.

– Zofja Rutkowska przechodząc Alejami Racławickimi upadła tak nieszczęśliwie, że doznała silnych obrażeń ciała oraz straciła przytomność.

– Stanisław Argan lat 37, zam. Aleje Długosza 18 wskutek upadku powodowanego ślizgawicą doznał skręcenia lewej nogi.

Wszystkim poszkodowanym pierwszej pomocy udzielił lekarz Pogotowia.

Należy bezwzględnie w okresie zimowym przestrzegać posypywania piaskiem chodników, gdyż tylko w ten sposób zapobiec można tak częstym wypadkom.

1

Ozdoby na choinkę. Kmicic Wacław, zam. we wsi Snopków zameldował o kradzieży przyborów do choinki, wart. 12 zł. przez nieznanego sprawcę.


Gołębie pocztowe. Zdybicki Aleksander, Orla 5, zameldował o kradzieży 2-ch gołębi pocztowych, wart. 120 zł. przez Kostyłę Henryka, zam. w kol. Natalin, gm. Konopnica.


Czyje rzeczy? W dniu 15 b. m. został znaleziony przy ul. Czechowskiej w rozwalonym domu pakunek, zawierający dwie poszewki do poduszek, jeden obrus, jedną ścierkę, 1 parę dessous 1 halkę, 1 firankę, kuchenną, 1 stanik damski z monogramem 1. Z., bluzkę damską, sweter trykotowy, 2 saczki damskie, czarne z aksamitnemi kołnierzami, oraz płaszcz czarny, które to przedmioty, prawdopodobnie pochodzące z kradzieży znajdują się w 1. Komisarjacie P. P.


Worek pęcaku. Waserbaum Izaak, Białkowska Góra 16, zameldował o kradzieży worka pęcaku, wart. 17 zł. przez nieznanego sprawcę z wozu w czasie nieobecności meldującego.


Kradzież świń z pociągu. Dąbrowski Antoni, przewoźnik świń, zam. w Skierbieszowie, pow. Zamość zameldował na posterunku kolejowym P. P., że nieznani sprawcy na przestrzeni Świdnik – Lublin skradli z wagonu 4 świnie, wartości około 900 zł. Wysłani w celu poszukiwań policjanci odnaleźli 2 sztuki świń – jedną za tarczą ostrzegawczą, drugą za przejazdem na Majdanku Tatarskim. Dochodzenie prowadzi się.


Nielegalny handel choinkami. Pociągnięto do odpowiedzialności Robaka Józefa – Szańcowa 21 za uprawianie handlu choinkami, których pochodzenia nie mógł wyjaśnić. 

Ziemia Lubelska z 17 XII 1931 r. (Nr 342)

Ilustracje ze zbiorów Biblioteki Cyfrowej KUL
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

Tragiczna i prawdziwa historia miłosna

V_0359_1931_0326-00003-1

Zazdrość o narzeczoną

pchnęła go do zbrodni

Morderstwo na polu pod Lublinem

Swego czasu we wsi Wilczopole położonej o kilka kilometrów od Lublina pomiędzy Józefem Gustawem lat 23 a Józefą Gardałówną lat 19 zawiązał się stosunek miłosny. Przez pewien czas narzeczeni żyli ze sobą w przykładnej zgodzie i nic nie zapowiadało, że między nimi nastąpić mogą jakieś nieporozumienia.

Po jakimś czasie młoda dziewczyna zwróciła swą uwagę w stronę młodego parobczaka niejakiego Stanisława Kołodzieja.

Kołodziej począł jej towarzyszyć na zabawy i wycieczki. Ona coraz częściej opuszczała narzeczonego.

W tym też czasie, ludzie poczęli sobie pokpiwać z Gustawa, mówiąc mu, że go narzeczona „kantem” puściła oraz, że Kołodziej mu ją „odbija”. Młody chłopak wpadał z tego powodu w rozpacz. Odgrażał się, że Kołodzieja „usadzi” – prosił dziewczynę by się opamiętała. Wszystkie prośby pozostawały bez skutku.

W końcu dziewczyna oświadczyła Gustawowi, że będzie chodziła z Kołodziejem. Wówczas to Gustaw zapragnął krwi rywala.

Pewnej letniej nocy Gustaw postanowił zakończyć z Kołodziejem. Dowiedział się on, że Kołodziej jest na zabawie z Gardołówną w pobliskiej wsi Kąty.

Uzbroił się więc w potężną pałkę, a wziąwszy do pomocy swych kuzynów Jana Gustawa, Józefa Gustawa i Franciszka Krzywickiego ruszył na ich czele w kierunku wspomnianej wsi.

W drodze Gustaw ze swą gromadą napotkali wracającego Kołodzieja. Wszyscy więc rzucili się na niego i poczęli go bić pałkami.

Zmasakrowany, zalany krwią Kołodziej zwalił się na ziemię. Wówczas Gustaw zadał mu jeszcze kilka ciosów. Kołodziej w kilka chwil później zmarł.

O morderstwie zawiadomiono policję, która sprawcę aresztowała i osadziła w więzieniu na Zamku. W najbliższych dniach Gustaw i jego wspólnicy staną przed sądem Okręgowym w Lublinie.

V_0359_1931_0326-00004


 Awanturniczy Filipek. P. Stanisław Filipek, lat 27, zamieszkały przy ulicy Wojennej 5, po sutej libacji wpadł w wojowniczy nastrój. Toteż kiedy się począł awanturować na ulicy, dostał od jakiegoś przechodnia laską w głowę. W dalszym ciągu awantur, pan Filipak natknął się na posterunkowego, który mimo oporu z jego strony został odprowadzony na wytrzeźwienie do komisariatu.


 Osiemdziesięcioletnia staruszka pod kopytami spłoszonych koni. W dniu wczorajszym przechodnie Alei Racławickich byli świadkami omal nie tragicznego wypadku. Oto chodnikiem od strony koszar szła 80-letnia mieszkanka osady Chodel, niejaka Magdalena Furtak. Nagle na szosie spłoszyły się od przejeżdżającego auta – konie. Zwierzęta nieokiełznane jak wicher rzuciły się na chodnik, ciągnąc za sobą wóz. Staruszka nie zdążyła się usunąć, to też dostała się pod kopyta koni. Cudem tylko uniknęła śmierci. Doznała natomiast złamania jednego żebra oraz szeregu obrażeń głowy i całego ciała. Pomocy udzieliło jej Pogotowie Ratunkowe. Policja spisała protokuł.


V_0359_1931_0326-00003-2

Uważać na dzieci. Obecnie z nastaniem mrozów, kiedy mniejsze stawy i rzeczki pokryły się cienką taflą lodu, tłumy dzieci wybierają się na „ślizgawkę”. Otóż ze względu na bezpieczeństwo dzieci, rodzice nie powinni pozwolić na ślizganie się po rzekach i stawach, gdyż cienka warstwa lodu grozi w każdej chwili załamaniem się. Nie dalej, jak w niedzielę, miało miejsce kilka wypadków pęknięcia lodu, a dzieci tylko cudem wyratowano z głębin. Z uwagi na ten fakt, należy obecnie zwrócić baczniejszą uwagę na dzieci.


Posypywać chodniki piaskiem. Przy rynsztokach zwłaszcza na przejściach ulic utworzyły się duże rozlewy, które stwarzają dla przechodniów znaczne niebezpieczeństwo narażają ich na upadki bardzo bolesne i. t. d. Zwracamy uwagę na wyżej wspomnianą bolączkę i mamy nadzieję że zostanie ona usunięta przez przysypywanie piaskiem zamarzniętych przejść.

Ziemia Lubelska z 1 XII 1931 r. (Nr 326)i-hate-facebook1

Post Navigation