Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the tag “Spokojna”

Szóstego października!!!

p-10

Ćwiczenie dla spostrzegawczych: znajdź dworzec autobusowy przy ulicy Nowej!

Dzisiaj migawka z roku 1946. W tym miejscu powinien nastąpić wstęp wyjaśniający Czytelnikowi, że w Lublinie, po tzw. wyzwoleniu w roku 1944, było niezwykle trudno, bo ruina, bo spustoszenie, bo dewastacja… i tak co najmniej akapit tekstu w ten deseń…  Poprzestańmy jednak na stwierdzeniu, że dobrze nie było i problemów ówcześni Lublinianie mieli bez liku. O jednym z nich napisała siedemdziesiąt lat temu „Gazeta Lubelska” w wydaniu z dnia szóstego października, w artykule zatytułowanym Sezamie, otwórz się! O co konkretnie chodziło autorowi tego tekstu, dowiadujemy się już z podtytułu: Czyli kłopoty podróżujących Lublinian. Z lektury dowiadujemy się, że źródłem utrapień dla wędrownych mieszkańców Lublina była w owym czasie PKS. Tu ciekawostka: przez lata PKS zmienił(a) płeć: kiedyś mówiło się „lubelska PKS”,  teraz „lubelski PKS”. To nic dziwnego, bo przecież skrót ten oznacza Państwową Komunikację Samochodową, jednoznacznie wskazując, że PKS zawsze była kobietą (tu Waszczyk wykrzyknąć już może: O Borze! (to taki las)…).

1

Teraz kilka faktów porządkujących zwariowaną narrację: w kwietniu 1945 utworzono w Warszawie Państwowy Urząd Samochodowy, któremu podlegały Wojewódzkie Urzędy Samochodowe. 1 lipca 1945 z PUS-u wydzielono organizację samochodową pod nazwą Państwowa Komunikacja Samochodowa. Istnienie PKS zostało usankcjonowane prawnie dekretem Rady Ministrów z dnia 16 stycznia 1946 o utworzeniu przedsiębiorstwa państwowego „Państwowa Komunikacja Samochodowa” (Dz. U. z 1946 r. Nr 4, poz. 31). Jako, że czasy były niezwykle ciężkie, pierwsze przewozy pasażerskie odbywały się za pomocą samochodów ciężarowych, adaptowanych do przewozu osób – w kraju zniszczonym wojną, autobusy również uległy zniszczeniu.

Lubelska PKS miała w tym czasie „pięknie prezentujący się garaż przy ul. Wieniawskiej” i bazę przy ul. Spokojnej. Co ciekawe „wszędzie panował ład, porządek i czystość” – rzecz w późniejszych latach historii PRL już nie tak oczywista… Podobnie jak oczywistym nie był w późniejszym okresie personel, „który życzliwie i bardzo grzecznie” obsługiwał pasażerów – takie były plusy lubelskiej PKS. Były też i minusy, a w zasadzie jeden duży minus: brak odpowiedniej infrastruktury do obsługi pasażerów, czyli poczekalni i kas biletowych. Jednak – jak postulowała „Gazeta” – jedno i drugie można było urządzić na „dworcu” autobusowym w budynku przy ul. Nowej. Wspomniany budynek był własnością Zarządu Miejskiego i mieściła się w nim knajpa o szumnej nazwie „Bar Sezam i gdyby pogadać z właścicielką niemniej „pożytecznego” a z wiekowymi tradycjami „Sezamu”… Właścicielka może by zgodziła się na urządzenie w swoim lokalu poczekalni i kasy „uświetnionej” jej bufetem. Nie wiemy, jak skończyła się ta historia i co stało się z barem „Sezam” – wiadomo jedynie, że rzeczywiście – w późniejszych latach – dworzec autobusowy przeniósł się ulicę Nową. Czy właścicielka baru „Sezam” miała tu w ogóle coś do powiedzenia? Pamiętajmy, że były to czasy niezbyt pod tym względem ciekawe…

Wspomnieliśmy również o braku kas biletowych: w jaki więc sposób sprzedawano bilety? No cóż, raczej nie chcielibyście być konduktorem w roku 1946. „Wozy dalekobieżne” były zatłoczone już na godzinę przed odjazdem i biedny konduktor, czepiając się ścian ciężarówki (autobusów na stanie lubelskiej PKS jeszcze nie było), sprzedaje bilety, wydaje resztę, a także… tłumaczy się przed pasażerami, że nie może udzielić zniżek! Maszyna ruszała o oznaczonej godzinie, a w drodze były przystanki, było więc wysiadanie i wsiadanie podróżnych. W takich właśnie warunkach wiózł konduktor państwowe pieniądze (czyli wpływy ze sprzedanych biletów) np. do Siedlec. Uruchomienie kasy na lubelskim „dworcu” uwolniłoby konduktora od tej troski, ale – co ważniejsze – kasa sprzedawałaby tylko tyle biletów, ile jest miejsc. Dzięki temu pasażerowie nie musieliby zajmować miejsc na godzinę przed odejściem samochodu. I to ostatnie twierdzenie, jest kluczowe do zrozumienia, na czym – przed laty – polegały kłopoty podróżujących Lublinian.

P.S. Fajne streszczenie, nie?

Gazeta Lubelska z 6.X.1946 r. (Nr 275)

Ilustracje ze zbiorów własnych i Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej.
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Pogodowe kryminałki

1

24 stycznia 1936 r. słońce nad Lublinem wzeszło o godzinie 7 minut 50, a zaszło o 16 minut 7. W kinie „Apollo”, tego właśnie dnia, doszło do radykalnej zniżki cen, zatem nic nie stało na przeszkodzie, by obejrzeć najnowszy dramat wojenny z Jackiem Holtem, zatytułowany „Burza nad Andami”.

lf

W mieście pogoda była o wiele spokojniejsza, zupełnie nieburzowa: temperatura dnia poprzedniego według termometru Bramy Krakowskiej była następująca: godz. 6-ta rano +1, godz. 12 w południe +0, godz. 18 +0. Codzienny raport o pogodzie publikował „Głos Lubelski”. Z tegoż „Głosu” dowiadujemy się też co nieco o kryminalnej codzienności naszego miasta.

2

      Wyobraźcie sobie, że – w owym czasie – przy ulicy Jezuickiej 14 w Lublinie, mieszkał niejaki Józef Czapczyński. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież musiał gdzieś mieszkać. Z drugiej strony, przez te wszystkie lata, był on nie pierwszym, i zapewne nieostatnim mieszkańcem z Jezuickiej 14. To taki żart w stylu angielskim, a zatem wcale nie musi być śmieszny. I pewnie nie jest… Wracając do meritum: Józio pewnego dnia, na drodze swego życia, spotkał Leokadję Oleskównę. Leokadja była panną, na co wskazuje forma zapisu jej nazwiska. Mieszkała w Majdanie Moniackim (pow. Janów). Źródła milczą jak długo trwała ich znajomość i w jaki sposób kształtowały się jej losy. Co nie jest tak ważne, jak to, że nasz bohater obiecał pannie Leokadji ożenek. Miał zająć się formalnościami związanymi ze ślubem: w tym też celu otrzymał od Leosi 150 zł – wtedy też zerwał zaręczyny. Pieniędzy oczywiście nie oddał i… ostatnio aresztowano kilku sprawców napadu a mianowicie… A mianowicie, spytacie zgorszeni, co to ma wspólnego ze sprawą oszusta matrymonialnego z Jezuickiej? Jak się okazuje, zupełnie nic, ale dzięki temu możemy przejść do kolejnej opowieści.

3

      Aresztowani (Stanisław Siczka ze wsi Chmiel, Józef Skrzypek ze wsi Piotrków, Władysław Podsiadły oraz Szczepan Mazura ze wsi Piotrkówek w pow. lubelskim) w listopadzie roku poprzedniego dokonali napadu rabunkowego na Szmula Mitaka i inn. kupców z osady Żółkiewka w pow. Krasnystaw. W owym czasie (to nasz ulubiony zwrot w tym tekście) lubelski Zamek pełnił funkcję zakładu penitencjarnego, nic więc dziwnego, że sprawców napadu osadzono w więzieniu na Zamku.

POCZ_U_4937_0008

      Potem zdarzenia potoczyły się błyskawicznie: Lidji Chomicz Kościuszki 7 skradziono 40 zł gotówki i zegarek wart. 55 zł, Franciszkowi Gołębiowskiemu Narutowicza 26 skradziono z warsztatu wędliny wart. 65 zł, a Halinie Niewiarowskiej Al. Bartosza Głowackiego 17 skradziono z piwnicy 2 liny i 2 bloki żelazne wart. 60 zł. Mało? Izrael Langer S to Duska 20 zawiadomił policję, że Mendel Krochmalnik Szeroka 20 skradł mu odważnik wart. 4 zł. Odważnik? To zrozumiałe: było trzeba przecież jakoś zważyć zwędzoną (nie wędzoną?) wędlinę! Ale bloki, liny i zegarek? MacGywer jeden wie, co z tego da się zrobić…

4

Lublinianie jednak nie poddali się narastającej fali drobnej przestępczości: Felik[s] Abroży Kr. Leszczyńskiego 7 przyłapał na gorącym uczynku kradzieży desek wart. 40 zł z ogrodu, z których jednego, Stefana Grajczyka (Lubomelska 4) zatrzymał. Sytuacja stawała się coraz bardziej nerwowa, trzeba było coś zapalić: Cecylia Dankiewicz Zamojska 3 zawiadomiła policję, że Ryszard Gumieniak skradł jej z kiosku przy ul. Królewskie[j], papierosy wart. 4.50 zł. A że był styczeń, ludzie marzli: Moszek Goldberg, Kr. Leszczyńskiego 23, zawiadomił policję, że Andrzej Gręga Spokojna 7, skradł mu spodnie i kamizelkę wart. 8 zł. Pamiętajmy, że choć temperatura utrzymywała się w granicach zera, w każdej chwili mogło powiać mroźniejszym powietrzem – spodnie i kamizelka wówczas by nie wystarczyły: Eli Ajchenbaum, Złota 2, skradziono futro wart. 250 zł. z przedpokoju. To przelało czarę goryczy: futra z przedpokoju są bardzo cenione w każdych czasach. Złodziejowi (złodziejom?) pozostała jedynie ucieczka. Rowerem… Stanisławowi Moskwa, Mochnackiego 17 skradziono rower wart. 100 zł.

5P.S. O Borze (to taki las…)!

Głos Lubelski z 24.I.1936 r. (Nr 23)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Kryminalne zagadki na miarę Lublina

1

Podrzutek. W bramie domu Nr. 5 przy ulicy Radzikowskiej znalezione zostało dziecko płci męskiej w wieku około 1 roku. Dziecko umieszczone zostało w żłobku przy ul. Sierocej.


Protokóły policyjne. Policja w ciągu dnia wczorajszego pociągnęła do odpowiedzialności karnej za opilstwo 6 osób, za zakłócanie spokoju publicznego i inne wykroczenia 17 osób.


Codzienne kradzieże. Bolesław Cholewiński ul. Boczna 3 złożył w policji zameldowanie, że Władysław Wierzbicki zam. przy ul. Zamojskiej 11 przywłaszczył sobie 2 obrączki złote, zegarek złoty, weksle na 29 zł. i 14 zł. gotówką.

– Chaji Goldman ul. Bychawska 8 skradziono 5 sztuk gęsi.

– Henryce Łętowskiej ul. Spokojna 9 skradziono z niezamkniętego mieszkania torebkę damską zawierającą 150 zł. gotówką oraz różne przedmioty łącznej wartości około 190 zł.

– Marji Hanczeróg ze Lwowa skradziono na stacji kolejowej w Lublinie w czasie snu teczkę z różnemi rzeczami wart. 50 zł. Kradzieży dokonał Antoni Krzyżanek zam. na Wrotkowie.

2

Głos Lubelski z 9.IV.1935 r. (Nr 98)

Ilustracje ze zbiorów Biblioteki Cyfrowej WBP w Lublinie
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

Kurier nasz to ostatni?

1

(r) Napad na szosie. Mamy do zanotowania znów świeży fakt napadu bandytów, który przedstawia się jak następuje: W dniu onegdajszym, około godz. 5 nad ranem na jadącego szosą warszawską w stronę Lublina mieszkańca osady Gniewoszyn pow. Kozienickiego Arona Libchabera napadło kilku nieznanych złoczyńców, uzbrojonych w pałki i sterroryzowawszy L… zabrali mu posiadaną gotówkę w sumie 28 rubli pieniędzmi rosyjskimi oraz banknoty austryackie i niemieckie na ogólną sumę rb. 370. Po dokonaniu tej grabieży bandyci zaczęli się znęcać nad swą ofiarą bijąc kijami aż do utraty przytomności , poczem zbiegli. Lichabera odesłano na kuracyę do szpitala żydowskiego w Lublinie.


(r) Ograbienie poczty. W dniu onegdajszym około godziny [?] wieczorem kilku nieznanych złoczyńców napadło na urząd pocztowy w Łęcznie, poczem, ograbiwszy  kasę i zraniwszy miejscowego naczelnika pocztowego, zbiegli. Bliższych szczegółów dotychczas brak.


(r) Włóczęgostwo. Na st. dr. żel. w Chełmie został zatrzymany wałęsający się bez celu mieszkaniec wsi Milejów gm. Brzeziny, dziewiętnastoletni Bronisław Grzesiak [?], którego etapem odstawiono do miejscowego urzędu powiatowego w celu stwierdzenia tożsamości i odesłania na miejsce stałego zamieszkania.


(r) Pod kołami pociągu. W pobliżu stacyi Jaszczów został zabity przez nadchodzący pociąg robotnik kolejowy Stanisław Roza[?]ski. R., wraz z trzema innymi robotnikami jechał drezyną, gdy wtem usłyszano idący po tych samych szynach parowóz. Starczyło tylko czasu na zrzucenie z szyn drezyny. R. zaś nie zdążywszy uskoczyć w bok, poniósł śmierć na miejscu, osierocając dzieci i żonę.


(r) W sprawie sprzedaży owoców. Główny naczelnik dostarczania żywności armii frontu południowo-zachodniego zawiadomił p. gubernatora lubelskiego, iż uznał za stosowne pozwolić w mieście oraz w całej gubernii lubelskiej na sprzedaż surowych owoców i ogórków w sklepach, jak również na targach. Nie powinny być sprzedawane tylko owoce zepsute i przy sprzedaży na targach nie mogą one leżeć na ziemi, lecz na stołach będąc przytem zabezpieczone od kurzu lub błota szkłem, lub czystym płótnem.


(r) Zatrzymanie. Na stacyi drogi żel. został zatrzymany przez policyę właściciel domu w Lublinie, niejaki Fajn który wybierał się wyemigrować do Galicyi. Przy aresztowanym znaleziono kilkanaście tysięcy koron.


(r) Wykrycie sprawców kradzieży. Miejscowy wydział policyi śledczej odnalazł sprawców systematycznej kradzieży materyału opałowego z ochronki rosyjskiej przy ul. Spokojnej. Są nimi: Maryanna Radzyńska, Franciszka Klucha i Stanisława Sikorska.


(r) Kradzież. W ubiegły czwartek skradziono z wozu z podwórza domu położonego przy ul. Kowalskiej Nr 4 niejakiemu Józefowi Gozdulskiemu kożuch wartości 37 rb.


P o t r z e b n y    podręczny na męską szpilkową, oraz chłopiec do praktyki szewckiej. Ul. Bychawska. Nr 3.

Głos Lubelski z 21 II 1915 r. (Nr 52)

Ilustracje ze zbiorów Biblioteki Cyfrowej WBP w Lublinie
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

Pióro wieczne, a miłość… tragiczna

1

Wstrząsająca tragedia pary zakochanych

Nie chcąc żyć bez ślubu rzucili się pod koła pociągu

W domu Nr. 23 przy ulicy Bychawskiej oddawna zamieszkiwali przy swych rodzinach 20-letni Józef Górecki i 20-letnia Basia Cukierman córka szewca-żyda.

Oboje oni oddawna znali się i przebywali ze sobą. Toteż kiedy przyszły czasy, że ojciec Cukiermanówny począł się oglądać za mężem dla swej córki, ta starała się za wszelką cenę tę chwilę odwlec.

Górecki i Cukiermanówna pokochali się. Miłość ich była wielka, gorąca i nie znała różnic wyznaniowych (on był katolikiem ona żydówką). O ich miłości nikt nie wiedział.

W tych warunkach życie płynęło paru zakochanych spokojnym trybem.

Widmo rozstania jednak zbliżało się ku nim coraz szybciej. Cukiermanóna coraz ciężej była niepokojona przez ojca.

Przecież nie możesz zostać starą panną – mawiał Cukierman do swej córki. Na te słowa zalękniona dziewczyna odpowiadała cichym głosem.

– Jeszcze mam czas. Na tem kończyły się zazwyczaj rozmowy ojca z córką. Ostatnio zakochani, stwierdziwszy że z powodu różnicy wyznań nie będą mogli otrzymać ślubu ani żyć na wiarę, jednomyślnie postanowili rozstać się z tym światem.

W piątek wieczorem Górecki pożegnał się ze swą matką i wyszedł rzekomo do kina, to samo zrobiła w domu Cukiermanówna. Następnie oboje wsiedli do pociągu idącego w stronę Warszawy.

Kiedy pociąg zatrzymał się na stacji w Dęblinie, wysiedli oni na peron i torem kolejowym udali się w kierunku Warszawy. W odległości 1 klm. od stacji zatrzymali się a kiedy nadjechał pociąg, który ich przywiózł do Dęblina rzucili się pod jego koła. Pierwsza dostała się pod parowóz Cukiermanówna ponosząc śmierć na miejscu. Góreckiemu koła parowozu odcięły rękę i zmiażdżyły nogę. Doznał on też ciężkich obrażeń głowy. Pociąg został zatrzymany. Ciężko rannego Góreckiego przewieziono do Dęblina, skąd po udzieleniu pierwszej pomocy został on umieszczony w szpitalu Szarytek w Lublinie.

Wstrząsająca ta tragedia dwojga młodych ludzi wywołała silne wrażenie w dzielnicy Bychawskiej.

Stan zdrowia Góreckiego jest bardzo ciężki.

294

Czad przy ulicy Narutowicza

Cała rodzina w niebezpieczeństwie

Nocy wczorajszej dom Nr. 25 przy ulicy Narutowicza stał się terenem wypadku, który tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności ocalił od śmierci całą rodzinę składającą się z 5 osób.

Oto w wyżej wspomnianym domu oddawna zamieszkuje w niewielkiej izbie rodzina Chudzików. Onegdejszego wieczoru z powodu przejmującego zimna napalono dobrze pod kuchnią a ponieważ nie chciano by się ciepło ulatniało, przeto szczelnie zamknięto szyber poczem cała rodzina udała się na spoczynek.

Czad nie mając ujścia począł stopniowo wypełniać izbę. Wkrótce też znaczna część rodziny leżała już bez przytomności. Na szczęście w nocy przyjechał jeden z kuzynów, który drzwi od mieszkania otworzył a zobaczywszy co się dzieje pootwierał okna i wezwał Pogotowie Ratunkowe. Najbardziej ucierpiał od czadu Jan Chudzik jego syn 24-letni Paweł oraz synowa Seweryna lat 25 inne osoby ucierpiały mniej. Wszystkim poszkodowanym udzieliło pomocy Pogotowie Ratunkowe pozostawiając ich na miejscu.

3

8 11

Pod kołami autobusu. Ulica Fabryczna była w dniu wczorajszym widownią wypadku który nieomal nie pociągnął za sobą życia starszego mężczyzny. Oto wspomnianą ulicą przechodził 62 letni Józef Wojsak zamieszkały ul. Spokojna 14. Nagle nadjechał z dużą szybkością autobus zamiejski. Idący nie zdążył się usunąć i dostał się pod koła doznając ogólnych dość ciężkich obrażeń. Wezwane Pogotowie po udzieleniu pierwszej pomocy przewiozło nieszczęśliwego starowinę na kurację do domu.

7 10

Alfabet w opałach. Pan Majer Alfabet mężczyzna liczący sobie 29 lat życia, miał w dniu wczorajszym nielada przygodę. Oto w godzinach popołudniowych wyszedłszy ze swego domu (Krawiecka 21) na ulicę został zaczepiony obelżywem słowem przez jakiegoś draba. Pan Alfabet poczuł się obrażony, więc ze swej strony zwymyślał owego osobnika. Ten jednak rzucił się na Alfabeta i tak go poturbował że nieborakowi musiało udzielić pomocy Pogotowie Ratunkowe.

5

Odpoczynek „świąteczny” sportowców lubelskich

Okres świąteczny, spowodował że kluby lubelskie zmuszone były do przerwania wszelkiego rodzaju ćwiczeń sportowych, ponieważ jedyna w Lublinie sala gimnastyczna ośrodka na której ćwiczą wszystkie kluby została oddana na „Jasełki”. Przerwa ta potrwa aż do połowy stycznia. Przymusowy ten „odpoczynek świąteczny” wpłynie ujemnie przedewszystkiem na rozwój boksu. Jest nadzieja że w sprawy te wejrzy Okręgowy Urząd W. F. i P. W. i poczyni odpowiednie kroki w celu zmniejszenia „okresu” ustanowionego przez niewiadomo kogo.

6

Ziemia Lubelska z 19 XII 1931 r. (Nr 345)

Ilustracje ze zbiorów Biblioteki Cyfrowej KUL
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!

Krwawy napad bandytów rosyjskich w Lublinie.

(u) W piątek wieczorem do mieszkania Szmula Czarnobrody przy ul. Foksal Nr. 33 wtargnęło 2 ch uzbrojonych w rewolwery bandytów z przyklejonymi brodami i zażądało pieniędzy, lecz wobec wszczętego przez napadniętych alarmu – nic nie zrabowawszy – zbiegli i udali się do mieszkania Jana Ursznalskiego, przy ulicy Spokojnej Nr. 17, gdzie zrabowali 1,200 koron, poczem uciekli.

Następnie ci sami bandyci udali się do mieszkania właścielki domu przy ulicy Bychawskiej  Nr. 60, p. Zimmermanowej, gdzie zamknęli drzwi, a sterroryzowawszy domowników, kazali sobie podać kolację i poczęli plondrować w mieszkaniu. Pobili przytem zięcia Zimmermanowej Bronisława Łabusińskiego.

Podczas tej akcji rabunkowej córka Zimmermanowej, Janina, korzystając z zamieszania wybiegła na ulicę i zaczęła wołać o pomoc.

Na krzyk ten wybiegł z sąsiedniego domu zamieszkały tam protokulant III go komisarjatu  Paradowski z karabinem w ręku.

Spostrzegłszy niebezpieczeństwo, bandyci wybiegli na ulicę, rzucili się na policjanta i rozbroili go, następnie wystrzałem z rewolweru zranili w skroń drugą córkę p. Zimmermanowej p. Annę.

O zajściu dano znać do III go komisarjatu, który zaalarmowała komendanta Policji miejskiej p. Makowskiego. Ten ostatni razem z naczelnikiem wydziału śledczego p. Trąbczyńskim oraz rezerwą I i III-go komisarjatu – zaczął prowadzić rewizję, udając się do różnych kryjówek.

Podczas, gdy policja zajęta była rewizją – na ulicy rozpoczęła się wymiana strzałów między bandytami a ostrym pogotowiem, na którego czele przybył kapitan Gierwatowski.

Podczas pościgu jeden z bandytów skrył się w pobliskim ogrodzie przy ulicy Bychawskiej Nr. 40 którego jednak później odnaleziono w śniegu. Jak się okazało był to współwłaściciel restauracji przy ulicy Bychawskiej p. f. „Zacisze” Rosjanin Piotr Poliszczuk lat 23, (o którym pisaliśmy przed paru tygodniami podczas aresztowania w cukierni Semadeniego).

Na odgłos strzałów przybyła na pomoc straż kolejowa, która współdziałając z żołnierzami i policjantami, przyaresztowała drugiego bandytę, również Rosjanina właściciela tejże restauracji, 27-letniego Andrzeja Jamiljanowa.

Poczem udano się do mieszkania bandytów, gdzie aresztowano ich kolegę Teodora Iwanowa lat 31.

Podczas wymiany strzałów został raniony w pierś i szczękę posterunkowy I-go komisarjatu Słabczyński, którego odwieziono do Szpitala Szarytek na kurację, jak również i ranioną poprzednio p. Annę.

Podczas śledztwa znaleziono przy bandytach sztuczne brody w kieszeni, zaś u Jemiljanowa rewolwer. Poliszczuk zaś zeznał, że rewolwer swój jak również karabin odebrany od policjanta Parakowskiego [!] porzucił w śniegu, gdzie też broń tę istotnie znaleziono.

Bandyci przyznali się również do napadu na mieszkanie p. Jaroszyńskiego, (o którym podawaliśmy w N rze wczorajszym „Głosu”) podczas którego dopuścił się gwałtu na bufetowej p. Jaroszyńskiego.

Rzeczy skradzione wszystkie odebrano. Bandytów zaś odesłano pod silną eskortą na zamek.

Dzięki sprężystości i energicznemu zarządzaniu komendanta Policji p. Makowskiego, przy pomocy Naczelnika wydziału śledczego p. Trąbczyńskiego oraz kapitana Gierwatowskiego, udało się nareszczie schwytać bandytów, którzy niemały postrach wywołali w dzielnicy kolejowej i oddać w ręce sprawiedliwości.


Wagon miodu i powideł

śliwkowych ≡≡≡

zakupię zaraz.

Szczegółowe oferty  wraz z próbkami nadsyłać:

Lublin, skrzynka pocztowa 117.

Głos Lubelski z 23 XI 1919 r. (Nr 295)

i-hate-facebook1

Post Navigation