Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the tag “Handel”

Kto się boi bocianów?

Ta pocztówka już u nas gościła – nie jest to wprawdzie rok 1958, ale są konie.

Szczerze mówiąc, nie wiem – ale w ostatnich tygodniach poczułem nieprzepartą ochotę, by publicznie zadać pytanie tej treści. Nie oczekuję jednak odpowiedzi, a nie będąc ciałem na Lubelszczyźnie, oczekiwać wszakże nie muszę. Lecz za duszę odpowiedzieć się nie pokuszę

Wracamy więc do majowego Lublina z roku 1958, by – w ślad za „Kurierem Lubelskim” – zarzucić Cię, Miły Czytelniku, garścią szczegółów z życia codziennego organizmu miejskiego i udowodnić, że w mieście tym nadal nie dzieje się nic nowego, bo wszystko  zdążyło się już w ubiegłych dekadach wydarzyć.

Na początek rzecz niewesoła: miasto pozbywało się koni, a postępowi redaktorzy postanowili wyrazić z tego faktu płynącą, nieukrywaną nawet, radość ogromną. Było się z czego cieszyć? Możemy przekonać się, że nie bardzo. Konie – w imię postępu – ustąpiły miejsca samochodom: dziś ci sami „postępowcy” toczą zaciekły bój z motoryzacją w miastach:

Tylko koni żal…

Jednak nie po raz pierwszy radość Redakcji okazała się mocno przedwczesna. Bo – tak jak widzimy poniżej –  może i pstrokate afisze miały zniknąć z murów, ale nikomu nie przyszło do głowy, że ich miejsce zajmą, nie mniej pstrokate napisy i rysunki, będące wyrazem, nie artystycznego smaku, lecz kultury braku…

Również sześćdziesiąt lat temu miasto terroryzowali motocykliści: i tutaj niewiele się zmieniło, nie ma więc nawet potrzeby dodawania jakichkolwiek komentarzy, poza konstatacją, że miejsce swojskiego Junaka zajęły Hondy i inne zagraniczne wynalazki…

Po prostu usta same składają się do okrzyku:

Ale nie ma co się śmiać, sprawa jest poważna: nie od dziś bowiem wiadomo, że litery wyjęte z kontekstu mają wątpliwą wartość ozdobną. Teraz słów kilka o przyszłości głównego placu miasta: lato się zbliża wielkimi kroki i – „obok budek z lodami” – sam już wiesz Czytelniku, co chcę powiedzieć: „historia lubi się powtarzać”.

I bajora (nie mylić z Michałem, znanym artystą) jak były, tak są – rozsiane po całym mieście, choć może niekoniecznie koło kina „Koziołek” (przy ulicy Lubartowskiej):

…a Miejskie Przedsiębiorstwo (już bez R w nazwie), jak zalewało, tak nadal zalewa (rety, coraz krótsze te zdania…):

Ale nie narzekajmy i cieszmy się tym, co mamy: napojami chłodzącymi bez ograniczeń. Bo nie wiadomo, jak długo jeszcze ten stan rzeczy się utrzyma:

Daj Borze (to taki las…) jak najdłużej.

I jeszcze jedno: dzisiaj też goszczą u nas „artystyczne zespoły koreańskie”. Kropka. O druga… O! Trzy kropki! I wykrzyknik też jest? Ej, to znak zapytania! I znowu wykrz…

„Kurier Lubelski”  nr  140 z 23 V 1958 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Z „Kuriera” wycięte… [2] Żeglarze z rozpaczy na jawie

Ulica Lubartowska w roku 1960.

Zapraszamy na kolejną wycieczkę po socjalistycznym Lublinie z roku 1957. Dziś udamy się na zakupy, co – jak zobaczycie – nie było w tamtych czasach rzeczą łatwą. Po pierwsze ulicom naszego miasta po zmroku zdarzało się tonąć  w ciemnościach, czego mogliśmy doświadczyć na ulicy Nowotki (obecnie Radziszewskiego). „Kurier” sugerował, że w ten sposób elektrownia przejawia troskę o pary zakochanych studentów, zapominając jednak przy tym o ludziach samotnych i pozbawionych opiekuńczego ramienia, których opiekuńcze ramię (z powodu nieposiadania tegoż) nie było w stanie uchronić przed wpadnięciem w doły, urozmaicające nawierzchnię wspomnianej ulicy.

Lecz i w dzień na lubelskich ulicach wcale nie było lepiej, o czym mogliśmy się przekonać na „rozbebeszonej” z powodu remontu Lubartowskiej. Obrazek jak z dzisiejszych czasów: samochody robią objazd, szoferzy klną, furmani jeszcze głośniej, a tylko przechodnie nie pozbawieni poczucia humoru, śmieją się. Najweselej jak sami muszą skakać przez rowy i wertepy. Z jednym tylko wyjątkiem: nie ma już furmanów…

…ale może to i dobrze, że ich nie ma (choć osobiście znam jednego, który jest, lecz przez duże F). Bo nie ma też furmanek – a furmanki, jeśli jeszcze tego nie wiecie – zaraz po ciemności i wertepach – były również zmorą lubelskich ulic, o czym przekonuje przypadek ulicy Mełgiewskiej. Znajdowały się tam składy, tak dziś niepopularnego i obwinianego za wszelkie zło, węgla. „Wozarze”, od świtu przyjeżdżający po węgiel, tarasowali furmankami całą ulicę, blokując tym samym przejazd ciężarówkom, które przyjeżdżały do piekarni po chleb. Nie potrzeba już dodawać jak bardzo opóźniły się dostawy chleba do poszczególnych sklepów”.

 

Czy furmanki blokowały jeszcze jakieś inne zakłady produkujące żywność? Można podejrzewać, że mafia złowieszczych węglarzy blokowała też spółdzielnię mleczarską, o czym zdaje się świadczyć relacja ze sklepu spożywczego przy ulicy Wróblewskiego (nadal Wróblewskiego). Miejski Handel Detaliczny, nie zważając na przeciwności losu, stanął na wysokości zadania i – nie chcąc być gorszym od Jezusa – dokonał cudu rozmnożenia masła. Osiemdziesiąt kilogramów masła w ciągu godziny rozeszło się w mgnieniu oka. Aż (a może tylko) trzysta dwadzieścia osób opuściło sklep MHD zadowolonych, a każda z nich dumnie dzierżyła ćwiartkę masła. Ile osób odeszło z kwitkiem? Jednak czasy były lepsze niż obecnie, przynajmniej dla miłośników masła. Bo masło było prawdziwe, a ćwiartka ważyła 25 dkg, a nie 20… Tak, wiem: teraz się mówi kostka, nie ćwiartka, a masło było w osełkach… itd… itd…

Zwróćcie też uwagę, że tytuł tej notki optycznie zajmuje ponad połowę przeznaczonej nań kolumny! I nie trzeba czytać całego artykułu, żeby wiedzieć o czym jest…

 

Spisek furmanów sięgał jednak daleko poza granice miasta. Specjalnie przeszkolone komanda furmańskie blokowały również granice państwowe Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, uniemożliwiając sprowadzanie do kraju części zamiennych do radioodbiorników produkowanych w NRD (Niemiecka Republika Demokratyczna), CRS (Republika Czechosłowacka czyli Československá republikaČSR) i na Węgrzech. Brakowało w handlu lamp do tych urządzeń, co było nieustanną bolączką naszej socjalistycznej ojczyzny (ojczyzny małą literą!), aż do końca jej istnienia. Telewizor mojego dzieciństwa, biało-czarny Beryl 102 też więcej nie działał niż działał. Rozumiecie, lampy… A były to już lata 80-te!

 

Nie tylko furmani spiskowali przeciwko prawu i sprawiedliwości, ale dzięki rewolucyjnej czujności reporterów „Kuriera” udało się i te knowania zniweczyć. A musicie wiedzieć, że wróg czaił się wszędzie… Nawet w szeregach straży przemysłowej LZM (Lubelskich Zakładów Mięsnych) zalęgło się zło: Bolesław Woliński (członek tejże) miał pilnować, aby z zakładów nikt nie ukradł mięsa. Tymczasem patrol MO (Milicji Obywatelskiej) przyłapał go na kradzieży ośmiu kilogramów słoniny.

Reporterzy „Kuriera” nie tylko ganili, ale również uspokajali (że zapas „Giewontów” w handlu uspołecznionym się nie wyczerpał: szukajcie, a znajdziecie!), chwalili (piekarnie nr 1 (bułki) i 7 (chleb) za to, że teraz pieczywo jest bardzo wcześnie nawet chleb można kupić przed 7 rano, a nie jak dawniej o 10.)…

… oraz wyjaśniali zagadki. Na przykład dotyczące sprzedaży motocykli Jawa. Udało się ustalić, że Jawy trafią do handlu i że będą sprzedawane „na talony”, czyli z przydziału. Czy jednak motocykle trafią w ręce najbardziej potrzebujących? – zapytywał „Kurier”. Rada Miejscowa Związków Zawodowych przy WRN (Wojewódzka Rada Narodowa) dostała przydział na dziesięć sztuk. Dlaczego aż tyle i jakim prawem? – grzmiał z oburzeniem „Kurier”. I takim pytaniom nie było końca, bo Lubelskie Zakłady Spożywcze Przemysłu Terenowego dostały motocykl bezpośrednio z WZH, z pominięciem MHW.  CTZ czyli Cokolwiek To Znaczy.

Nie rozumiem natomiast oburzenia „Kuriera” z powodu przekazania jednej maszyny kierowcy dyrektora Lubelskiego Zarządu Budynków. Ów kierowca napisał w podaniu, że daleko mu chodzić piechotą do pracy. A miał do niej około 20 minut pieszej wędrówki – mieszkał bowiem przy ulicy Narutowicza, a pracował tuż za rogatka Lubartowską. I wiecie co? Redakcja opatrzyła ten przypadek krytycznym komentarzem! Pytam się: dlaczego? Przecież sami napisali, że Lubartowska rozkopana i że trzeba objazdem jechać! To co, miał chłopina do pracy zasuwać piechotą przez Racławickie?!

P.S. Szkoda tylko, że [po siedemdziesięciu latach nadal ] „dziesiątek” jest tak mało w Lublinie. Oj tak…

„Kurier Lubelski”  nr 57 z 31 V 1957 r.

Ilustracje ze zbiorów własnych (foto) i Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej (prasa)
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

 

Chleba naszego powszedniego…

klosy

Osiemdziesiąt lat temu spadło na Lublin prawdziwe nieszczęście. Nie po raz pierwszy i – zapewne – nie ostatni. Tym nieszczęściem był strajk piekarzy. Jak wyglądał ów protest, tego z szesnastopaździernikowej prasy się nie dowiemy, a po innodatową – zgodnie z konwencją – sięgamy niechętnie lub wcale. Dzisiaj więc wcale. Nie zdradzimy Wam wielkiej tajemnicy, jeśli przyznamy, że powodem strajku były zbyt niskie ceny chleba. O zbytniskości cen pieczywa orzekli sami jego producenci i przystąpili do strajku, który zakończył się sukcesem protestujących. „Express Lubelski i Wołyński” z dnia 16 października 1936 r., pisał: Starostwo Grodzkie w Lublinie ustaliło w porozumieniu z piekarzami nowe ceny na chleb. Ceny, które zobaczyć możecie na załączonych obrazkach, były cenami ostatecznymi i w razie ich nieprzestrzegania, groziło nieprzestrzegaczom pociągnięcie do odpowiedzialności karno-administracyjnej.

I w tym momencie opowieść o chlebie mogłaby zakończyć się, gdyby nie chęć nasza, by ją z  tegosamodniowego „Głosu Lubelskiego” wyciągnąć i przed Was na ubitą ziemię ciepnąć. „Głos” bowiem lakoniczną notkę „Expresu” uszczegółowił, dzięki czemu, jeszcze bardziej dowiedzieć się można, jak to z tym chlebem było. A więc posłuchajcie (no chyba, że nie macie przy sobie nikogo, kto by Wam ten tekst przeczytał, w takim wypadku przeczytajcie posłuchajcie” jako przeczytajcie” ([nawias w nawiasie]: co za zmyślne cudzysłowów użycie [koniec nawiasu w nawiasie, a zarazem  nawiasu kwadratowego w nawiasu nawiasie zastosowanie]  ):

2

Najpierw chleba nie było – pisał „Głos Lubelski” – bo był strajk pracowników piekarskich. Jednak spełnienie postulatów strajkujących nie rozwiązało problemów i nadal trudno było kupić pieczywo, jako że rynek został zakłócony i nie może ani rusz odzyskać równowagi. Powodem zakłócenia rynku stały się podwyżki cen żyta i mąki. W rezultacie piekarnie  chleb wypiekały, ale nie dostarczały go do sklepów! Tłumaczenie tego faktu było niezwykle proste: cena chleba jest tak niska, że nie mogą w żaden sposób dawać sklepom spożywczym procentu od sprzedaży. No i masz babo placek! A nie, placka też nie masz, bo za tani…

Jak zatem w tej sytuacji radzili sobie klienci sklepów spożywczych. Najbardziej ucierpieli zarabiający najmniej, a zwłaszcza świat urzędniczy (słyszysz świecie urzędniczy? kiedyś mało zarabiałeś!), którzy kupowali na kredyt (kartkę, zeszyt, kreskę… jakkolwiek byśmy tego nie zwali), bo oni – jak zauważa „Głos” – koło 15-go są już zazwyczaj bez grosza. Jeśli więc sklep kredytujący ich zakupy, chleba nie miał, to zostawali z niczym… bo przecież pieniędzy na zakup pieczywa z innych źródeł nie mieli. Niektórzy właściciele sklepów spożywczych próbowali ratować sytuację, kupując chleb w piekarniach i odstępując go klientom bez zarobku. Ale co się przy tej okazji taki kupiec musiał nabiegać… ponieważ jednak wypiek jest wogóle ograniczony, kupiec musi nieraz oblecieć kilka piekarń, nim zbierze odpowiednią ilość bochenków, na których notabene nic nie zarobi.

Sytuację miało uratować podniesienie cen urzędowych za chleb. Tak, tak, moi drodzy: ceny urzędowe, to wcale nie wymysł PRL i – z punktu widzenia kupującego niektóre podstawowe i niezbędne do życia produkty – wcale niegłupi pomysł. Tak samo niegłupi jak to, że służba zdrowia, kultura, oświata, etc., etc. to nie są dziedziny gospodarki produkcyjnej i zysk jaki przynoszą całemu społeczeństwach nie może być liczony w złotówkach. Sorry, ale zysk finansowy to może przynosić sprzedawanie majtek, a nie wyrywanie zębów i wypożyczanie książek! Myślę, że na chlebie i wodzie też się nie godzi robić majątku… na pączusiach i owszem, ale na chlebie… W dzisiejszych czasach nie byłoby więc możliwe takie rozwiązanie, jak to z roku 1936: dziś sklepy same ustalają swoje marże i nie są związane żadnymi urzędowymi ograniczeniami. No i powiedzcie sami, że przed wojną nie było lepiej, bo: 1) chleb był chlebem, nie zaś wyrobem chlebopodobnym, 2) wszędzie kosztował tyle samo… A dziś? Za grosze sprzedają pieczone w marketach powietrze, a chleb prawdziwy – jeśli jest jeszcze – kosztuje fortunę. Kiedyś chleb żytni był pożywieniem zwykłego człowieka; obecnie trafił na salony (ze smalcem i ogórkiem). Pieczywo jasne z menu bogaczy trafiło pod strzechy, przestając jednocześnie być pieczywem w ogóle.

Czas zmierzać ku szczęśliwemu zakończeniu dzisiejszej opowieści: urzędowe regulacje cen pieczywa uspokoiły sytuację w mieście. I wtedy zastrajkowali stolarze…

3

P. S. O Borze! (to taki las…) 

Głos Lubelski z 16.X.1936 r. (Nr 283)  i Express Lubelski i Wołyński z 16.X.1936 r. (Nr 288)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej i ze strony Sławokosław.pl
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Kolejna szafa

POCZ_U_5732

Kościół św. Józefa w w Lublinie: dawniej po-karmelicki, obecnie znów karmelicki. Tak bardzo spodobał się Rawie Ruskiej, że aż chciała go sobie przywłaszczyć. Niedobra Rawa!

Jak napisać tekst o… Jak? Po prostu tak! Jest marzec roku 1916, Lublin, zmęczony wojną, okupacją i zimą,  z utęsknieniem wygląda nadchodzącej wiosny. Bo pragnieniu trawy i słońca, zaprawdę nigdy nie ma końca… Zbliża się właśnie dziewiętnasty dzień miesiąca: w kościele po-Karmelickim obchodzi się uroczystość odpustową ku czci św. Józefa. Najpierw, osiemnastego marca, odprawia się nieszpory o godzinie piątej po południu. W niedzielę odpustową msze święte o godzinie ósmej oraz dziewiątej i pół, uroczysta suma o godzinie 11. W czasie nieszporów konkluzyjnych o godzinie piątej kazanie głosi ks. Cyraski.

1            Józef  nie może jednak poczęstować gości imieninowym ciastem: w Lublinie panoszy się głód cukrowy. Wiadomo, olbrzymie braki w zaopatrzeniu, a jednak… w sklepach i hurtowniach, w drodze łaski i dobrej znajomości, cukier można otrzymać w cenie od 50 do 70 kopiejek za funt. Ale czy sytuacja rzeczywiście jest tak dramatyczna? Koła kupieckie zapewniają, że w kierunku Lublina zmierza kilkanaście wagonów cukru. To niewątpliwie dobra wiadomość, pod warunkiem oczywiście, że cukier trafi w ręce uczciwych sprzedawców, którzy – nadzorowani przez Komitety Ratunkowe i Wydział żywnościowy – będą go sprzedawać po cenach oznaczonych. W innym wypadku do głosu znów dojdzie lichwa cukrowa.

2            Okazuje się jednak, że Wydział Żywnościowy już sprzedaje cukier w wyznaczonych sklepach, do których dołącza właśnie sklep IV-go Lubelskiego Stowarzyszenia Spożywczego przy Namiestnikowskiej 48. Dzisiejszej soboty, deficytowy towar sprzedawany jest od godziny dziewiątej rano: na rodzinę przypadają dwa funty białego proszku. Kupujący nie zapominają o zabraniu ze sobą kart cukrowych, autor natomiast nie poddaje się dziwnej mani nazywania cukru białą śmiercią.

3            Sklep przy Namiestnikowskiej to nie jedyny sklep otwierający dziś swe podwoje w Lublinie: przy ulicy Bernardyńskiej 2, konfekcję damską i dziecięcą nabyć można w pracowni pod nazwą „Michalina i S-ka”. Informacja dla lękających się podstępów złego ducha: sklep jest już poświęcony. Poświęcił ks. Stodolski.

4            Nastrojów w mieście nie poprawia nowe zarządzenie C. i K. Komendanta Obwodu, podpułkownika Turnaua, na mocy którego – zarządzenia, nie podpułkownika Turnaua – rekwiruje się wszelkie rodzaje łoju. Zajęciu podlegają wszystkie zapasy surowca zmagazynowane u rzeźników, wytapiaczy łoju, handlarzy, mydlarzy i garbarzy. Wspomnieni mają również obowiązek meldowania Komendzie Obwodowej aktualnych stanów magazynowych łoju rzeczonego surowca. Kara grzywny i aresztu grozi wszystkim występującym przeciwko postanowieniom Komendy. Takiej samej karze podlegają również  ci wszyscy, którzy przyłapawszy bliźnich na łojowych nadużyciach, nie doniosą o tym władzom. Zaś ci, którzy doniosą, liczyć mogą na nagrodę – to prawda uniwersalna i ponadczasowa. Dobra, zmiana? Niekoniecznie: porządnych cwaniaczki łoją w każdym czasie i przy każdej sposobności… łoj!

5I do tego śledzie holenderskie pakowane w papier pakowy. Autor już nie może? Morze! O Borze (to taki las!) Toże… w zborze (to taki zbór)! Chodźta przez zboże, we wsi Moskal stoi!

O szafie „Głos Lubelski” z 18 marca 1916 r. nie napisał niczego…

6

Głos Lubelski z 18.III.1916 r. (Nr 76)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Gumiś to fajny miś?

Wyobraźcie sobie, że budzicie się któregoś styczniowego ranka, dowiadując się, że oto nocą, Sejm Lepszego Sortu Polaków uchwalił, a rząd jeszcze przed świtem, w „Dzienniku Ustaw”, opublikował, ustawę nakazującą obywatelom oddać wszystkie gumowe płaszcze. Powiecie zapewne: „A co też nas mogą obchodzić gumowe płaszcze?” i wrócicie do swoich spraw. I natychmiast się od nich oderwiecie, bo po chwili okaże się, ze nie chodzi wcale o wykonaną z kauczuku garderobę, a o opony z waszych samochodów, rowerów i wszelkich innych pojazdów… Niemożliwe? Możliwe jak najbardziej – już raz rzecz taka się wydarzyła, a miało to miejsce 100 lat temu, w Lublinie…

Rok 1916 był kolejnym rokiem Wielkiej Wojny i kolejnym rokiem austriackiej okupacji Lublina. Wprawdzie działania wojenne przebiegały obecnie z dala od Lubelszczyzny, tym niemniej miasto podlegało bezwzględnym prawom wojennej gospodarki. Austriacy rekwirowali wszystko, co mogło – jak uważali – przynieść im upragnione zwycięstwo nad państwami Ententy. Wystarczy tylko wspomnieć o problemach z naftą czy żywnością: „Kurier z Lublina” wspominał o nich dosyć często. W styczniu roku 1916 przyszła kolej na raczkującą lubelską motoryzację (i nie tylko). „Głos Lubelski” z 15 stycznia opublikował obwieszczenie wydane na podstawie rozkazu c. i k. wojskowego Generalnego Guberni w Lublinie (…) z listopada 1915 roku. W tymże obwieszczeniu, C. i K. Komendant Obwodu podpułkownik Turnau (nie mamy pojęcia, czy to jakiś antenat pana Grzegorza) zarządził w dniu 11 stycznia rekwizycyę gumy.

1I tu następuje ciekawe, nie tylko ze względów językowych, wyliczenie owej, podlegającej rekwizycji, gumy. A gumą były: gumowe płaszcze do kół automobilowych z okuciem, gumowe płaszcze do kół automobilowych bez okucia oraz stare płaszcze gumowe do kół automobilowych. Trudno powiedzieć, czy wspomniane okucie miało coś wspólnego z dzisiejszym felgami, tym niemniej był to element różnicujący wymieniane w rozporządzeniu opony. W dalszej kolejności wspominano o szarych i czerwonych szlauchach do kół automobilowych: nie sposób tutaj stwierdzić, czy szlauchami określano węże gumowe służące do pompowania kół, czy była to nazwa dętek, które są, jakby na to nie patrzeć, gumowych wężami (pożerającymi swój ogon). Wiadomo, że opony dętkowe znane były już od roku 1891, zatem nic nie stoi na przeszkodzie przyjęciu takiej interpretacji – i ta wersja wydaje się najbardziej prawdopodobna.

Ofiarą gospodarki wojennej padli nie tylko lubelscy automobiliści: ucierpiała również, zapewne o wiele liczniejsza, społeczność cyklistów. Rekwizycji podlegały bowiem również: gumowe płaszcze do kół rowerowych i gumowe szlauchy do kół rowerowych. Posiadacze opon bezdętkowych (z lanej gumy) też nie mogli spać bezpiecznie, należało bowiem oddać wszelkie pełne gumy tak do kół automobilowych jak i rowerowych. Blady strach padł i na woźniców: ciemne, jasne i czerwone pneumatyki i gumy do kół powozowych… Nie daj Borze (to taki las…) ulewnego deszczu lub powodzi, jako że w punkcie dziewiątym zarządzenia wymieniono całe stare kalosze. Co ciekawe, oszczędzono posiadaczy kaloszy nowych, bo i tak prawdopodobnie nie było ich w sprzedaży. Cóż, gospodarka wojenna…

Punkt dziesiąty zarządzenia wymieniał pozostałe gumy: wszystkie odpadki gumowe jakiegokolwiekbądź pochodzenia, stare szlauchy maszynowe, uszczelniacze flaszkowe i maszynowe, pierścienie gumowe, etc… Zauważcie, że obecność na końcu listy zwrotu etc. (i tak dalej) sprawiała, że – na dobrą sprawę – okupant był w możności zarekwirować wszystko, co gumowe.

Za gumy nowe oferowano poszkodowanym rekompensatę finansową, według przyjętego w Generalnej Guberni w Lublinie cennika; gumy stare i zużyte skupowano na wagę. Wszystkie wspomniane gumy należało dostarczyć do siedziby c. i k. Komisarza rządowego miasta Lublina lub do właściwego Komendanta c. i k. Posterunku Żandarmerii. Następnie gumodawca dostawał poświadczenie, na podstawie którego, po sprawdzeniu – przez specjalną komisję – wagi i wartości gum, otrzymywał asygnatę kasową. Oczywiście płatną za zgłoszeniem się, przez Kasę c. i k. Komendy obwodowej w Lublinie. Prosta i nieskomplikowana procedura, nieprawdaż?

Biada jednak tym, co gumę chcieliby zachować dla siebie! Za, przeciwko gumie wystąpienie, groziły wszystkim gumośmiałkom surowe konsekwencje: w razie zatajenia, fałszywego podania i niedotrzymania terminu będzie winny pociągnięty do odpowiedzialności karnej i grzywną do 2000 rubli oraz przepadkiem zarekwirowanego artykułu ukaranym.

I co? Nie wkurzylibyście się? Chcecie wekować słoiki, a władza zabiera Wam gumowe uszczelki do słoików… Józefa Janc nie wytrzymała:

2Za obrazę straży policyjnej. Janc Józefa została aresztowana i osadzona pod kluczem za obrazę straży policyjnej.

Głos Lubelski z 15.I.1916 r. (Nr 13)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Co się stało z naszą marmeladą?

Lubelski styczeń roku 1946 nie należał do najweselszych. W zniszczonym wojną i okupacją kraju rozpoczynał się właśnie kolejny rok sowieckiej okupacji i budowania Polski ludowej. Wśród czasopism, wskrzeszonych (w pewnym sensie) po wyzwoleniu Lublina spod okupacji niemieckiej, znalazła się „Gazeta Lubelska”, wydawana jako „niezależne pismo demokratyczne”. Ukazywała się tylko do roku 1947, kiedy to władze komunistyczne ostatecznie rozwiały iluzję niezależności, zamykając „Gazetę”. Nadchodziły czasy monopolu „Sztandaru Ludu” – nie było miejsca na mrzonki o demokracji i wolności.

2Na razie jest jednak rok 1946: łamy wydanej 8 stycznia „Gazety” zdominowała tematyka powinności obywatelskich („Czy donoszenie o nadużyciu jest zasługą i obowiązkiem obywatelskim?”) – żeby nie było żadnych wątpliwości: oczywiście, że tak! Minister Informacji i Propagandy, Obywatel Stefan Muszyński uważał, że donoszenie o nadużyciach i oszustwach i piętnowanie ich jest bezwzględnym obowiązkiem obywatelskim. (…) jest to konieczne w interesie Państwa, (…)wysoce etyczne i przyczyni się tylko do uzdrowienia naszych stosunków. Wtórował mu towarzysz Petruczynik (imię znane Redakcji… – w rzeczywistości Feliks), wojewódzki sekretarz PPS (Polska Partia Socjalistyczna), poseł z ramienia PPS do KRN (Krajowej Rady Narodowej). KRN to stworzona przez komunistów imitacja „demokratycznego” parlamentu (zob. Sejm po ostatnich wyborach). Tow. Petruczynik stwierdził: Na pytanie, czy donoszenie o nadużyciach jest obowiązkiem obywatelskim, każdy logicznie myślący człowiek odpowie twierdząco. Ale… z obserwacji życia codziennego widzimy, że nie wszyscy obywatele poczuwają się do tego obowiązku, jakkolwiek w zasadzie przyznają jej słuszność. Cóż się zatem stało? Tow. Petruczynik wyjaśniał dalej: wydaje mi się, że jest to pozostałość po postawie obywatela w państwie kapitalistycznym, w którym interesy państwa, raczej władzy państwowej, jako czegoś nadrzędnego nie zawsze pokrywały się z interesami czy to poszczególnego obywatela, czy też poszczególnych grup społecznych (teraz to się już skończy, obrońcy „demokracji”…). Tutaj następuje dłuższy wywód, który pomijamy, przechodząc do konkluzji: obywatel Demokratycznego Państwa Polskiego nie zdaje sobie jeszcze sprawy z tego, że władza w Polsce Demokratycznej jest władzą wyłonioną z jego woli, podlega kontroli całego społeczeństwa i musi postępować tak, jak tego wymaga interes całości. Ciekawe, czy ktoś w to rzeczywiście wierzył… A Wy wierzycie?

Nie o polityce jednak chcemy dziś mówić, a o handlu. Czas powojenny nie należał do najłatwiejszych: żywność podlegała reglamentacji i sprzedawano ją na kartki. Kończący się okres świąteczny pozwalał na podsumowanie sytuacji panującej w handlu: jak się bowiem okazało w okresie przedświątecznym, wielu posiadaczy karty I-ej kategorii (mowa o kartkach żywnościowych)  spotkało dotkliwe rozczarowanie, gdyż nie mogli otrzymać rozdzielanych śledzi, śliwek czy też marmelady. Co się stało: czy – nie daj Borze (to taki las!) – śledzie zeżarły wszystkie śliwki i zagryzły je marmeladą? Na szczęście wyjaśnienie przynosi, zacytowany już przed chwilą, artykuł „Urząd Aprowizacyjny wyjaśnia…”.

1Urząd otrzymał 21.200 śledzi na 21.000 kart zaopatrzeniowych – jak łatwo policzyć dysponował rezerwą aż 200 śledzi! Niestety, to nie wystarczyło: na skutek nieprzewidzianego manka w beczkach ze śledziami. Jak wielu konsumentów zostało pokrzywdzonych, tego akurat artykuł nie podaje. Milczy również o ewentualnych przyczynach deficytu tej, jakże popularnej również i dzisiaj, ryby. Można tylko przypuszczać, że braki powstały w czasie transportu, a ryby trafiły na czarny rynek (rozkradzione przez spekulantów, na których najwidoczniej nikt nie chciał donosić…). Tym niemniej, choć było już za późno, by śledzie trafiły na wigilijny stół, wprowadzono rejestrację tymczasowo pokrzywdzonych, dzięki czemu ok. 20 stycznia mieli otrzymać upragnione śledzie, gdy tylko ich odpowiednia ilość zostanie przydzielona do sklepów.

Śledzie można było kupić w każdym sklepie (zakładając, że posiadał zgodę władz na sprzedaż reglamentowanych towarów), jednak już monopol na sprzedaż śliwek (przypuszczalnie suszonych), posiadała naonczas jedynie Lubelska Spółdzielnia Spożywców: wydawano je tym konsumentom, którzy jeszcze nie zdołali wykorzystać swych kuponów. Dodatkowo, posiadacze kart I kategorii otrzymać mieli jako „prezent” świąteczny jeszcze po pół kg. cukru. LSS wydawał też posiadaczom kart I kategorii marmeladę jako artykuł przeznaczony jeszcze na święta.

Jak wyjaśnił wspomniany Urząd, przyczyną niedociągnięć technicznych w rozdziale artykułów żywnościowych na karty, było w pierwszym rzędzie zwolnienie tych artykułów do rozdziału już w ostatnim terminie przedświątecznym, a także niezdyscyplinowanie samych konsumentów, którzy nie poczuwają się do rejestrowania kart, a przez to wprowadzają zamęt w obliczeniach i rozdziale artykułów. Stąd też, by uniknąć podobnej sytuacji w styczniu i lutym, apel do obywateli o zdyscyplinowanie się i wcześniejsze zarejestrowanie kartek. To jednak nadal nie wyjaśnia losu zaginionych śledzi…

Ale co tam śledzie! Krucho było również z pieczywem: Na poruszoną przez nas sprawę złego wypieku chleba kartkowego, otrzymaliśmy wyjaśnienie, że chleb musi być dobrze wypieczony, odpowiednio jasny i podsypany otrębami, a nie, jak często zdarza się, masą trudną do określenia, przypominającą sieczkę. Zupełnie jak w czasach obecnych. Z tą jednak różnicą, że dzisiejsi piekarze nie muszą obawiać się konsekwencji swojej działalności, a w roku 1946 w wyniku przeprowadzonej kontroli aresztowano kilku nieuczciwych piekarzy… A dzisiaj?

A dzisiaj dwa pytania na zakończenie:
1. Co się stało ze śledziami?
2. W roku 1946 Lublin zamieszkiwało 99 400 osób (wg spisu powszechnego), zatem jeśli konsumentów z kartkami I kategorii było 21 000, to co jadło pozostałych 78 400 Lublinian? Kartki II kategorii?

Podziękowanie

Komenda Wojewódzka M. O. składa gorące podziękowanie społeczeństwu m. Lublina za paczki świąteczne dla rodzin poległych milicjantach [pisownia oryg.] i dla szeregowych milicjantów.

Poległych na polu chwały?

Gazeta Lubelska z 8.I.1946 r. (Nr 8)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Tylko jedno pytanie. Cena „uczucia”. Weźcie proszki!

1

2

Echo Gdańskie z 11.XII.1925 r. (Nr 77)

Ilustracje ze zbiorów Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Święta idą: strzeżcie się badacza z opłatkiem!

SM0_1-M-2180
Śpiewaczka i aktorka Marta Eggerth
przy choince Bożonarodzeniowej (grudzień 1938 r.)

1

4

3

2

Głos Lubelski z 8.XII.1925 r. (Nr 337)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Czwartek na piątek

FOT_690_III

Kościół św. Mikołaja na Czwartku
Fotografia autorstwa Wiktora Ziółkowskiego (ok. 1930 r.)

1

Głos Lubelski z 4.XII.1915 r. (Nr 336)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Kołnierzyk z baranka, skradli tego ranka…

2

1

3

Głos Lubelski z 9.XI.1915 r. (Nr 311)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Post Navigation