Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the tag “1937”

Lustereczko, lustereczko… Powiedz przecie…

Okazuje się, że teza postawiona w poprzednim naszym wpisie jest (przynajmniej na razie) na wyrost i oto jutro nadeszło i jest już dzisiaj: mamy zatem rok dwa tysiące i osiemnasty, a w roku tym pełno roczNIC, przeczNIC i obietNIC. A także nadziei, że nie ostanie nam się, jak temu chamowi z Wyspiańskiego, jeno sznur (czyli właśnie nic). Nic to, trza się otrzepać i wznowić wędrówkę przez czas i przestrzeń, przy akompaniamencie słynnego już „O Borze! (to taki las…) wezwania. Zatem do roboty!

I na początek dobra wiadomość: wraca na łamy „Kuriera z Lublina” „Express Lubelski i Wołyński”, wzmacniając tym samym, skromną bazę źródłową „Gabinetu”. A korzystając z okazji, wyrażamy nadzieję, że w roku nowym, Sympatyczni Koledzy z lubelskiej Wszechnicy (tej, co sto jedenasty rok ma już na karku), dorzucą trochę zdigitalizowanych czasopism lubelskich. I chociaż podobno spes mater jest stultorum, ja jednak contra spem – spero. Koniec wymądrzania się, czas na gołe (nie zimno im w styczniu?) fakty…

Mamy więc 1 styczeń roku 1938. Lublin i Lubelszczyzna oddają się refleksji nad czasem minionym:

O roku ów:

  • przyniosłeś poprawę gospodarczą: dla miasta i regionu;
  • rynek pracy znacząco podreperowałeś (fabrykami Hessa i Moritza, tudzież innymi);
  • suszą wielką dopiekłeś wszystkim, dzięki czemu „wielki zjazd rolniczy” w Lublinie miał o czym rozprawiać;
  • Centralny Okręg Przemysłowy ku nam żeś przybliżyć raczył (choć wojną niedaleką, jego zniweczenia żeś przewidzieć nie potrafił);
  • dałeś nam płonną nadzieję na szkołę cywilną dla pilotów w Świdniku (nie wspominając już o niezrealizowanym planie przeniesienia na ten teren jednego z poważniejszych ośrodków wyszkoleniowych wojskowych;
  • pokazałeś, jak wielkie trzeba podjąć wysiłki w kierunku uporządkowania miasta (1937-2017);
  • w sporcie żeś specjalnie nie zachwycił;
  • ujawniłeś, że w Lublinie dziedzina życia umysłowego i kulturalnego w dalszym ciągu tkwi w impasie, nie mogąc wyjść na twórcze ścieżki…

…zaraz, zaraz czy aby na pewno chodzi o rok 1937?

Lublin (sed in loco Gdańsk et Gdynia), Anno Domini 2018.

 

„Express Lubelski i Wołyński”  nr 1  z 1 I 1938 r. – dodatek świąteczny

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

(Przed)Świątecznie o Lublinie i książkach

Okres przedświąteczny, to tradycyjny czas nacechowany czasu brakiem właśnie. Tak jest teraz (O Borze! – to taki las…), tak było i przed osiemdziesięciu laty w Lublinie. Po prostu nie ma czasu na nic, tylko czasem jest chwila czasu, by pomyśleć, że znów nie ma czasu. Nie ma czasu na pisanie, nie ma czasu na czytanie, a tym bardziej czytanie o tym, jak powstaje piwo w browarze K. R. Vettera (tak, proszę sobie wyobrazić, ze w browarze K. R. Vettera powstawało piwo! Bo w browarze, co jest teraz…) Ale jeśli ktoś ma takie pragnienie (nie na piwo, lecz lekturę o nim) zapraszam do „Głosu Lubelskiego” z 23 grudnia 1937 r. (czyli wigilii Wigilii):

A dlaczego nie ma czasu na nic? – może się ktoś zastanawiać. No chociażby dlatego, że ryby trzeba kupić…

…i Broń Borze (taki las, przypomnę) nie zapomnieć o ciastach na świąteczny stół…

…ale przede wszystkim o tym, że pusty talerz na wigilijnym stole to nie dekoracja

A po wieczerzy wigilijnej przychodzi czas na rozpakowanie prezentów pod choinką (znaczy nie ma przeszkód, żebyście je rozpakowali i w innym miejscu – nie musicie wczołgiwać się pod choinkę). W roku 1937 prezentem dla Lublinian była zapowiedź budowy dwóch nowych hal targowych. Niestety, realizacji doczekała się tylko hala przy Lubartowskiej (obecnie, po wielu przebudowach „Bazar” LSS). Na przeszkodzie budowy drugiej stanął wybuch wojny i budynek Dyrekcji Okręgowej PKP (to znaczy budynek stanął tam o wiele później, ale bardziej pisarsko brzmi to w takiej własnie formie).

Kończąc ten niezbyt długi tekst (wybaczcie, brak czasu (wybaczcie brak czasu?)), przyjmijcie od Gabinetu najserdeczniejsze życzenia świąteczne:

Bożych Błogosławieństw! 

Abyście otrzymali wszystko,

czego potrzebujecie!

P. S. Wciąż nie przestaję się dziwić, jak wiele osób nie zgadza się ze stwierdzeniem z zamieszczonej powyżej reklamy. A zatem: ponieważ nie ulega wątpliwości, że KSIĄŻKA ZASTĘPUJE WSZYSTKIE UPOMINKI, worka książek pod choinką każdemu z Was życzę!

 

„Głos Lubelski”  nr  351 z 23 XII 1937 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Krytycznie o ciszy nocnej

Ulica 1 Maja w Lublinie, w czasie regulacji.

O tym, że uprzykrzanie mieszkańcom Lublina zasłużonego wypoczynku nocnego nie jest wynalazkiem współczesnym, dowiadujemy się z lektury „Głosu Lubelskiego” z 19 października 1937 r.

[Co za odkrywcze stwierdzenie… Żenada!]

Na niepokojące hałasy skarżyli się na łamach „Głosu” mieszkańcy ulicy 1-go Maja z okolic Placu Bychawskiego. Jak się okazało, hałasy wyczyniali w nocy robotnicy zatrudnieni przy robotach związanych z przebudową ulicy 1-go Maja.

[I co, mądralo? Żadnego złośliwego komentarza, że ludzie chcą spać, a potem narzekają, że drogi nie pobudowane, że bruk za szorstki, ze kostka w niewłaściwym odcieniu….?]

Ale miarka się przebrała, gdy pewnej nocy, o godzinie 12 w nocy zaczęto wyrywać, z niedawno ułożonej jezdni kamienie i rzucać do żelaznej taczki, wywołując tym straszliwy hałas.

[No i gdzie kolejne złośliwości „na siłę”? Nie zażartujesz w swoim stylu, nie stwierdzisz, że musiał być hałas, bo taczka z żelaza, więc dźwięczeć musi, gdy w nią czymś ciężkim uderzyć? „Dowcipnie” nie zaproponujesz, żeby taczkę wyłożyć filcem lub użyć drewnianej?]

W takich warunkach wszelka możliwość odpoczynku staje pod znakiem zapytania.

[Taaa… teraz nawiąż do naszych czasów i tych hałasów, które to – rzekomo – generuje Browar Perły przy ulicy Bernardyńskiej. Wyciągnąłeś z jakiejś starej gazety dawno przebrzmiałą wiadomość, bo chcesz na siłę udowodnić, że niby ci co mieszkają w mieście mogą stanąć na drodze młodzieży, która chce się BAWIĆ. Ludzie chcą spać?! Żenada  Niech się na wieś wyprowadzą (lub do puszczy), bo miasto = zabawa cały rok przez całą dobę i jak się z tym nie zgadzasz, to wyp…]

Mamy nadzieję, że Zarząd Miejski natychmiast zlikwiduje ten stan rzeczy…

[Założę, się że teraz zaatakujesz Szanownego Pana Prezydenta, twórcę Wielkiego Lublina i Człowieka 700-lecia! Gdyby nie On, to byś już dawno… Nikt tyle nie zrobił dla Lublyna i Lubelaków, co on! O Borze! (to taki las…) – Żałosne i nie da się tego więcej czytać…]
[P.S. Obsesję masz jakąś, czy co?]
[P.S.2 Hospicjum? Śmieszny jesteś…]

„Głos Lubelski”  nr 287 z 19 X 1937 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej i Biblioteki Multimedialnej Teatru NNi-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Z Panem Prezydentem Rzeczpospolitej w Lublinie…

Wizyta Prezydenta Rzeczpospolitej Ignacego Mościckiego na Lubelszczyźnie, maj 1939 r.

W czerwcu roku 1937 wybraliśmy się z Panem Prezydentem Rzeczpospolitej w podróż pociągiem do Rumunii. Pan Prezydent wolał jechać pociągiem, bo z samolotami i limuzynami różne dziwne rzeczy się działy ostatnimi czasy i Pan Prezydent nie chciał już więcej ryzykować. Wprawdzie linię kolejową prowadzącą z Warszawy do Lublina zamierzano zamknąć wskutek remontu, ale ponieważ jechaliśmy jeszcze przed 11 czerwcem, zaoszczędzono nam podróży drogą okrężną, przez Łuków.

Wsiedliśmy więc do pociągu (nie byle jakiego, prezydenckiego!)  i raźno ruszyliśmy na Lublin.

W Dęblinie dosiadł się do nas jakiś naczelnik, który jechał do Lublina. Co ciekawe specjalnie przyjechał w tym celu… z Lublina! Dziwne, nie uważacie? Przyjechał z Lublina, tylko po to, żeby do niego… się przejechać! Musi jaki miłośnik kolei…  Od naczelnika dowiedzieliśmy się, że na dworcu w Lublinie czekają na Pana Prezydenta jakieś wielkie szychy. Trochę mnie to zdziwiło, bo przecież bym coś wiedział, gdyby Pan Prezydent gustował w tych akurat owocach lasu. Jeżyny, orzechy –  to i owszem. Ale żołędzie, kasztany? A już szyszki?! Może się skusił, bo duże? Chociaż to dziwne, bo przecież wszyscy wiemy, że w Polsce Szyszki są bardzo szkodliwe…

Naczelnik zdradził również, że przed nami jedzie pociąg… pilotowy! Skład złożony z lokomotywy i jednego wagonu. Wyobrażacie to sobie? Ktoś chyba doszedł do wniosku, że nasz maszynista (zresztą inżynier wysokiej klasy) pobłądzi na torach i nie trafi do Lublina. No, ludzie… Jaka to filozofia jechać po torach? Wszak tor, jak po sznurku, prowadzi pociąg do wyznaczonego celu! Jak tu pobłądzić? Kolejna zagadka tej podróży.

Do Lublina przyjechaliśmy punktualnie o godzinie 15 minut 12 (sekund 14 – żeby być bardziej precyzyjnym). Gdy tylko pociąg zatrzymał przy peronie lubelskiego dworca, rzuciłem się do okna, co by te wielkie szychy zobaczyć . Jakież było moje rozczarowanie! Na peronie nie było żadnych szych, a nawet małych szyszek. Kłębił się za to jakiś mały tłumek z flagami, orkiestrą wojskową, z jakimś generałem i towarzyszącym mu, elegancko wyfrakowanym, jegomościem z wąsikiem… Ale szyszek, widzicie,  żadnych… Chyba nie muszę Wam mówić, jak bardzo byłem w tamtym momencie rozczarowany.

A może szychy są zbyt duże, by zmieścić je na peronie – pomyślałem, nie tracąc nadziei – Peron wszak nieduży, pełno na nim wiwatującego luda, pewnie więc szychy zostawili przed dworcem! To duże szychy – uśmiechnąłem się w duchu – przecież na małym peronie nie ma dla nich miejsca!

W tej samej sekundzie wyskoczyłem na peron i energicznie roztrącając tłum (generałowi chyba nawet czapkę w tym rozgardiaszu strąciłem) pobiegłem w stronę wyjścia. Szybko przemierzywszy dworcową halę, wybiegłem na zewnątrz i…

…i…

… i – jak się zapewne już domyśliliście – tu też NIE BYŁO ŻADNYCH WIELKICH SZYCH!!!

Gdy tylko uświadomiłem sobie grozę całej sytuacji, to normalnie, jakby cały świat zawalił mi się w jednej chwili… Pociemniało mi w oczach, nogi mi zmiękły… Żeby nie upaść, musiałem usiąść na ławce. Z dziesięć minut trwało, nim odzyskałem pełnię władz umysłowych. Po kolejnym kwadransie wróciły też siły fizyczne. Wstałem i smętnie powlokłem się w stronę peronów.

 

I tu kolejny szok: na peronie… nikogo już nie było! Pociąg z Panem Prezydentem po prostu zniknął! No tak, nie było mnie z pół godziny… Peron opustoszał, a jedyną żywą duszą w okolicy, był cieć, który energicznymi ruchy wielkiej miotły sprzątał po uroczystości. Pan Prezydent odjechał beze mnie i zostałem w Lublinie! O Borze! (to taki las…) Las? Las! Szychy, nadchodzę!!!

 

„Express Lubelski i Wołyński”  nr 157 z 8 VI 1937 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

O potrzebie z przedmieścia zrobienia Śródmieścia

Lublin. Ok. 1939 r.

O! Nowe wydanie „Kuriera z Lublina”! Ba… cóż w tym dziwnego… W „Gabinecie” do Świąt jeszcze daleko, ale o tym, że nieuchronnie nadchodzą świadczy rosnąca ilość wzmianek o tychże świętach. Nawet w tytułach cytowanych przez „Kurier z Lublina” gazet. A zatem przytoczony poniżej artykuł zaczerpnięto nie z „Ekspresu Lubelskiego i Wołyńskiego”, a z „Dodatku Świątecznego” do tegoż „Ekspresu” z dnia 27 marca 1937 r. Jaki z tego wniosek? Wniosek? Tak wniosek! A taki, że przed 80 (słownie: osiemdziesięciu) czy laty Wielkanoc wypadała pod koniec marca. Co do meritum sprawy poruszonej w niniejszym artykule, „Gabinet” postanowił ponownie skorzystać z prawa do zachowania milczenia, pozwalając Czytelnikowi na samodzielne przemyślenia i wyciągnięcie własnych wniosków. W prezencie gratisowo dostajecie ilustrowaną reklamę motopomp i ogłoszenia dwóch instytucji związanych z ulicą Narutowicza nr 4. Tu powinienem zakończyć wielokropkiem, dla lepszego efektu dramatycznego, ale… (jak widzicie to nie zawsze działa)

P.S. Odpowiedź skrywa się w tekście…

„Dodatek Świąteczny” do „Expressu Lubelskiego i Wołyńskiego z 27.III.1937 r. 

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Post Navigation