Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Archive for the tag “Edgar A. Poe”

Powiedz, powiedz, błagam w męce!” Kruk odrzecze: „Nigdy więcej.

Ze wspomnień redaktora Pielesza:

Rankiem 6 lutego 1936 r. wzniósł się nad Lublinem gromki mieszkańców okrzyk: „Chaaaliera jaaasnaa! Ot i znów podeptali!” Wiatr złowieszczo zawodził, trzaskając niedomkniętymi okiennicami. Na sznurach rozpaczliwie łopotały pojedyncze sztuki nierozkradzionej jeszcze bielizny. Kogut na wieży furgotał zmieszany: Quo vadis Wędrowcze, jakie masz plany… Arma Gideon z chichotem zacierał ręce… – w tym miejscu przerwał, nie pozwalając, by niczym nie skrępowana fantazja opanowała szpalty „Głosu Lubelskiego”. Przekreśliwszy tekst z rezygnacją, rozpoczął nową linijkę: Niszczenie plantacji miejskichtak, taki neutralny tytuł może być jak najbardziej – pomyślał. Trzeba by teraz przypodobać się chlebodawcom i napisać o nich coś pochlebnego – dumał, przygryzając ołówek – ostatnio jak dowaliłem Zarządowi za dziury na Granicznej, Pan Prezydent nie był zadowolony – wzdrygnął się odruchowo – dobrze, że jest wyrozumiały, bo mógł zabić… . Hmm, to może tak: „Zeszłego roku Zarząd m. Lublina regulując ulicę Zamojską, uporządkował miedzy innemi i skarpy boczne, obkładając je pięknie darniną, przez co ulica Zamojska uzyskała piękny wygląd, miły dla oka ludzkiego.”

POCZ_U_4937_0010

– Teraz powinien być zadowolony – skonstatował pochłaniając kolejny centymetr ołówka – swoją drogą, po co cały czas regulować te ulice? Nowy wiek już w pełni… wieku (dziwne sformułowanie, ale mi się podoba), ludzie tu obok mieszkający, chodnika nie mają: co wiosna w błocku toną okrutnym, lampy wszystkie nie palą się, nieczystości – dla braku kanalizacji – po ulicach rozlewa się, a ten (cholera!) Technokrata pier…wszypsuj jeden, kwiatki wtyka w latarnie! Chyba jaki ułomny… jeśli uważa, że ulice nie dla ludzi są… Tylko patrzeć, a zabroni nam mostami chodzić, bo stwierdzi, że są do tańczenia … – zarechotał, omal nie połykając ołówka – … nie, tu chyba mnie trochę poniosło, bo przecież takim kretynem nie jest. No dobra, wracajmy do artykułu – spoważniał w jednej chwili, jakby obawiając się, że jego myśli są na podsłuchu (były, choć 7 luty jeszcze nie nadszedł) – skoro Miasta nie mogę tykać, to komu by tu dowalić tym razem? Wegetarianom? Nie, raczej nikt nie zżera tych trawników… Cyklistom?

POCZ_U_1981

Ale kto uwierzy, że miast jechać po równym, męczą się na skarpie (rzeczywiście miał rację, ale w jego czasach nie było jeszce telewizji po „dobrej zmianie”). O psach już pisałem przy Saskim, a koty są teraz nie do ruszenia (sorry, taki mamy klimat). Już wiem! Dzieci! Nie mogą się bronić więc…: „Nie wiele to pomogło, bo oto dzieci, uczęszczające do szkoły powszechnej, mieszczącej się przy ul. Miedzianej nic z sobie z napisów nie robią i łażą po trawnikach, a głównie po skarpach i psują takowe, obsuwając darninę”. W myślach już zacierał ręce, przygryzając kolejne centymetry ołówka. – A teraz dowalę szkole – uśmiechnął się w duchu – to teraz takie modne: „Jak z tego widać, dzieci te niewiele korzyści wynoszą ze szkoły, gdzie poza nauką czytania i pisania…”, czytania? – żachnął się, tym razem bez udziału ołówka – przecież „nic z napisów sobie nie robią”, czyż nie napisałem? Napisał.  – A dlaczego? BO NIE UMIEJĄ CZYTAĆ! Niezła mi szkoła… Gdzie to ja skończyłem… A tak! O wychowaniu teraz: „…powinne być wychowywane na pożytecznych obywateli kraju, a nie szkodników społecznych, ponieważ szkoła, w naszem rozumieniu, powinna być jednym z głównych czynników wychowawczych.” Nieźle napisane! – pokraśniał z dumy – No nieźle, ale co się dziwić – w końcu to ja napisałem! Przerwał rozważania, jako że w tym momencie usłyszał w głowie cichutki szept: r o d z i c e… Z wrażenia zaniemówił, pakując do ust to, co jeszcze zostało z ołówka. Po chwili jednak odzyskał równowagę ducha i przegonił Zdrowy Rozsądek – bo to on podszeptywał – słowami: Mogę ci podać 500 plus nie wiadomo ile jeszcze powodów, że nie masz racji… – Zdrowy Rozsądek czmychnął w jednej chwili: wiedział, że z głupotą nie wygra. Wyjąwszy spomiędzy zębów, pomniejszony o kolejny centymetr, ołówek, wrócił do pisania.

POCZ_U_2831

I od razu wpadł na pomysł idealnego zakończenia: Trzeba dowalić prywatnym właścicielom nieruchomości! To nieważne, że na miejskich gruntach bajzel – entuzjazmował się czekającą go nagrodą – wszak Pan Prezydent zawsze powtarza, że Miasto jest po to, by walczyć z jego mieszkańcami: „Wina jest i dozorcy domu, który pamiętać powinien nie tylko o zamiataniu, ale również dbać o plantacje, położone przy tymże chodniku”. Niechby strzelał do gówniarzy, he, he…  – zaśmiał się triumfalnie. I wtedy połknął ołówek.

1

2

Głos Lubelski z 6.II.1936 r. (Nr 36)

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Beksińskiego pamięci żałobny rapsod

To straszne.  To straszne, że dopiero tak tragiczna w swej wymowie informacja zmusiła mnie do napisania tych kilku słów. Cóż można rzec, chyba tylko to, że podobnie jak w wielu innych przypadkach słowa są jedynie pustką, nicością; nie mogą, nie są w stanie wyrazić  wszystkiego co się czuje. Nie wiem, jakie były powody, tego że Tomasz Beksiński odebrał sobie życie… Boże!, jak sztucznie i pusto składają mi się w zdania wyrazy, jakby odrętwiałym i nienawykłym do słów takiego składania umysłu przekazem prowadzone. Czy wobec tajemnicy życia i śmierci jakiekolwiek słowa są adekwatne? Czy to, że chcę poznać te powody, o których wspominam powyżej, wynika z chęci wczucia się, współczucia dla „Nosferatu”, czy też może z czystej, chorej ciekawości, która przygarnia ludzi ku tragedii, niczym muchy do światła. Nie wiem, przynajmniej na razie, kiedy – opanowany silnym wzruszeniem piszę – piszę to, co właśnie czytasz (kimkolwiek jesteś: Ty, który to czytasz…). Tym niemniej, muszę przyznać, że pół godziny poświęciłem na szukanie w Internecie testamentu – pożegnania: Fin de siecle, podpisanego: Tomasz Beksiński (1958 – 1999), który ukazał się w grudniowym „Tylko Rocku”. Niestety, nie było mi dane odczytać słów tego przesłania, bo jak na złość dwa serwery, na których tekst był publikowany, nie działały. No cóż, może w przyszłości… Jednak zakończenie felietonu, które – gdzieś z tej cyfrowej przestrzeni – udało się mi wyłowić,  pozwolę sobie zacytować:

Spójrzmy więc wstecz i wspomnijmy to, dla czego warto było żyć. Kruk Edgara Allana Poe. Zamek Karmazynowego Króla. 17 minuta Ech Pink Floyd. James Bond. Nights In White Satin The Moody Blues. Adagio Albinioniego. Kobieta Wąż (The Reptile) w kwietniu 1970 roku – seans w sanockim kinie San, kiedy po raz pierwszy i ostatni bałem się na horrorze. Atom Heart Mother. Andante z Tria Es-dur Schuberta. Tom and Jerry. Coca-cola i ketchup. Rzygający grubas w Sensie życia wg Monthy Pythona. Czas apokalipsy. Drugi koncert Marillion w Gdańsku, gdy Fish śpiewał Lawendy „tylko” dla mnie i Anki. Clint Eastwood i scena z rondlem w westernie Joe Kidd. O fortuna – pierwsza pieśń z Carmina Burana Carla Orffa. Twin Peaks. Wizyta w Domu Kobiety Węża (Oakley Court pod Londynem). Wzruszenie, gdy przyszło mi zapowiedzieć koncert Petera Hammilla w Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy 14.10.1995. Miłość w czasach zarazy Marqueza. Lost Highway. Noc i poranek 31 maja 1998…

Wszystkie te chwile przepadną w czasie, jak łzy w deszczu. Pora umierać.

To wszystko, co wiem. I wiem, że to za mało, by zrozumieć dlaczego istota ludzka, decyduje wyrzec się największego daru od Boga, daru życia. Stanowczo za mało. Ale jednocześnie, wystarczająco wiele… – ukochanie podobnej muzyki, czasem mrocznej, czasem nastrojowej (zawsze pięknej!), podobne zamiłowanie do horrorów (nie zawsze najwyższych lotów), sympatia dla gościa lubiącego martini (wstrząśnięte, nie mieszane), upodobanie absudalnych pomysłów by Monty Python – można by wiele jeszcze wymieniać – …w każdym bądź razie wystarczająco wiele, by stwierdzić, że z tym tomaszowym odejściem, odeszła też część mnie samego. Jak zawsze, gdy umiera Ktoś, Kto był częścią naszego życia…

Co tu dużo pisać: nie byłem może nigdy fanatycznym sympatykiem Tomasza Beksińskiego, ale zawsze z wielkim zainteresowaniem czytałem Jego felietony w Tylko Rocku, z radosnym okrzykiem obwieszczałem zdziwionej rodzinie: „A tego Bonda, to tłumaczył Beksiński, z podobnym zacięciem wsłuchiwałem się w smętne tony Pink Floyd… Audycji w Trójce nie słuchałem, ale mam czego żałować: raz bowiem, mimo późnej, nocnej pory pożeglowałem, niesiony melodiami nieznanych mi wcześniej wykonawców. Szkoda, że tylko raz…

No i takich właśnie, zwyczajnych i codziennych, spotkań z Tomaszem Beksińskim brakować mi będzie najbardziej. Spotkań z tłumaczem, felietonistą, recenzentem, dziennikarzem…, człowiekiem przemierzającym – podobnie, jak i my – czas i przestrzeń. Człowiekiem po prostu myślącym… Nie ciągnę dalej tej wyliczanki, bo ławo przekroczyć cienką linię, oddzielającą prawdziwe wzruszenie od śmieszności i pustej egzaltacji. Wiem tylko tyle, że słowa: Tekst polski – Tomasz Beksiński nie padną, gdy na ekranach zagości nowy Bond.

Never more, never more, never…

Lublin 2000

Post Scriptum: Trafnie przewidziałem w przeszłości, że w przyszłości ostatni tekst Tomka Beksińskiego bez trudu da się odnaleźć w Sieci. Na przykład na tej stronie – zresztą znajdziecie tutaj nie tylko ten tekst, ale i wiele, wiele innych…

Trójkowych audycji również udało mi się posłuchać – jeszcze bardziej żałuję, że ich kolekcja jest już zamknięta. Te zaś, które udało się ocalić od zapomnienia, można zaleźć pod tym adresem.

No i pozostał jeszcze niezrównany Edgar Allan Poe, nie wspomniany w tekście. Beksiński go uwielbiał, ja również nie taję swej słabości do niego… Chociaż tak naprawdę się pojawił w powyższym tekście: ostatni wers (w tłumaczeniu: nigdy więcej…), to cytat z Kruka, poematu autorstwa Poego.

A koniec wieku był dopiero rok później…

Lublin 2014

Nigdy więcej zawsze i wszędzie

“Hey,” said Shadow. „Huginn or Muninn, or whoever you are.”

The bird turned, head tipped, suspiciously, on one side, and it stared at him with bright eyes.

„Say ‚Nevermore,'” said Shadow.

„Fuck you,” said the raven.”

 

„- Hej! – zawołał Cień. – Huginn, Muninn, czy kim tam jesteś.

Ptak odwrócił głowę i przekrzywił, patrząc na niego podejrzliwie błyszczącymi oczami.

– Powiedz: „Nigdy już” – rzucił Cień.

– Spierdalaj – odparł kruk. Przez resztę drogi już się nie odezwał.”

Neil Gaiman, Amerykańscy bogowie

Dla niekumatych objaśnienie po kliknięciu.

 

 

W sam raz na zakończenie TAK WSPANIAŁEGO (…) tygodnia…

Nawet jeśli by już było…

Dla angielskiego nieznających – po polsku:

 

Kruk
Edgar Allan Poe
tłumaczenie: Władysław Jerzy Kasiński
Raz – posępna północ była – gdym, znużony i bez siły,
Nad dziwnością obyczajów dumał, tych sprzed lat tysięcy,
Kiedym drzemał ( spać się chciało ), nagle coś w drzwi zastukało,
Jakby pukał ktoś nieśmiało, delikatne czyjeś ręce.
„To gość jakiś snadź – mruknąłem – puka, czyż mu czas poświęcę?
Tylko tyle i nic więcej.”

Pamięć mnie nie myli złudnie, było to w noc głuchą grudnia;
Po podłodze pełgał odblask węgli tlących w konań męce.
Patrząć, kiedy świt rozgorze, myślę: w księgach znajdę może
Ulgę w smutku po Lenorze, promienistej i dziewczęcej,
Którą tak zwą aniołowie – moje już nie dotkną ręce
bezimiennej mgły dziewczęcej.

Szmer niepewny z mej alkowy, szelest kotar purpurowych
Dziwnej groźy dreszcz nieznany budził we mnie, drżały ręce.
Chcąc więc stłumić serca bicie, powtarzałem sobie skrycie:
„Gość pomyślał o wizycie, czeka, kiedy klucz przekręcę;
Oto wszystko i nic więcej.”

Aż, wysiłek robiąc duży, nie wahając się już dłużej,
„Panie – rzekłem – czy też Pani, wybacz, proszę cię w udręce,
Bo, by prawdę rzec, drzemałem, a tak lekko zastukały,
A tak słabo kołatały delikatne twoje ręce,
Że wątpiłem, czy cię słyszę.” Drzwi otwieram: w sieni wnęce
Ciemność była i nic więcej.

Patrząc w ciemność tę głęboką, stałem ze zdumieniem w oku,
Sny śniąc, jakich nikt z śmiertelnych nie śmiał śnić;drżąc w zwątpień męce.
Cisza była niezmącona, nie szedł żaden dźwięk z jej łona.
Rzecz jedyną wymówiono: imię zjawy mej dziewczęcej;
Jam to szeptał je i echa szept: „Lenoro!” brzmiał we wnęce –
To jedyne – i nic więcej.

Do pokoju się cofnąłem, ogień płonął mi pod czołem.
Wkrótce znów pukanie słyszę, lecz głośniejsze niż we wnęce.
„Pewnie – rzekłem, z bladym licem – to coś u tej okiennicy,
Trzeba zbadać tajemnicę, serce ścichnie.” Wzniosłem ręce.
„Trzeba zbadać tajemnicę…” dziwny skurcz uczułem w szczęce.
„To wiatr wieje pewnie – coż by więcej?”

Okiennice-m pchnął; wnet z trzepotaniem i furkotem,
kruk majestatyczny wkroczył, święty ptak sprzed lat tysięcy.
Nie ukłonił mi się mile, nie zatrzymał się choć chwilę,
Z miny – lord ( powagi tyle ), jeno wprost w wejściowej wnęce
Wczepił szpony w biust Pallady, co nad drzwiami stał we wnęce;
Uczepiony stał – nic więcej.

Ptak z hebanu bałamutny precz odegnał nastrój smutny,
Przez powaśne swe decorum zbudził myśli wręcz chłopięce.
„Choć czub zdarto waszej mości- rzekłem – obcyś trwożliwości.
Z brzegów nocy straszny gościu, powiedz, gwoli mej podzięce,
swe rodowe miano, które tam, w Hadesu mrokach świecą.”
Kruk odrzecze: „Nigdy więcej.”

Zadziwiło mnie ptaszysko, że przemawia tu, tak blisko –
Choć z niewielkim sensem wprawdzie odrzekł mi ten dziw zwierzęcy.
Chyba przyznać mi możecie, że z żyjących nikt na świecie
Tak wybranym nie był przecie: ptaka mieć w wejściowej wnęce
Czy też zwierza, na popiersiu, w górze, tuż w wejściowej wnęce
Który zwie się „Nigdy więcej”.

Lecz Kruk nad rzeźbioną głową wyrzekł tylko jedno słowo,
Jakby duszę w nim wylewał, jakby mi ją oddał w ręce.
Więcej nie miał rzec ochoty, nawet skrzydłem nie trzepotał –
Ażem ledwo wymamrotał: „Opuścili mnie odmieńcy –
Druhy – jutro on opuści, jak nadziei rój chłopięcych..”
Na to ptak rzekł: „Nigdy więcej.”

Zaskoczony że w tej ciszy takie trafne słowa słyszę:
„Bez wątpienia – rzekłem – tyle jeno przejął on, nic więcej,
Od nieszczęśliwego pana, co, przez mściwy los ścigany,
(Los dogoni – rzecz to znana ), poniósł brzemię swe w udręce,
Swoim snom Requiescat śpiewał, refren – w melancholii męce –
O tym „Nigdy więcej”.

Zmuszał smutne me oblicze zdobić w uśmiech ptak zwodniczy.
Pchnąłem fotel wyścielany tam, gdzie biust i ptak we wnęce,
Potem, tonąc w aksamicie, nanizywać jąłem skrycie
Was, me sny, co w duszy lśnicie, myśląc, co ten sprzed tysięcy
Lat złowieszczy ptak pokraczny, zmora, zwid sprzed lat tysięcy,
Myślał kracząc: ” Nigdy więcej.”

Myśląc o tym się urzekłem, ani słowa doń nie rzekłem,
Zaś ptaszyska wzrok płonący pierś mi piekł coraz goręcej.
Zgadywałem to i owo, błogo zanurzony głową
W poduszeczkę welwetową, którą lampy blask najwięcej
Pieścił, w miękkie te fiolety, gdzie nie złoży, ach, już więcej
Ona głowy swej dziewczęcej!

Pokój się napełnił wonią, co szła z kołysanej dłonią
Serafina kadzielnicy – jegoż kroki tam, we wnęce?
„Nędzny! – krzyknę. – Przecz Bóg ciebie zesłał? na aniołów niebie!
woda z lety niech pogrzebie pamięć o niej, którą święce!
Pij! Zapomnij o Lenorze i mnie daj nepenthes w ręce!”
Kruk odrzecze: „Nigdy więcej.”

„O, proroku, zło uparte! – mówię – ptakiem-żeś czy czartem!
Piekła gońcem czy sztorm ciebie na brzeg cisnął, potępieńcze.
Opuszczony, lecz zawzięty, na brzeg pusty i zaklęty,
Gdzie ten grozą dom objęty – szczerze mów, ja błagam w męce!”
Zali jest w Gilead balsam? – powiedz, powiedz, błagam w męce!”
Kruk odrzecze: „Nigdy więcej.”

„O, proroku! zło uparte! – -rzekłem – ptakiem – żeś czy czartem!
Na to niebo tam i Boga, co go wespół z tobą święce!
Duszy w jarzmie smutku powiedz: w raju, co się eden zowie,
Czy te, którą aniołowie zwą Lenora, moje ręce
Dotkną, czy obejmą święta, ten promienny cud dziewczęcy?”
Kruk odrzecze: „Nigdy więcej.”

„To, coś rzekł, rozstania znakiem będzie – diaskiem żeś, czy ptakiem! –
Wrzasnę. – Wracaj w jądro burzy, w mrok Hadesu, potępieńcze!
Nie roń piór, nie zostaw śladu po twym kłamstwie, pełnym jadu!
Nie mąć ciszy tej swą zdrada! Porzuć biust, gdzie tkwisz we wnęce!
A Kruk odrzekł: „Nigdy więcej”.

I Kruk nie drgnie nawet wcale: siedzi stale, siedzi stale
Na Pallady bladym biuście, ponad drzwiami w izby wnęce.
Jego wzrok nieporuszony snem lśni, jaki śnią demony.
Lampa rzuca blask przyćmiony i w dół spływa cień zwierzęcy.
Z tego cienia na podłodze duszy mej już żadne ręce
Nie podniosą – NIGDY WIĘCEJ.

Sen we śnie

Edgar Allan Poe

tłumaczenie: Włodzimierz Lewik

Z pocałunkiem pożegnania,
Kiedy nadszedł czas rozstania,
Dziś już wyznać się nie wzbraniam:
Miałaś rację – teraz wiem –
Życie moje bylo snem,
Cóż, nadzieja uszła w cień!
A czy nocą, czyli w dzień,
Czy na jawie, czy w marzeniu –
Jednak utonęła w cieniu.
To, co widzisz, co się zda –
Jak sen we śnie jeno trwa.
Nad strumieniem, w którym fala
Z głuchym rykiem się przewala,
Stoję zaciskając w dłoni
Złoty piasek… Fala goni,
A przez palce moje, ach,
Przesypuje mi się piach –
A ja w łzach, ja tonę w łzach…
Gdybym ziarnka, choć nie wszystkie,
Mocnym zawrzeć mógł uściskiem,
Boże, gdybym z grzmiącej fali
Jedno ziarnko choć ocalił!…
Ach, czyż wszystko, co się zda,
Jak sen we śnie jeno trwa?

Niepojęte. Czyli recenzja. Książki.

Dan Simmons, Drood,Wydawnictwo MAG 2012

Dan Simmons Drood
Wydawnictwo MAG 2012

 

                Dawno już nie czytałem… nie, nie – to nie to, co myślicie – czytałem bowiem jeszcze przed kilkunastu minutami, dzięki czemu stwierdzić mogę (a nawet muszę), że dawno już nie czytałem takiego a r c y d z i e ł a. Oto skończyłem właśnie lekturę powieści, którą nie bez kozery Stephen King nazwał arcydziełem suspensu. King myli się jednak, bowiem Drood Dana Simmonsa nie jest arcydziełem wyłącznie suspensu – ta książka jest po prostu wielka pod każdym względem. Niektórzy recenzenci wprawdzie za wadę Drooda poczytują to, co świadczy o jej wielkości i niepowtarzalności: mianowicie niezwykle bogatą warstwę krytyczno-literacką,  osłabiającą, ich zdaniem, działanie suspensu. Mylą się jednak… jednak zacznijmy od uporządkowania naszej wiedzy o Droodzie. Jest zatem Drood powieścią niemalże biograficzną, opisującą ostatnie lata życia Charlesa Dickensa. Chodzi tu o okres pięciu lat następujących po katastrofie kolejowej w Staplehurst 9 czerwca 1865 roku; katastrofie, z której pisarz wyszedł bez szwanku (przynajmniej cielesnego). Wbrew pozorom nie jest to jedynie kronika tych lat z życia Pana Niezrównanego, jako że książka obfituje również w szczegóły jego wcześniejszej biografii, które poznajemy dzięki narratorowi, znanemu angielskiemu pisarzowi z czasów wiktoriańskich, Wilkiemu Collinsowi. Przyjaciel Dickensa, autor dziś już nieco zapomniany, został zaprezentowany przez Simmonsa jako osoba żyjąca w cieniu Boza – Collins ma kompleks Dickensa, jako że z jednej strony uważa się za lepszego pisarza, z drugiej jednak niczym kania dżdżu czeka jego uznania; akceptacja starszego kolegi jest mu wręcz do życia niezbędną, co nie przeszkadza go nienawidzić. Albo myśleć, że go nienawidzi… Zżyma się straszliwie na wszelkie uwagi Dickensa tyczące się jego utworów, nawet uważa że są zbyteczne, jednak bez dyskusji (ze skrywaną wprawdzie, ale z wdzięcznością) się do nich stosuje. Stąd też mnogość nawiązań do twórczości Dickensa, ocen zastosowanych przezeń rozwiązań fabularnych, charakterystyk dickensowskich bohaterów, dyskusji z jego pomysłami na fabułę… wyrazy uznania dla Dana Simmonsa  – informacje podręcznikowo dla niektórych nudne, podał w sposób nawet dla wielu wykładowców literatury nieosiągalny: czyli po prostu przystępnie i interesująco. Aż chce się sięgnąć po wszystkie te książki! I nie tylko zresztą te: zapomniany niesłusznie Collins zasługuje również na to, by wydobyć go z mgieł niepamięci: Kobieta w bieli i Kamień księżycowy trafiają zatem na moją listę Do przeczytania! A wiecie, że Wilkie stworzył podwaliny angielskiej powieści detektywistycznej?

Drood Dana Simmonsa naprowadził mnie na Tajemnicę Edwina Drooda Charlesa Dickensa, jako że historia i kulisy powstania ostatniej powieści Pana Niezrównanego stały się dla Simmonsa motorem jego własnej opowieści. Dickens Tajemnicy nie skończył; powieść drukowano w odcinkach; nagła śmierć jej autora w dniu 9 czerwca roku 1870, w piątą rocznicę katastrofy kolejowej w Staplehurst, przerwała publikację w momencie, gdy drukiem ukazał się zaledwie szósty z zaplanowanych dwunastu odcinków. Kto zamordował Edwina Drooda? Czy w ogóle go zamordował? Niestety,  odpowiedzi na te pytania zabrał Dickens do grobu… Dan Simmons postanowił zmierzyć się z tajemnicą –  z jakim jednak skutkiem? Znajomość ostatniej, niedokończonej powieści Dickensa, nie jest wprawdzie niezbędną do lektury Drooda, sprawia jednak, że przyjemność czerpana z lektury wzrasta niepomiernie. Czytanie tych dwóch książek równolegle, dwutorowo, było dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Zdradzę Wam pewną wstydliwą tajemnicę: dzięki Simmonsowi przeczytałem swą pierwszą powieść Dickensa. Traf sprawił, że m o j a pierwsza powieść, jest jego ostatnią… Wiedziałem wprawdzie, że nie mogę pominąć Niezrównanego na swej literackiej drodze pisarskich i czytelniczych poszukiwań, ale Dan Simmons przyspieszył realizację mojej decyzji…

Kwestią nierozstrzygniętą pozostaje, czy wydarzenia przedstawione przez Simmonsa są rzeczywistą manifestacją tajemnych kultów, wywodzących się z mroków Egiptu faraonów, czy też opiumową wizją zahipnotyzowanego pisarza: nie sposób dać jednoznacznej odpowiedzi, interpretację pozostawił Simmons Czytelnikowi. Za to jak najbardziej prawdziwe i rzeczywiste są myśli zaprzątające umysł Wilkiego. I prawdziwe są realia wiktoriańskiego Londynu. Pod-Londynu – jeśli takowy istniał(by) – również. Londyn biedoty, żebraków, prostytutek, opiumistów, rzezimieszków, policjantów i expolicjantów, slumsy na powierzchni czy pomieszczone w katakumbach i kanałach – wszystko to odmalował Simmons z przerażającą wręcz dbałością o szczegóły, rzucając w rezultacie naszą wyobraźnię na obszary żywcem wyjęte z koszmarnego snu, a na które nigdy zapewne, czy to we śnie, czy na jawie, zapuścić się byśmy nie chcieli. Z tego też względu nie sposób simmonsowskiej wizji odmówić epickiej wręcz filmowości. Filmowość, rozumiana też jako podatność książki na ekranizację, to również olbrzymie pokłady pełnej niespodziewanych zwrotów akcji. O ile metafizykę i rozważania krytyczno-literackie na kinowy ekran  przenieść nie sposób, o tyle akcja Drooda jest tak skonstruowana, że nie byłoby z tym najmniejszych problemów. Filmowe skojarzenia związane z Droodem przenoszą nas w rejony, w których egzystują takie obrazy jak chociażby Vidocq z Gerardem Depardieu (inspektorzy policji niczym kruki, w czarnych, powiewających płaszczach) czy Todd Rzeźnik z Benem Kingsleyem (wizja Londynu). Ciekawym doświadczeniem byłaby również ekranizacja Drooda stworzona przez BBC – wystarczy przypomnieć dickensowskie produkcje tej stacji.

Wiemy, że Drood to wyśmienita powieść akcji, wspomnieliśmy o malarskości i filmowości opisu, spojrzeliśmy na książkę jako na studium obyczajowe i historyczne epoki wiktoriańskiej oraz podziwialiśmy ją jako esej literacki. Czy to wszystko? Nie – nie jesteśmy bowiem w stanie wyczerpać naszą wyliczanką wielowymiarowości i uniwersalności recenzowanej powieści. Nie można jednak nie wspomnieć o Droodzie jako powieści grozy. Lub horrorze – choć osobiście nie lubię tego określenia. Dan Simmons jest pod tym względem godnym spadkobiercą Mistrza – Edgara Alana Poe. Jak wspomnieliśmy na wstępie – zyskał uznanie Stephena Kinga, prawdziwego autorytetu w dziedzinie, tutaj to określenie mi nie wadzi, horroru. King wprawdzie, jak zwykł powtarzać znajomy recenzent, to nie moja bajka, jednak autorytetem horroru jest z pewnością – o czym świadczą liczby sprzedanych egzemplarzy dzieł jego, jak również niezmierna rzesza wiernych czytelników. Uznanie Kinga o czymś więc w końcu świadczy… Czym jest groza w wykonaniu Simmonsa? Czy wszystkie te koszmarne wydarzenia, postaci rodem z piekła i inne, dziwne i niewyjaśnione, zjawiska dzieją się naprawdę. Bo skoro przytrafiają się tylko Wilkiemu… są więc może  – li tylko – urojeniami zrodzonymi w umyśle pisarza spowitym opiumowym dymem. Na dobrą sprawę można by Drooda nazwać traktatem przy paleniu opium, swoistym memento, ostrzeżeniem przed uleganiem zgubnemu nałogowi.

Jest więc Drood książką wybitną i powinni przeczytać ją nie tylko miłośnicy Dickensa, epoki wiktoriańskiej, dziewiętnastowiecznej literatury i horroru. Ba, jest to książka nie tylko dla czytelników fantastyki i naprawdę szkoda mi tych wszystkich, którzy fantastyki nie czytają programowo (pozdrowienia dla M.), jako że większość d o b r e j literatury światowej tworzą obecnie pisarze zaszufladkowani jako pisarze fantastyczni. Cormaca McCarthy’ego i Salmana Rushdiego byście zapewne nie przeczytali, gdyby dali zaszufladkować się pod etykietą fantastyki… Co więcej, ortodoksyjni fantaści (ci od s-f, rakiet i robotów) odrzucą Drooda ze wstrętem. Nie dajcie się zamknąć w getcie kiepskiej literatury eksperymentalno-trawiennej: spróbujcie czegoś innego! Drood to dobry początek. A Cykl barokowy Neala Stephensona? Majstersztyk!

A czy wspominałem o elementach komizmu, o humorze którym Drood jest na wskroś przeniknięty? Nie? No to wspominam: źródłem komizmu jest, jakże by inaczej, Wilkie Collins, co sprawia że humor to trochę wisielczy. Jego megalomańskie wyobrażenia o sobie, o rzeczywistości w której przyszło mu żyć, o zamierzeniach i planach, które pękają niczym bańka mydlana w zetknięciu z rzeczywistością, są tegoż komizmu przyczyną. Nie należy mylić komizmu z rechotem, beztroskim i nieskażonym inteligencją śmiechem. Komizm służy kreacji głównego bohatera, człowieka w wizji Simmonsa zarozumiałego, antypatycznego, zakompleksionego. I tchórzliwego.

Co mnie jeszcze w Droodzie urzekło i zachwyciło? O pisarstwie pada tu wiele słów cennych i celnych: o pisarskich aspiracjach i inspiracjach, nadziejach i rozczarowaniach, o muzie i natchnieniu. O tym, czym różni się solidne pisarskie rzemiosło od literackiego geniuszu… Wilkie Collins, przez całe swe literackie życie, próbował wyjść z cienia Dickensa, marzył o tym by go pokonać. Ale czy da się rozstrzygnąć pojedynek dwóch wielkich ludzi pióra? Bo według jakich kryteriów wybrać zwycięzcę? Koniec końców, uznanie własnej przegranej staje się zwycięstwem Wilkiego: przyznanie się do porażki zyskuje mu sympatię, niechętnego i wrogiego do tej pory, Czytelnika. A czy uznanie czytelników nie jest dla pisarza najważniejszym miernikiem sukcesu?

Kiedy zachoruje wieśniak, inni zastępują go przy obrabianiu pola. Kiedy zaniemoże żołnierz, zgłasza się do infirmerii, a na pole bitwy wysyła się jego zastępcę. Kiedy choroba zmoże kupca, ktoś inny, na przykład żona zastępuje go za sklepową ladą. Kiedy w chorobę popada królowa, miliony modlą się o jej zdrowie, a w mieszczącym sypialnię skrzydle królewskiego pałacu mówi się niemal szeptem i wytłumia odgłos kroków. Jednakże we wszystkich tych wypadkach – w polu, wojsku i sklepie –praca trwa nieprzerwanie.

                Kiedy zaś choruje pisarz, wszystko zamiera: kiedy umrze, jego „firma” na zawsze kończy działalność. Pod tym względem profesja popularnego pisarza przypomina zawód sławnego aktora, tyle że nawet najsłynniejsi aktorzy mają swoich dublerów. A pisarz nie. Nikt nie może go zastąpić. Jego niepowtarzalny głos jest wszystkim.

Drood jest też (które to jest też w tym tekście?) opowieścią o śmierci. I nie chodzi o to, że śmierć – niejednokrotnie nagła i okrutna – towarzyszy bohaterom przez całą fabułę, że podąża ich śladem. Że lęk przed nią jest motorem ich działania. Ale śmierć to również ostatnia godzina… . Wszak, zgodnie z wiarą katolicką, nie bez powodu ten czas jest dla człowieka ostatnią szansą na odkupienie winy, na skorzystanie z Bożego Miłosierdzia. Stając wobec nieuchronnego mamy szansę na ostatnie, być może, rozgrzeszenie w naszym życiu. Musimy jednak szczerze spojrzeć na nasz dotychczasowy żywot. Uświadomić sobie wszystkie nasze „za’’ i „przeciw”. Nawet jeśli oznacza to przyznanie się do porażki. A może zwłaszcza wtedy… Ostatnia godzina.

Ale nade wszystko… Czytelniku… Dickens zasłużył na śmierć i potępienie, ponieważ – mimo wszystkich swoich braków i niedoskonałości (zarówno ludzkich, jak i pisarskich) – on był literackim geniuszem, a ja nie.

Czy Wilkey Colins zwyciężył? Ostatni rozdział Drooda jest rozdziałem bardzo gorzkim i smutnym, jest szczerym wyznaniem człowieka u progu, no właśnie – wieczności? nicości? – widzącego daremność wysiłku, bezsens całego swego życia. Akceptacja nieuniknionego, czy rezygnacja w obliczu klęski? Ostatecznej klęski… Zwycięstwo, czy porażka? Świadomość przegranej można uznać za zwycięstwo. Ale czy niemożność dostrzeżenia, że żyjemy we śnie, w swoistej hipnozie, z której obudzić się nie możemy? I że z powodu własnej naszej arogancji i pychy, nawet śmierć nie przyniesie nam wyzwolenia?

Zwycięstwo?

To straszne. Nieznośne. Niepojęte.

Niepojęte.

Niepojete…

Maska czerwonego moru…

…albo śmierci szkarłatnej – jak chce Bolesław Leśmian. Czyli życzenia według Browaru lubo Kinem w Browarze zwanego. Patrzajcie zatem:

20121222_135551

Cóż to czerwieni blask rzuca krwawy?

Śmiało – bez trwogi! Podejdźcie bliżej!

20121222_135642

Toż to choinka… zielona! Te różowe to bombki, bombki koloru – poza szkarłatem – łaknące, jak dźdźu kania…

Śmierć Szkarłatna od dawna pustoszyła ową krainę. Nigdy dżuma nie bywała tak nieodparta, tak straszliwa. Jej oznaką widomą była — krew — czerwień i szkarada krwi. Towarzyszyły jej bóle ostre, nagły zawrót głowy, a potem — obfity przez wszystkie pory wyciek potów i rozłąka z życiem.

Purpurowa plamistość ciała, a szczególniej twarzy — usuwała ofiarę poza koło żyjących, pozbawiając jej wszelkiej pomocy i wszelkiego współczucia. Napad, rozwój i skutek choroby były sprawą półgodzinnych zabiegów.

Edgar Alan Poe, Maska szkarłatnej śmierci w tłumaczeniu Bolesława Leśmiana.

A więc dziękujemy ci Kino, za życzenia świąteczne! I w imieniu Lublina również: wszak to sztuka nie lada, piksele czarne w literę L wypalić. Bo Lublin to miasto inspiracji…

Słyszysz ten na trwogę dzwon?

/fragment/

Słyszysz ten na trwogę dzwon –
Z brązu dzwon?!
Jak ponurą gra opowieść rozedrgany dzwonów ton!
Jakiż w noc popłynął jęk,
Jakież wycie zrodził lęk!
Zdławił mowę! Tylko bić,
Tylko mogą dzwony wyć
Na różny ton!
W rozpaczliwym rozdzwonieniu na pożary pełnym skarg,
Próżno dzwony zaklinają rozwścieczony, głuchy żar,
A żar w górę, w górę, w górę,
Napastliwie i zuchwale,
Z desperacką żądzą parł,
Aby dziś, dziś – albo wcale –
Zająć przy księżycu tron.
Dzwoni dzwon, dzwon, dzwon!
Jakąż rozpacz głosi, lęk,
Dzwonów jęk!
Jakże bije, dzwoni, grzmi,
Jakąż grozą w nocy brzmi,
Wlany w przestwór pulsujący dzwonów dźwięk.
Ale ucho dobrze wie,
Dzięki dźwiękom,
Brzmieniom, jękom,
Jak pożaru fala prze,
Ale ucho pozna twe
Po skłóconych,
Dźwiękach, tonach,
Jak się groźna fala rwie,
Gdy opada lub nabrzmiewa głosem gniewu dzwonów jęk,
Dzwonów dźwięk,
Dzwonów dźwięk, dzwonów dźwięk,
Dzwonów dźwięk,
Pełen skargi, rozedrgany dzwonów dźwięk.

Dzwony, Edgar A. Poe

 

Post Navigation