Gabinet Osobliwości

Któren zawiera w sobie curiosa rozmaite ku wesołości, ale i smutney refleksyi odwiedzającey go publiczności pomieszczone

Bo piłka jest okrągła?

Przewodnik Katolicki 1937, nr 45

Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Kto się boi bocianów?

Ta pocztówka już u nas gościła – nie jest to wprawdzie rok 1958, ale są konie.

Szczerze mówiąc, nie wiem – ale w ostatnich tygodniach poczułem nieprzepartą ochotę, by publicznie zadać pytanie tej treści. Nie oczekuję jednak odpowiedzi, a nie będąc ciałem na Lubelszczyźnie, oczekiwać wszakże nie muszę. Lecz za duszę odpowiedzieć się nie pokuszę

Wracamy więc do majowego Lublina z roku 1958, by – w ślad za „Kurierem Lubelskim” – zarzucić Cię, Miły Czytelniku, garścią szczegółów z życia codziennego organizmu miejskiego i udowodnić, że w mieście tym nadal nie dzieje się nic nowego, bo wszystko  zdążyło się już w ubiegłych dekadach wydarzyć.

Na początek rzecz niewesoła: miasto pozbywało się koni, a postępowi redaktorzy postanowili wyrazić z tego faktu płynącą, nieukrywaną nawet, radość ogromną. Było się z czego cieszyć? Możemy przekonać się, że nie bardzo. Konie – w imię postępu – ustąpiły miejsca samochodom: dziś ci sami „postępowcy” toczą zaciekły bój z motoryzacją w miastach:

Tylko koni żal…

Jednak nie po raz pierwszy radość Redakcji okazała się mocno przedwczesna. Bo – tak jak widzimy poniżej –  może i pstrokate afisze miały zniknąć z murów, ale nikomu nie przyszło do głowy, że ich miejsce zajmą, nie mniej pstrokate napisy i rysunki, będące wyrazem, nie artystycznego smaku, lecz kultury braku…

Również sześćdziesiąt lat temu miasto terroryzowali motocykliści: i tutaj niewiele się zmieniło, nie ma więc nawet potrzeby dodawania jakichkolwiek komentarzy, poza konstatacją, że miejsce swojskiego Junaka zajęły Hondy i inne zagraniczne wynalazki…

Po prostu usta same składają się do okrzyku:

Ale nie ma co się śmiać, sprawa jest poważna: nie od dziś bowiem wiadomo, że litery wyjęte z kontekstu mają wątpliwą wartość ozdobną. Teraz słów kilka o przyszłości głównego placu miasta: lato się zbliża wielkimi kroki i – „obok budek z lodami” – sam już wiesz Czytelniku, co chcę powiedzieć: „historia lubi się powtarzać”.

I bajora (nie mylić z Michałem, znanym artystą) jak były, tak są – rozsiane po całym mieście, choć może niekoniecznie koło kina „Koziołek” (przy ulicy Lubartowskiej):

…a Miejskie Przedsiębiorstwo (już bez R w nazwie), jak zalewało, tak nadal zalewa (rety, coraz krótsze te zdania…):

Ale nie narzekajmy i cieszmy się tym, co mamy: napojami chłodzącymi bez ograniczeń. Bo nie wiadomo, jak długo jeszcze ten stan rzeczy się utrzyma:

Daj Borze (to taki las…) jak najdłużej.

I jeszcze jedno: dzisiaj też goszczą u nas „artystyczne zespoły koreańskie”. Kropka. O druga… O! Trzy kropki! I wykrzyknik też jest? Ej, to znak zapytania! I znowu wykrz…

„Kurier Lubelski”  nr  140 z 23 V 1958 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Rolety niestety…

Przewodnik Katolicki 1937, nr 44

Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Kluska niechciany? Znokautowany!

 

Przewodnik Katolicki 1937, nr 42

Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Nie siedź na parkanie, bo też się ci dostanie!

Przewodnik Katolicki 1937, nr 40

Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Kluska w kwadracie – Wy też kichacie?

Przewodnik Katolicki 1937, nr 28

Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Gdzie jest Kluska?!

Przewodnik Katolicki 1937, nr 15

Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Zapomniana rocznica

Rok 2018 jest dla nas wszystkich rokiem niewątpliwie wyjątkowym: świętujemy bowiem SETNĄ ROCZNICĘ! Setną rocznicę? Ale czego? Jak to czego! Odzyskania bielizny!

Lubelski marzec przed stu laty zapisał się w historii dosyć ponurymi zgłoskami: nie dość, że pogoda była… (po prostu była!), to jakby tego było mało, na miasto padł  blady strach, a wraz z nim złowrogi i przerażający cień trwogi, przerażenia i Bór (to taki las…) jeden wie, czego tam jeszcze pa… (nie, no paść już nie mógł, bo wtedy będziemy mieli w tekście haniebne powtórzenie, a tego nie możemy się dopuścić): niech więc będzie, że groza spłynąła na miasto falą, lepką i gęstą niczym mgła śmierdząca, smogiem dziś zwana. Jednym słowem, Lublin ogarniała fala bieliźnianego terroru. A wszystko to za sprawą szajki złodziei, specjalizującej się w kradzieży bielizny ze strychów (w tych czasach – drogie dziatki – ludzie suszyli bieliznę na strychach, bo… mieli strychy). Wprawdzie zdarzało się już wcześniej, że pojedyncze sztuki garderoby ginęły skradzione przez jakieś indywidua, ale były to niewinne i incydentalne przypadki upadku słabej z definicji, natury człowieczej. Teraz jednak proceder zaboru garderoby urósł do niebotycznych wręcz rozmiarów.

To nie są (i wtedy też nie były) żarty: sto lat temu nikomu w Lublinie nie było do śmiechu, bo – jak czytamy w „Głosie Lubelskim” – w marcu roku 1918  kradzieże bielizny stały się tak częste, że przerażeni perspektywą jej utraty Lublinianie, zupełnie zaniechali korzystania ze strychów. Nie było zapewne w Lublinie żadnej rodziny, która nie przeżywałaby bolesnej straty, najbliższej swemu ciału, części garderoby. Wyobraźcie sobie te sznury rozwieszone w mieszkaniach, dekoracyjnie zdobiące nawet salony i (o zgrozo!) gabinety… Nawet naszego Gabinetu nie ominęło to traumatyczne doświadczenie. Być może współczesny Czytelnik wzruszy lekceważąco ramionami, pytając: gdzie tu dramat, gdzie – ach! – tragedia: wszak we współczesnym mieszkalnictwie galotki suszące się w salonie, łazience lub kuchni są na porządku dziennym (lub nocnym; a jak w mieszkaniu zimno, to i całodobowym). Ale sto lat temu ludzie żyli w sposób cywilizowany i sznur z bielizną w mieszkaniu był rzeczą ekstrawagancką i nieprzyjemną.

Nic więc dziwnego, że policja wszczęła energiczne śledztwo, chcąc szybko przyskrzynić zbrodniarzy: oczami wyobraźni widzimy jak zirytowany komisarz milicji, wychylając się spod dyndających nad jego biurkiem kalesonów, rzuca gardłowe: „Znajdźcie tych drani!”.

Niestety, mimo najszczerszych chęci, stróże porządku byli bezradni wobec ogromu zła i bez powodzenia tropili geniuszy bieliźnianego zła, którzy przez długi czas pozostawali nieuchwytni, a skradziona przez nich konfekcja przepadała bez śladu, jakby rozpływając się w powietrzu (czy można rozpływać się w powietrzu? W powietrzu raczej się zwykło rozwiewać, rozpływanie zostawiając wodzie – lub też innej cieczy). Sytuacja była patowa: mieszkańcom Lublina perspektywa nagłej nagości stanęła przed oczami. Lub też perspektywa bielizny brudnej i nieświeżej, bo niepranej: bo jak tu prać, kiedy uprane w mig kradną! No więc pat (i pataszon) po prostu…

Jednak któregoś marcowego poranka sytuacja niespodziewanie (rzec by można (ale czy trzeba?) gwałtownie) uległa diametralnej zmianie: geniuszom desu-zbrodni (alias dessous występku) powinęła się noga (vel nogi – wszak geniuszy było więcej niż jeden). Oto dzielni funkcjonariusze Milicyi M. (Municyplanej zapewne, choć może i Miejskiej) z pierwszego Komisaryatu, zdybali bieliźniarzy na gorącym uczynku. Niespodziewających się niczego (oprócz oczywiście nowej porcji świeżo upranej bielizny) opryszków schwytano na strychu domu przy ulicy Foksal numer jeden. Było ich trzech, lecz… no pech…

Wzięci na spytki zaczęli dość szybko sypać: wtedy też na jaw wyszła szokująca prawda, że dopuścili się oni trzydziestu kradzieży bielizny w Lublinie! Rozeznanie w tym, co można ukraść  mieli zaś od niektórych praczek, które – być może za udział w reformach (lub innej garderobie) – były z nimi w zmowie. Dzisiaj, na szczęście, prawdziwych praczek już nie ma, ale – na Waszym miejscu – nie cieszyłbym się zbyt szybko: wszak nastaje właśnie era inteligentnych urządzeń AGD, obdarzonych coraz to większymi umiejętnościami. Kto Wam da gwarancję, że za jakiś czas Wasza inteligentna pralka z dostępem do Internetu, nie nawiąże przez Sieć kontaktu z mafią bieliźnianą? Pamiętajcie, ostrzegaliśmy!

Lublinianie mogli odetchnąć z ulgą…

Ale niektóre pytania do dzisiaj nie znalazły odpowiedzi:

  1. czy złodziei było tylko trzech, czy też mieli wspólników, którym udało się uniknąć karzącego ramienia sprawiedliwości?
  2. na co skazano pojmanych: czy nie – na przykład – na pracę przymusową w zakładzie pralniczym, gdzie mogli nadal dać upust swym chorym skłonnościom?
  3. czy skradziona bielizna wróciła do prawowitych właścicieli? (bo jeśli nie, to po co Święto Odzyskania?)
  4. kto to przeczyta(ł)? (bo skoro doszedł do tego miejsca, to jest szansa, że jednak przeczytał).

„Głos Lubelski”  nr  70 z 13 III 1918 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Cyklodramat

Przewodnik Katolicki 1937, nr 14

Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa

i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Soli marność…

 

„Jam nie z soli i nie z roli,

jeno z tego co mnie boli”.

Ech, Czarniecki, żeś przysolił…

bo żeś z siebie myśl wyzwolił,

co – przyznajmy wszyscy szczerze –

może dobrze na papierze

pisać da się – w dobrej wierze…

A nas wszystkich dzisiaj boli

właśnie nadmiar owej soli!

A na koniec przyszła pora,

by napisać coś o borach:

on ci nigdy nie pomoże,

gdy zawołasz „O mój Borze!”

(wyjaśnijmy jeszcze raz:

bór to zwykły… bór to las!).

„Kurier Lubelski”  nr  42 z 11 II 1958 r.

Ilustracje ze zbiorów Lubelskiej Biblioteki Wirtualnej
i-hate-facebook1Polub Gabinet na Facebooku!
Copyright© Gabinet Osobliwości

Post Navigation