… recenzja 3 powieści Jeffa Vandermeera.

„Mam tak samo jak ty, miasto moje a w nim…” śpiewał swego czasu Czesław Niemen. Gdyby jednak te słowa wypowiedział Jeff Vandermeer, zaraz potem musiałby dodać, „a w nim: kałamarnice, Szare Kapelusze oraz podstępne, różnokolorowe grzybki i grzyby”. Stworzone bowiem przez niego  Ambergris to w istocie tytułowy bohater książki „Miasto szaleńców i świętych”.

Vandermeer uchodzi za pisarza, który do perfekcji opanował sztukę kreowania organizmu miejskiego na bohatera literackiego. W pierwszej chwili czytelnik odnosi wrażanie, że „Miasto…” to zbiór opowieści, pisanych w różnym stylu i nie powiązanych ze sobą fabularnie. Jest to przy tym literatura bardzo różnorodna: znajdziemy tutaj rozprawy historyczne[i] i fabularne historie z pogranicza grozy i fantastyki. Jest raport psychiatryczny, słownik terminów związanych z Ambergris i wiele, wiele innych. W niektórych momentach dochodzi do tego, że czytelnik nie wie czy wymyśloną rzeczywistością jest Ambergris czy Nowy York. Z tego na pozór chaotycznego obrazu, w miarę czytania kolejnych historii, wyłania się spójnie i logicznie opowiedziana historia miasta, a wątki znane z danego opowiadania powracają w innym, w zupełnie nowym kontekście. Istotnym elementem całej opowieści są dzieje dramatycznych kontaktów z pierwotnymi mieszkańcami tego terenu, tajemniczymi Szarymi Kapeluszami – żyjącymi w niezwykłej symbiozie z grzybami. Szare Kapelusze wykorzystują grzyby do wszystkiego: w charakterze budulca (potrafią wyhodować grzybowe domy), czy broni (nie mogło też zabraknąć, znanych i u nas  grzybków halucynogennych). Grzyby dzięki zarodnikom potrafią dostać się praktycznie wszędzie – stąd też ich przydatność w inwigilacji czy penetrowaniu miejsc z pozoru niedostępnych. Potrafią też skolonizować człowieka, przemienić go w przerażającą hybrydę i doprowadzić do śmierci. Zgadnijcie, dlaczego po mieście nie powinno się wędrować bez butów… Potrafią też skolonizować człowieka po śmierci – na mnie olbrzymie wrażenie wywarło opowiadanie W pierwszych godzinach po śmierci.

Równie ważną rolę odgrywają słodkowodne kałamarnice z Królem Kałamarnic na czele – Król Kałamarnic. Kałamarnice, dodajmy, posiadające zdolność porozumiewania się seriami błysków przywodzącymi na myśl alfabet Morse`a, są istotami obdarzonymi inteligencją, w co większość mieszkańców i tak nie chce uwierzyć. Dla nich jest to tylko obiekt przynoszących zyski połowów, których zwieńczenie stanowi tradycyjny, coroczny Festiwal Słodkowodnych Kałamarnic, odbywający się na bulwarze Albumuth. Skojarzenia z karnawałem w Wenecji nasuwają się same, (szalone korowody roztańczonych ludzi, skrywających twarze za wymyślnymi maskami).

Miasto rozdarte jest konfliktem – walczą ze sobą stronnictwa Czerwonych i Zielonych (przeciwnicy i zwolennicy burmistrza, słynnego kompozytora Vossa Bendera), który z czasem przerodzi się w wojnę domową między… wydawnictwami! Mamy tu do czynienia z prawdziwie wybuchową mieszanką abstrakcyjnego humoru, elementów historii i popkultury. W odniesieniu do Miasta… doskonale sprawdza się, nieco już wyświechtane stwierdzenie, że Vandermeer prowadzi intelektualną grę, bawiąc się konwencjami, historią i popkulturowymi kalkami. Nie poprzestał jednak na samej li tylko warstwie tekstowej. Zdecydował się również na zabawę formą, w jaką tekst został oprawiony. Stąd liczne grafiki i zdjęcia różnych obiektów (np. noża Szarych Kapeluszy). To również zabawa graficznym rozplanowaniem samego tekstu i czcionką: dokumenty ze szpitala psychiatrycznego zostały napisane czcionką maszynową, a rozprawa o Królu Kałamarnic przywodzi na myśl siedemnastowieczne rozprawy naukowe. A czcionki którymi wydrukowano: „Miasto…” też doczekały się własnych przypisów – taki np. garamond, bo w nim:, „drzemie (…) ślad skórki pomarańczowej zmieszanej z białym pieprzem, zapachem tostu oraz wiórkami czekoladowymi”.

Nie jest przesadą stwierdzenie, że prawdziwy potencjał literacki nie leży obecnie w literaturze głównonurtowej, a w fantastyce, zwłaszcza tej najnowszej. Bowiem łatwiej tu znaleźć powieść według klasycznego, XIX-wiecznego schematu (wstęp, rozwinięcie, zakończenie, pełne zdania, opis), niż wśród tzw. głównego nurtu, gdzie najczęściej spotkać można przedziwne eksperymenty, fizjologiczną dosłowność i nastawienie autora na szokowanie czytelnika. Wszak zachwycać to takie banalne… Pewnie wielu wykrzyknie, że to nieprawda bo Rushdie, bo McCarthy to nie fantastyka. Nie fantastyka? Powiem tylko: szufladki. Jeśli chcecie więc przeczytać książkę mądrą i zabawną, która nie zaleje was bełkotliwymi strumieniami myśli, traktatami przy opróżnianiu pęcherza i  tym podobnych literackich marginaliów,  to właśnie „Miasto szaleńców i świętych” jest książką dla Was.

Możecie też przedłużyć swój pobyt w Ambergris sięgając po Shriek: Posłowie. Tym razem swoją historię opowiada Janice Shriek, siostra zaginionego, znanego z poprzedniej części ekscentrycznego historyka Duncana Shrieka, autora Hoegbottońskiego przewodnika… i niezwykłych, podziwianych powyżej[ii] przypisów. Sama Janice pojawiła się w Mieście… m. in. w opowadaniau Przemiana Martina Lake’a. I chociaż fabularnie jest ta opowieść odrębną, to jednak z poprzednią książką łączy ją wiele wspólnych elementów. Pojawiają się znane już postaci i wydarzenia, a cała powieść jest komentarzem do przywołanego powyżej dzieła. Chwilami od siostry przejmuje narrację sam Duncan prostujący i wyjaśniający pewne jej wątpliwości (czasem można się pogubić, kto tu w końcu jest zaginiony i kto kogo komentuje). Ponownie pojawiają się Szare Kapelusze – z kałamarnicami jest niestety nieco gorzej, są wprawdzie, lecz w mniejszej ilości. Ambergris z wolna pogrąża się w chaosie wojny domowej –  wojny, która nie jest li tylko starciem dwóch konkurujących ze sobą wydawnictw (tym razem walczą ze sobą domy wydawnicze), bo przebiegiem wojny żywotnie są zainteresowani potężni sąsiedzi Ambergris, Szare Kapelusze – wcale nie bezinteresownie – dostarczając jednej ze stron konfliktu grzybowej broni, od znanych ze współczesnego nam pola walki narzędzi zniszczenia różniącej się w zasadzie tylko grzybowym pochodzeniem. W centrum wszystkich tych wydarzeń jest Janice próbująca pisać swój dziennik (bo w takowy przeradza się jej posłowie)… W Shrieku jest Vandermeer bardzo bliski typowego dziennika wojennego i literatury opisującej grozę wojny. Pokazuje ten żywioł bardzo realistycznie i plastycznie, dając do zrozumienia, ile ma do powiedzenia jednostka w obliczu takiego kataklizmu. Jak wspomniałem wyżej, fabularnie jest to powieść niezwiązana z poprzednią, jednak uważni Czytelnicy Miasta odnajdą tu kontynuację znanych sobie wątków.

Ich zakończenie odnaleźć można w ostatniej jak do tej pory powieści cyklu, zatytułowanej Finch. Jeżeli po lekturze wcześniejszych części pozostawał pewien niedosyt i zastanawialiście się, jak potoczą się dalsze losy magicznego Ambergris, to teraz macie okazję aby się o tym przekonać. Wszystkie wątki zbiegają się w jednym punkcie, a – parafrazując znane powiedzenie – Finch wieńczy dzieło.  Tym razem trafiamy do rzeczywistości rodem z typowego kryminału noir – można by rzec chandlerowskiej, wypełnionej, jakżeż by inaczej, typowymi bohaterami skrojonymi według najlepszych, chandlerowskich wzorców. Już główny bohater, tytułowy Finch, to taki Marlowe z Ambergris. Staje przed niełatwym zadaniem, musząc rozwikłać zagadkę podwójnego morderstwa. Ofiarą mordercy padli grzybianin i człowiek, zresztą niejaki… nie, nie zdradzę jego tożsamości, ale dla wiernych czytelników cyklu będzie to niewątpliwie całkiem miła niespodzianka. Finch, niczym Marlowe właśnie, zdeterminowany w swych poszukiwaniach, rzuca wyzwanie całemu światu. Zgodnie z klasycznym schematem musi działać sam przeciw wszystkim, nie mogąc też ufać ani najbliższym, ani współpracownikom. Szef również nie ułatwia mu zadania, a jako Szary Kapelusz dysponuje wymyślnymi środkami perswazji, z którymi nasz detektyw zetknie się nie raz. Atmosfera noir wypełnia szczelnie każdą stronicę  tej opowieści. Owo noir to duszna, przytłaczająca atmosfera, poczucie wyalienowania i narastającej nieufności, dodatkowo wzmocnione realistycznymi opisami świata, przygnębiającego uniwersum rozkładu i degeneracji. Degradacji i zniszczeniu uległo samo Ambergris – całe dzielnice i poszczególne, niejednokrotnie wspaniała budowle, znane Czytelnikowi z poprzednich części, legły albo w gruzach, albo zostały opanowane przez grzyby. Vandermeer po raz kolejny okazuje się być wyśmienitym architektem nastroju, mistrzem opisu. Jego świat, z jednej strony przygnębiający, odpychający i przerażający, jest też światem fascynującym, nie pozbawionym piękna. Rzeczywistość tu przedstawiona bardzo mocno zmieniła się od czasu, kiedy ostatnio gościliśmy w Ambergris. Szare Kapelusze przejęly kontrolę nad miastem wskutek Powstania, które nastąpiło po wyniszczającej wojnie domowej. Ludzie natomiast wegetują w ruinach miasta lub są zmuszani do ciężkiej i niewolniczej pracy przy wznoszeniu tajemniczej konstrukcji Szarych Kapeluszy. Nieliczni bojownicy ruchu oporu gnieżdżący się pośród ruin nie są w stanie zmienić tej sytuacji – ich znaczenie jest marginalne. Niektórzy ludzie wybrali drogę kolaboracji i poddawszy się dobrowolnej kuracji grzybowej zostali szpiegami, o tyle przerażającymi że zdolnymi, niczym żywa kamera, rejestrować w swej głowie wszystko, co zobaczą. Z nich to sformowane zostały specjalne oddziały służby bezpieczeństwa, dzięki którym Szare Kapelusze są w stanie tłumić w zarodku każdą myśl o oporze. Degeneracji fizycznej postaci Ambergris towarzyszy destrukcja jego ducha, oraz powszechny upadek morale i moralności.

Trudno nie zgodzić się z tym, co na łamach Guardiana napisał w roku 2010 brytyjski pisarz Eric Brown. Zauważył mianowicie, że Vandermeer był w stanie napisać powieść, która jest zarówno klasycznym kryminałem noir, przewrotnym przykładem fantastycznego nurtu new weird , a jednocześnie niezwykle trafną metaforą pokazującą odczłowieczającą siłę wszelkich reżimów okupacyjnych i totalitarnych. Traf chciał, że dwie książki przed Finchem, dane mi było przeczytać Miasto i miasto Chiny Mievilla – w dużym stopniu to, co mógłbym wówczas napisać o tamtej  książce, z równym powodzeniem można by powtórzyć i tutaj. A że nie napisałem recenzji Miasta i miasta… poprzestanę na stwierdzeniu, że łączy te dwie powieści: przynależność do new weird, detective story (czyli jak mawiają Anglicy: powieść detektywistyczna) w klimacie noir, postać głównego bohatera (detektywa „sam przeciw wszystkim”), a także potępienie zniewalających człowieka wszelkich reżimów i narzucanych przez nie kajdan.

Miasto szaleńców i świętych, Shriek: Posłowie i Finch to kolejne trzy odsłony cyklu opowiadającego niezwykłą historię miasta Ambergris. Książki bronią się również jako pełnoprawne powieści, które nic nie tracą przy czytaniu każdej części z osobna. Reprezentują przy tym trzy zupełnie odmienne typy literatury, a biorąc pod uwagę to, jak skonstruowane jest Miasto… – nawet więcej niż trzy. Gdyby trylogia Vandermeera ukazała się drukiem w połowie poprzedniego stulecia, zaliczono by ją prawdopodobnie w poczet realizmu magicznego. Jest też niezwykle udanym przedstawieniem miasta w roli bohatera i wypada lepiej w tym charakterze aniżeli Nowe Crobuzon Mieville’a (Dworzec Perdido). Tak naprawdę to właśnie Vandermeer wskrzesił we mnie wiarę w new weird: czegoś takiego spodziewałem się po powieściach Mievilla, które po  jego niezwykle udanych opowiadaniach były dla mnie rozczarowaniem. Vandermeer bardzo pozytywnjie zaskoczył mnie swoim powieściopisarstwem, dzięki Ambergris stając się jednym z najbardziej cenionych przeze mnie autorów.  Jak już wspomniałem, wszystkie opowieści z Ambergris można czytać osobno, ale dopiero po zestawieniu ich w cykl zyskują zupełnie nowy wymiar. To, czego dowiedzieliśmy się w Mieście szaleńców i świetych, zyskuje zupełnie nowe znaczenie po lekturze Shriek: Posłowie i Fincha.  Czasami ta nowa perspektywa jest tak zdumiewająca, że warto dla niej jeszcze raz powrócić do lektury opowieści z Ambergris.[iii]

Źródła ilustracji: empik.com, amazon.com, mag.com.pl, solarisnet.pl


[i] I to w dodatku z przypisami. A przypisy nie są li tylko i dodatkiem do treści – są równie ważnym jak ona elementem. Nie powinno się ich pomijać. Nie wolno ich pomijać! Ich lektura to czysta przyjemność. Vandermeer podjął się również stworzenia całej bibliografii do Hoegbottońskiego przewodnika po wczesnej historii miasta Ambergris. A większości  historyków (krajowych zwłaszcza) zdałoby się u Vandermeera  przeszkolić w tej materii.

[ii] I poniżej również. A jakże.

[iii] Co też zamierzam uczynić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.