Winniśmy przytem zwrócić uwagę na jeden dziwny zwyczaj, od pewnego czasu zakradający się u nas. Słusznie czy niesłusznie, namnożyło się w tych czasach reklamacyj po gazetach, drażliwość publiczna do najwyższego podniesiona jest stopnia, najogólniejsze dotknięcie jakiejś kwestyi, wywołuje mnóstwo odpowiedzi od osób zupełnie piszącemu nieznanych i wcale przez niego niezaczepianych. A w każdej takiej odpowiedzi wychodzą zaraz na jaw osobiste przyczepki; nie idzie tu o zbicie wypowiedzianego zdania, ale o wywarcie nieuzasadnionego gniewu na tego, który je wygłosił. Dziennikarz nie może być zbiorem doskonałości, tak jak każdemu innemu pomylić mu się wolno, a dobrze jeżeli wówczas pomyłka przez kogoś lepiśj zawiadomionego sprostowaną zostanie. Jest to nawet pewnym rodzajem publicznego obowiązku; ale po cóż w takim razie udawać się do osobistości i rozpoczynać polemikę, nudną dla czytelników, a uwłaczającą pismom w których jest zamieszczoną? Tem bardziej to naganne, jeżeli sprostowanie nie jest oparte na żadnych pewnych zasadach i staje się tylko zaprzeczeniem prawdziwego twierdzenia. Pojmujemy że ktoś zaczepiony sroży się i odpowiada; ale dlaczego taki, którego nie myślano nigdy zaczepiać, bierze na siebie zgryźliwy zoilowski obowiązek, tego już pojąć nie możemy. Nic łatwiejszego, zwłaszcza dla przywykłego do władania piórem, jak odpowiedzieć jeszcze złośliwiej, ale jakież tego skutki? Oto że ludzie, którzy może wcale się z sobą nie znają, którzy nie mieli powodu żadnej do siebie złości, będą w otwartej nieprzyjaźni, i to dla marnej chęci wypowiedzenia publicznie kilku niezawsze dobrze brzmiących frazesów. W dawnych czasach osobistości lepiej u nas szanowane były, i z osłabieniem dopiero tego wrodzonego w nas uczucia począł się nasz upadek. Zresztą dla wszystkich piszących istnieją pewne prawa, których bezkarnie przekraczać nie mogą; trzeba więc mieć na nie wzgląd i szanować trudne to powołanie, które, jak wiadomo, niezawsze u nas różami jest usłane. Redakcye gazet, w swoim własnym interesie, powinnyby na to zwrócić uwagę.
Źródło: Tygodnik Ilustrowany 1860 nr 55.