Wspomnienie świętych Benedykta, Jana, Mateusza, Izaaka i Krystyna, pierwszych męczenników Polski

Bugaj odczuwał przed mnichami z eremu ten sam lęk i wstręt i tę samą nienawiść. Nie oswoił się. Ilekroć zbliżał się do mniszego osiedla, ogarniało go wzburzenie. Nie pojmował tych ludzi, ich dziwacznych modłów w dzień i w nocy, ich milczenia, ich nędznego jadła, ich zaklęć i chóralnego śpiewu. Lecz tkwiło w nich jeszcze coś więcej, coś zaledwie odczuwalnego, jakaś obcość, odrębność i wrogość. Jakby byli zaprzeczeniem tej siły i dzikości, która stawała się najwyższym wyniesieniem Bugaja, pierwotnego zwierza puszczy i byli zaprzeczeniem samej puszczy, zaprzeczeniem ziemi, pulsującej spokojnym oddechem snu i życia; zaprzeczeniem ślepego żywiołu, tryskającego z nową mocą każdej wiosny. Za tę właśnie wrogość życia nienawidził Bugaj tych ludzi i lękał się ich; zdawało się, że była w nich jakaś siła – inna siła, wroga i wstrętna – która się mogła oprzeć sile Bugaja, mogła się mu przeciwstawić w dziwny, niepojęty sposób. Czyżby oparli się, gdyby na nich uderzył toporem? A jeśliby się oparli? Niesamowity lęk wstrząsał Bugajem. Chodził często do eremu – nie tylko z nakazu Bolka; nie tylko dla dostarczania mięsa, którego mnisi nie jedli, lub dla posług, których nie przyjmowali; zdarzało się, że stawał na skraju poręby, niewidoczny, czatujący zwierz, chciwymi oczyma wpatrywał się w życie za cierniowym płotem. Tak w mroźne noce zimowe ogląda wilk spod lasu dalekie ognie wsi; wciąga obcy i wrogi zapach; trwoży się, ale coś nie pozwala mu odejść; to coś każe mu stać i ślepić się, i węszyć, choć sierść mu się jeży na karku ze wstrętu i wściekłości. Czuje woń mięsa, woń krwi, która tryskałaby z rozdartych tętnic, opryskując mordę ciepłą posoką. Ale czujna bojaźń skowyczy w wilczym sercu: owe stwory, obce i wstrętne, mają moc wyższą niż kły, moc obrzydliwą i nienawistną. I Bugaj ucieka ze skraju poręby – jak wilk – w rodzimą puszczę. Tego dnia szedł przesiękiem swym pośpiesznym, giętkim krokiem. Dojrzał jednego z nich – ludzi z poręby. W nagłym odruchu stanął: przywarował. Patrzył. Był czujny, jednako gotów na skok lub na ucieczkę. Znał go – najmłodszy, sługa ich, młody chłop, wołają nań Krystyn. Nie obcy – swój, a nie swój – obcy. Wesoły zawżdy, psia mać! Szedł ścieżką, nie oglądał się. Wilczym krokiem pogonił za nim Bugaj.
– Bywajcie w zdrowiu, panie.
Spojrzały nań wesołe niebieskie oczy.
– Z Jezu Krystem.
– Szedłem k’wam – mruczy Bugaj czując, że go nienawiść dusi, ach! dziaknąć by między te wesołe oczy! – Szedłem rzec wam: ksiądz przysłał posłanie do was. Wojna.
Lubek, zwany w eremie Krystynem, przystanął. Słuchał.
– Wielka wojna. Drogą pędził posłaniec do Jomsborga, bajał małowiele: z Niemcem wojna. Owa! Kazał ksiądz dać wam znać, to i idę k’wam.
Lubek zamrugał powiekami.
– To chodźcie do Jana, on starosta nad nami.
– Idziem.
Szli obok siebie, milcząc. Drzewa szumiały sennie. Wiewiórka skoczyła z gałęzi na gałąź, fiknęła w powietrzu kozła. Naraz Bugaj poczuł to samo ssanie niepokoju, co wilk patrzący w mroźną noc na dalekie światła wsi. Jakże to? wielka wojna, a ci nadal ostaną tu śpiewać, pościć i umartwiać swe ciała? Nie wezmą toporów dłonie, nie pobiegną przed szeregiem
wojackim, jako wieszczki? Wzdrygnął się na ten obraz białych mnichów, biegnących w rubież walki, skosił oczy na kroczącego obok Krystyna i spytał:
– A wy… zali nie pójdziecie na oną wojnę?
Lubek rzucił nań zdumione błękitne wejrzenie.
– My?…
I oto trzeba było Bugaja, dzikiego, ospowatego Bugaja, by Krystyn, Ksieńców syn, pojął to, czego nie nauczył go arcybiskup w Gniezdnie ni długie gawędy Jana, ni modlitwy i umartwienia. Kiedyś wykrzyknął lekkomyślnie: „Owa, mogę i Jezu Krystu służyć!” – więc służył równie pogodnie, jak wprzódy Gaudentemu, a jeszcze wprzódy Kędziorkowi, a na
początku ojcu. Lecz teraz niespodzianie pojął: inna to służba. Nie taka jak tamte. Bo oto jest poza życiem, ponad życiem, i nawet go wici księdza nic nie obchodzą. On już jest nie ojców i nie Kędziorka, nawet nie Jana i jego braci w eremie: on jest już Jezusów… A Jezu Kryst kazał: „Nie zabijaj” – uczyli go tego. Więc nic mu, że ksiądz posłanie śle.
Lecz że wszystko brał wesoło, przeto uśmiechnął się do Bugaja i przez śmiech rzekł:
– Owa! Jezu Krystu służę, nikomu bolej – nie dostrzegł, że zatrzęsło Bugaja od ślepej złości.
Szli dalej w zupełnym milczeniu. Gdy wreszcie Bugaj oznajmił Janowi posłanie księdza o tym, że wielka wojna idzie i że ksiądz radzi mnichom skryć się za wałem w Gniezdnie albo w Poznaniu, Jan odrzekł żwawo:
– Wojami Chrystusa jesteśmy, a nie godzi się wojom uciekać przed kimkolwiek, niby przepiórce przed psem. Wyślę jeno do księdza Benedykta, którego ksiądz miał kajś słać: może mu nynie potrzebny poseł.
Bugaj wracał z pieniącą się wściekłością, która mu rozsadzała żebra – nierozumna i ślepa.

Antoni Gołubiew, Bolesław Chrobry, t. III, Złe dni.

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.